Włoskie inspiracje

Luty, 2012  |  , , , , ,    
Luty, 2012

Maria Nowińska, projektantka torebek i znawca włoskiej literatury. Nam opowiada o swym skoku na głęboką wodę, która tylko podsyciła zapał tworzenia, a także o wadze pasji w życiu oraz wartości dobrego rzemiosła i tradycji.

 

Business&Beauty: Czy mogłaby pani opowiedzieć coś więcej o swoich początkach w dziedzinie projektowania torebek? Podobno ziarenko zostało zasiane w Wenecji… co było dalej?

Maria Nowińska: Jestem praktykiem, przykładem na to, że pasja jest silniejsza od rozsądku. Kocham to, co robię i wiem, że robię to dobrze, ale moja droga do miejsca, w którym jestem teraz, była niestandardowa. Nie skończyłam uczelni artystycznej, nie jestem artystą plastykiem, za to uzdolnionym plastycznie samozwańczym rzemieślnikiem.

Faktycznie, ziarenko zostało zasiane we Włoszech. Pamiętam jak w Weronie, zamiast szlaków turystycznych, zafascynowały mnie małe warsztaty rzemieślnicze nad brzegami rzeki Adygi. W małych, pachnących klejem pracowniach czeladnicy wytwarzali szczotki, paski, torebki. Na ścianach wisiały dyplomy mistrzowskie, a wewnątrz panował artystyczny nieład. Dookoła same piękne wyroby, z duszą, kunsztownie wykonane w duchu klasycznego, włoskiego wzornictwa. Później, we Florencji, włoskim zagłębiu kaletniczym, zetknęłam się z podobnymi warsztatami. W niepozornych pracowniach powstawały przepiękne, artystyczne wyroby. Wówczas postanowiłam, że będę robić torebki.

Gdzie zdobywała pani szlify zawodowe?

Jestem historykiem literatury włoskiej, żałuję braku wykształcenia artystycznego, chociaż praktyka ponoć czyni mistrza. Takiej praktyki, jaką sobie zafundowałam, nie dałaby mi żadna uczelnia artystyczna w Polsce (śmiech). W 2006 r. otworzyłam swoją pracownię torebek, kupiłam maszyny, sprzęt, zatrudniłam ludzi, ale nie miałam ani doświadczenia, ani należytego know-how. Jestem samoukiem; patrząc wstecz myślę, że brawurowo skoczyłam od razu na głęboką wodę. Dzisiaj nie podjęłabym się takiego wyzwania, choć dzięki temu opanowałam „fach” rzemieślniczy i mam szeroką wiedzę na temat technologii. Obecnie, oprócz projektowania i opracowywania prototypów, zajmuję się przygotowaniem krótkich serii produkcyjnych i nadzorem jakości moich torebek. Wiem, jak zrealizować swoje pomysły, nie dam się zbyć stwierdzeniem, że czegoś „nie da się wykonać”.

fot. mat. prasowe

Kaletnictwo uwiodło panią we Włoszech. Czy nadal pozostaje pani pod wpływem tego kraju?

Z Włochami związana będę już zawsze. Kiedyś mieszkałam w Rzymie, znam język, mam tam przyjaciół, szyję torebki z włoskich skór. Brakuje mi Włoch, muszę je często odwiedzać, na szczęście w Polsce dużo osób podziela moje zamiłowanie i można u nas odnaleźć cząstkę Włoch. Polacy kochają włoszczyznę, więcej jest u nas nawiązań do Italii, niż np. do Hiszpanii, czy Francji.

Tak, wydaje się, że włoski styl miał dla Polaków zawsze dużo kuszącego uroku. Czy można upatrywać sukcesu pani marki we włoskich akcentach? Jak to wygląda z pani perspektywy?

Kiedyś uczyłam języka włoskiego i zdałam sobie wówczas sprawę, że jakiegokolwiek tematu nie podejmę (moda, design, opera, sztuka, kuchnia, itp.), będzie on zawsze budził emocje, ponieważ Włosi brylują w wielu dziedzinach życia. Zastanawiałam się, dlaczego tak się dzieje i doszłam do wniosku, że przyczyną jest la passione. Włosi wszystko robią z pasją, nigdy nie są letni, beznamiętni, w dobrym tonie jest zatracić się w czymś bezgranicznie, oddać kompletnie, umrzeć z miłości… Ja też wykonuję swoją pracę z pasją, wkładam w nią serce, szczerze ją przeżywam i pod tym względem jestem włoska (śmiech). Natomiast modowa estetyka Italii nie jest mi bliska, doceniam jednak wykonanie i jakość produkowanych przez Włochów skór. Z włoskich marek torebkowych cenię Marni.

Na ile istotny, duży wpływ wywierają na pani projekty aktualne tendencje w modzie?

Zaobserwowałam ciekawą rzecz. Kiedy mieszkałam we Włoszech, podświadomie czułam, co będzie modne w nadchodzącym sezonie, w Polsce tracę ten szósty zmysł modowy. Jestem dobrze zorientowana w światowych tendencjach torebkowych, z pewnością wywierają one na mnie wpływ, choć nie są źródłem inspiracji.

Czy regularnie odwiedza Pani targi typu Lineapelle w Bolonii, czy Mipel w Mediolanie?

Kiedyś regularnie jeździłam na targi skór i okuć do Bolonii, ale odkąd nawiązałam kontakty z garbarniami, jeżdżę rzadziej. Natomiast mediolańskie targi obuwia i torebek Mipel, to prawdziwa mekka fashionistów. Przyciąga bardzo kolorowych ludzi z całego świata. Kiedy tylko mogę, staram się być na Mipel, uwielbiam ich różnorodność i bogactwo oferty, chociaż, niestety, z roku na rok jest coraz więcej włoskich torebek made in China.

Jaki nacisk kładzie pani na sam design, a na ile ważne jest rzemiosło, standard wykonania?

Moje torebki to mariaż designu z solidnym rzemiosłem. Sam design jest ogromnie ważny, ale bez wykonania na wysokim poziomie nie ma racji bytu, dlatego staram się go utrzymywać, wciąż się uczę i doskonalę. Sprzedaję torebki też za granicą, tam nie ma przyzwolenia na bylejakość, poprzeczka jest wysoko postawiona.

fot. Magdalena Sobótka

Co stanowi dla pani kwintesencję dobrej torebki? Czy jest jakaś uniwersalna definicja, która przyświeca pani pracy?

Dobra torebka jest skonstruowana według zasad dobrego designu, tzn. istotne są proporcje, harmonia, synteza elementów, wreszcie funkcjonalność, ponieważ dobry design jest funkcjonalny i praktyczny, co nie jest równe zachowawczości, czy nudzie. W torebkach rażą mnie zbędne elementy, którym nie można przyporządkować żadnej funkcji, przaśna ornamentyka, tu piórko, tam broszka i zalew plastikowej bylejakości.

Trudno powstrzymać się przed pytaniem o inspiracje – co porusza panią do tworzenia? Jeszcze ciekawsze wydaje się to, jak opracowuje pani swoje inspiracje. W jaki sposób przekładają się one na produkt, który trafia do rąk klientki?

Zamiast oglądać propozycje światowych projektantów na nadchodzący sezon, chodzę po galeriach i muzeach. Inspiruje mnie sztuka. Jeśli „coś” instytucjonalnie nazwane jest dziełem sztuki, to zgłębiam jego fakturę, materiał z którego jest wykonane, staram się poznać jego historię. To niewyczerpane źródło inspiracji, pamiętam jak ogromne wrażenie zrobiły na mnie rzeźby Canovy i Berniniego w Gallerii Borghese w Rzymie. Później powstała cała linia torebek tzw. marmurowych.

W pracy nad nowymi modelami czasem wychodzę od detalu, wokół którego buduję całą linię torebek, lub pracuję wrażeniowo – układam skóry, patrzę jak się załamują, jak odbijają światło itp., a dopiero później powstają konkretne torebki. Od pomysłu jeszcze długa droga do realizacji. Pomysł przelewam na papier, powstaje projekt, na podstawie którego robię szablony. Czasami radzę się technologa – gdy do głowy przychodzą mi pomysły pozornie niemożliwe do zrealizowania. Następnie kroi się skórę i szyje prototyp.

Czy może pani zdradzić czytelnikom plany marki na przyszłość?

Wyjście poza rynek polski. W kryzysie upatruję swoją szansę na wykorzystanie zainteresowania rynków zagranicznych, które poszukują tańszych, ale dobrych produktów. Moja linia torebek PREMIUM to światowy poziom wykonania, dobry design i świetne włoskie skóry. Zaczynamy je powoli sprzedawać w Skandynawii i Niemczech.

Cieszę się, że usłyszałam taką odpowiedź. Po cichu liczyłam na wieści o ekspansji – nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć powodzenia!

 

Rozmawiała Joanna Wysoczyńska

 







Zobacz także