Projekt na jutro

Kwiecień, 2011 | Tagi:  , , ,    




Głęboko wierzę w ekologię. W to, że mogę nie niszczyć środowiska naturalnego, że mogę używać przedmiotów z surowców wtórnych, że moje śmieci są czyimś skarbem, że nie powinnam marnować żywności ani kupować za dużo, i minimalizować użycie surowców, które się nie rozkładają.

Cała naładowana dobrą energią zaczynam od tego, co łatwe. Kupuję rower i planuję jeździć do pracy w obcisłych trykotach, martwiąc się jedynie, żeby nie połykać much podczas jazdy. Pierwsze dwa razy są całkiem fajne, wchodzę do biura wprawdzie spocona i ze zlepionymi włosami, ale czuję się jak młody bóg. Trochę słabnie mi ten entuzjazm, kiedy dociera do mnie, że w biurze nie ma prysznica, a mycie w umywalce ma pewne ograniczenia. Trzeciego dnia w drodze powrotnej łapie mnie burza, do tego wjeżdżam w kałużę, która okazuje się być głęboka na prawie pół metra i do domu docieram całkowicie przemoczona. Rzut oka w lustro uświadamia mi, że nie będę nigdy Miss Mokrego Podkoszulka i rower pozostawiam na weekendowe wyjazdy nad jezioro. Tam chociaż jest ścieżka rowerowa.

Kupuję eleganckie, różnokolorowe torby do zbierania odpadów plastikowych, papierowych i szklanych. Duże torby. W każdej mieści się mnóstwo kartonów, butelek po wodzie mineralnej, słoików po dżemach i butelek po sokach. I nagle orientuję się, że mam w przedpokoju trzy wielkie torby pełne śmieci, z którymi zawsze nie po drodze mi do śmietnika. O te torby na zmianę się potykam, gdy są pełne, albo – gdy są puste – składam je w kątku, żeby nie przeszkadzały, a papier i plastik wstydliwie dorzucam do śmieci zasadniczych.

Kupuję i pozyskuję gustowne płócienne torby wielorazowe. Pierwsze zakupy w nowych, czystych torbach – sama przyjemność. Za drugim razem zapominam zabrać toreb, ale proekologicznie pakuję kiełbasę, ser i setkę drobniejszych pakunków do kartonowych toreb. Torby przydadzą się przecież do wyrzucania kociego żwirku, pakowania do wysyłki rzeczy sprzedawanych na aukcji (wszak lepiej przekazać prawie nowe nieużywane rzeczy komuś, komu się przydadzą, a jeszcze na tym nieco zarobić). Po jakimś czasie odkrywam, że nonszalancko wrzucona do płóciennej torby pomarańcza rozpłaszczyła się i zrobiła na torbie mało elegancką plamę. Zbieram więc powoli torby do prania. I znowu wracam z kolejnym naręczem kartonowych toreb, których zasoby rosną. Szybko się uczę, że jak się je złoży w kosteczkę, to zajmują mniej miejsca niż rozłożone (i można uniknąć niespodziewanego ataku któregoś z kotów, które uwielbiają skakać na szeleszczący karton).

Zużyte baterie można odnieść do urzędu gminy. Dzielnie zbieram baterie, mam ich całe szuflady, ale nie udało mi się jeszcze zsynchronizować wizyty w urzędzie i zabrania ze sobą woreczka z bateriami. Czasem budzę się w środku nocy i słyszę, jak ze sobą rozmawiają; zastanawiam się, skąd mają do tego energię.

Chwilami czuję się wmanewrowana przez handel w zachowanie nieekologiczne. Kupuję powietrze w kartonie – ryż zajmuje połowę paczki, proszek do prania mniej niż 70%. Udaję, że specjalnie kupuję większe opakowania, żeby używać dłużej i rzadziej wyrzucać pudełka. Wystarczy jednak, że udam się na stoisko warzywne, żeby – z dbałości o wygodę i czystość kasjerki – wrócić do domu z kilkunastoma szeleszczącymi woreczkami, z których wyjmuję jabłka, banany, cebulę, truskawki czy cukinie. Czasem pakuję wszystko do jednej torebki, ale pani na kasie wyławia śliwki spomiędzy cytryn i fenkułów, patrząc na mnie z ukosa.

Trudniej jest z małym dzieckiem. Albo inwestuję w mało ekologiczną wygodę pieluch jednorazowych, albo w wieczny cykl namaczania, prania wstępnego, prania i suszenia pieluch wielorazowych (i tu ekologia stoi pod sporym znakiem zapytania, bo każde pranie to prąd, woda i solidny proszek do prania, a czasem i odplamiacz nieobojętny dla środowiska). Niewyspana i zmęczona młoda matka nie ma na nic czasu, nic więc dziwnego, że bez namysłu niemal wybiera wygodę jednorazowości. Podobnie ze sprzątaniem: co z tego, że stare koszulki mogą zyskać nowe życie jako ściereczki, skoro szybciej i wygodniej jest używać papierowego ręcznika.

Przeglądam sobie w myślach zakątki mojego domu i przestaję być taka zadowolona z tej mojej – chyba jednak wyimaginowanej – ekologii. Bo wprawdzie kąpię się pod prysznicem i rzadko zostawiam odkręconą bieżącą wodę, gaszę nadmiarowe światło i używam energooszczędnych żarówek, ale nie umiem ograniczać się tam, gdzie stawką jest moja wygoda. Brakuje mi motywacji, żeby rezygnować z rozwiązań ułatwiających mi życie. Zmiany zawsze odkładam na jutro.

Małgorzata Krzyżaniak

Ilustrowała Ewa Skwierczyńska-Nowak