Zjeść żabę i mieć żabę

Grudzień, 2011 | Tagi:  , , , ,    




czyli kontrowersyjna sztuka XXI wieku

 

Wyobraźmy sobie taką scenę. W eleganckiej restauracji pani je na kolację stek z żaby – jednak zjadana żaba jednocześnie pływa w stojącym nieopodal akwarium. W drodze powrotnej suknia pani powoli robi się coraz krótsza – ozdobne desenie to w gruncie rzeczy grzyby, które ją pochłaniają. W domu wita kobietę kicający po podłodze pupil – królik. Choć nie włączyła światła, widzi go, bo skóra zwierzątka świeci na zielono…

Co to w ogóle jest?

Sen palacza opium czy fragment surrealistycznego filmu science-fiction? Nie, tak wyglądają teraz wytwory bioartu, nowej dziedziny sztuk wizualnych, która zajmuje się tematem życia – oczywiście nie w ujęciu tradycyjnym, lecz w świetle ostatnich odkryć biologii. Podejmowane w tym nurcie działania artystyczne inspirują się wiedzą o biologii molekularnej i wykorzystują najnowsze technologiczne odkrycia. Artyści realizują swoje projekty w tak znanych ośrodkach badawczych, jak Instytut Maksa Plancka, Massachusetts Institute of Technology i University of Western Australia. Powstają też amatorskie „garażowe” laboratoria, wykorzystujące stosunkowy dziś łatwy dostęp do sprzętu i możliwość zakupu przez internet chociażby syntetycznego DNA. Działający poza strukturami, walczący o swobodny dostęp do informacji „biohobbyści” i „biohakerzy” stanowią alternatywę dla bardziej „oficjalnych” form działania, zacierają granice między amatorami a specjalistami. Jednak najciekawsze realizacje powstają wciąż dzięki połączeniu artystycznej kreatywności z możliwościami, jakie daje dostęp do najnowocześniejszych technologii.

„Im bardziej zaawansowana staje się nauka, tym bliższa jest sztuce. Im bardziej zaawansowana jest sztuka, tym bliżej jej do nauki” – pisał amerykański konstruktor i myśliciel Richard Buckminster Fuller. Artyści, zamiast malować, rzeźbić czy fotografować, we współpracy z naukowcami krzyżują rośliny i zwierzęta, wytwarzają łańcuchy DNA, przeprowadzają dziwne transplantacje i eksperymentują na własnym ciele. Na fantasmagorię, od której zaczęliśmy, składają się faktycznie istniejące dzieła.

Komórki, grzyby, DNA

Żaba australijska grupa SymbioticA z pobranych od żaby komórek wyhodowała pięciocentymetrowy kawałek mięsa, który podzielony na malutkie kawałeczki został zjedzony – w towarzystwie żywej i nienaruszonej dawczyni komórek (praca pt. „Konsumpcja bez ofiar”, powtórzona też w wersji z rybą).

Suknia – Donna Franklin (projektantka pracująca też nad wykorzystaniem bakterii octowych do produkcji ubrań) wyhodowała na sukience grzyby, dzięki którym tkanina ulega szybkiej biodegradacji („Fibre Reactive”).

Królik – Eduardo Kac (najsłynniejszy artysta bioartu, twórca tego terminu) wszczepił do zygoty królika gen fluoryzującej meduzy. Królik Alba (poza tym zupełnie zdrowy i normalny) po naświetleniu emituje zielonkawy poblask (projekt „GFP Bunny”).

„Jeśli bioart będzie się rozwijał w takim tempie, to może wkrótce zaczniemy się otaczać ożywionymi dziełami sztuki, zmodyfikowanymi zwierzętami i przedmiotami codziennego użytku. Co za 20–30 lat będą znaczyły «nogi od stołu», «wilk w owczej skórze» albo «twarzowa bluzka»?” – zastanawiał się w ubiegłym roku na łamach „Przekroju” Piotr Kossobudzki.

Sztuka mięsa

Najbardziej szokujące są jednak prace, w których artyści eksperymentują z żywym, ludzkim – najczęściej własnym – ciałem. Francuzka Laval-Jeantet oraz jej partner Benoit Mangin wstrzykują sobie surowicę z krwi konia. Kontrowersyjna francuska performerka Orlan swoją własną twarz potraktowała jako materiał do rzeźby – serią operacji plastycznych zmieniając swoje rysy. Brytyjski rzeźbiarz Marc Quinn zamroził 4,5 litra własnej krwi, w której wyrzeźbił autoportret (praca „Self”, 1991), zaś łożysko swojej partnerki wykorzystał do stworzenia wizerunku swojego syna, Lucasa. Australijczyk Stelios Arcadiou ma troje uszu – przez kila lat hodował małżowinę, którą następnie przeszczepił sobie na przedramieniu. Z kolei artysta z Belgii, Wim Delvoye, zostawił co prawda własne ciało i krew w spokoju, za to we współpracy ze sztabem naukowców produkuje maszyny, do których wrzuca się jedzenie, a w wyniku szeregu skomplikowanych, naśladujących ludzki organizm operacji, uzyskuje się… kał („Cloaca”).

Sztuka czy szaleństwo?

Eksperymenty te łatwo sprowadzić do rangi sensacji z pierwszych stron tabloidów. Ale za sensacyjną formą kryją się często istotne treści. Sztuka biologiczna jest trudna w odbiorze, jej zinterpretowanie wymaga od odbiorcy nie tylko pewnej wiedzy i intelektualnego wysiłku, ale również zmierzenia się z odruchami i odczuciami wstrętu, irytacji, bezradności, znudzenia.

Sztuka od zawsze próbowała odpowiedzieć na pytanie kim jesteśmy, o naturę człowieka. Bioart (mówi się też o sztuce biotech, o sztuce genetycznej i transgenicznej) próbuje odgadnąć, dokąd zmierzamy, na nowo określić, jakie jest nasze miejsce w świecie. Kim możemy się stać w czasach oszałamiających zmian umożliwianych przez nauki i technologie – zmian, które budzą zarówno wielkie nadzieje, jak paniczne lęki… Czy technologie to wynalazek szatana czy błogosławieństwo dla ludzkości? Bioart zabiera też głos w dyskusji o etyce – chociażby zadając pytanie o nasze, ludzkie prawo do wykorzystywania zwierząt, istot tak nam pod względem genetycznym bliskich.

Między człowiekiem a … kim?

Bioart wiąże się z pojęciem transhumanizmu – idei wykorzystania zdobyczy naukowych dla przemiany i rozwoju człowieka. Jak daleko posuniętej przemiany? – to pytanie, które stoi przed współczesnością, także przed sztuką. Czy inżynieria genetyczna zmieni nasze ciała nie do poznania? Czy nasze mózgi bezpośrednio połączą się z komputerem? Czy raczej powinniśmy bronić człowieczeństwa w jego dzisiejszym kształcie?

Zdaniem filozofa i futurologa Maksa More’a,  „transhumanizm dzieli wiele elementów z humanizmem – przede wszystkim szacunek dla rozumu i nauki, nacisk na postęp i docenianie roli człowieczeństwa (…) w życiu. Transhumanizm różni się od humanizmu przez przyzwolenie (a nawet oczekiwanie) na radykalne zmiany w naszej naturze i dostępnych nam możliwościach oferowanych nam przez różne nauki i technologie”. Granice między ludźmi, zwierzętami i maszynami, między tym, co wytworzone a urodzone, między sztucznością a naturalnością, zostają postawione pod znakiem zapytania.

Gdzie to można zobaczyć?

Wiele dzieł bioartu znamy jedynie w postaci dokumentacji – zdjęć, filmów wideo, opisów eksperymentu. Tak rzecz się ma chociażby ze sztandarowym wytworem „sztuki biologicznej” – fosforyzującym królikiem Albą, który, choć elementem projektu Kaca było przyjęcie zwierzęcia do domu artysty, na stałe pozostał w laboratorium (Kac w 2003 roku wydał książkę pt. It’s Not Easy Being Green – „Niełatwo być zielonym”, w której opisał recepcję swojego projektu i perypetie świecącego zwierzątka). Ze względu na biologiczne bezpieczeństwo prawo wielu krajów nie pozwala na wwożenie organizmów genetycznie zmodyfikowanych, za każdym razem artyści muszą podejmować żmudne starania o pozwolenie. W innych razach odtworzenie czy przeprowadzenie eksperymentu na oczach publiczności nastręcza zbyt wiele technicznych kłopotów. A jeśli już mamy kontakt z konkretnym, stworzonym artefaktem, nierzadko okazuje się, że sam w sobie, bez opisu eksperymentu, bywa on dla odbiorcy zupełnie nieczytelny i nieinteresujący. Dlatego mówi się wręcz dziś, że dokumentacja (nie dzieło) staje się istotą sztuki.

Krwawa plama w kuchni

Nie znaczy to jednak, że kolekcjonerzy nie kupują wytworów tej sztuki – choć na ogół nie nadają się one do ozdoby ścian w reprezentacyjnym gabinecie. Najsławniejszy z polskich artystów biosztuki, mieszkający i pracujący w Niemczech Zbigniew Oksiuta, tworzy architektoniczne konstrukcje, których nie buduje się, lecz hoduje jak rośliny. Mimo ceny sięgającej 40 tysięcy euro i wielkiej powierzchni owe „biologiczne habitaty” znajdują nabywców, zwłaszcza wśród właścicieli ogromnych loftów (oczywiście dołączane jest do nich wideo z dokumentacją). Z kolei Wim Delvoye wszedł ze swoimi „Cloacami” (wytwarzanymi w różnych kształtach i rozmiarach – od 12-metrowej Cloaca Magna, poprzez maszynę przypominającą pralkę, po małą podróżną „shit machine”) na giełdę.

Owszem, inwestowanie w tak kontrowersyjne i eksperymentalne formy sztuki bywa ryzykowne. Znany kolekcjoner Charles Saatchi kupił wykonany z mrożonej krwi autoportret Marca Quinna. W czasie remontu kuchni przez pomyłkę odłączono zasilanie lodówki utrzymującej odpowiednią temperaturę dzieła – warta 13 tysięcy funtów rzeźba zamieniła się w ogromną plamę krwi.

Aleksandra Dwulit