Prawdy i mity o mowie ciała

Luty, 2012 | Tagi:  , , ,    




Kiedy prowadzę szkolenia, pytam uczestników o mowę ciała. Przeważnie kilka osób czytało już o tym książki, ktoś był na warsztatach, prawie zawsze pada definicja „postawy otwartej”. Jeden z uczestników recytuje podręcznikowy opis „postawy podwójnie zamkniętej”: noga na nogę, ręce na piersi. Pozostali kiwają głowami – ach, jak straszna jest ta pozycja, jak bardzo utrudnia kontakt! Cóż z tego, skoro sami tak siedzą… Nie chcą się porozumieć?

 Nic podobnego. Jedni splatają ręce na piersi, bo faktycznie tak się czują bezpieczniej (w końcu znamy ten gest od czasów płodowych), ale inni? Może ktoś nauczył się tego od rodziców? Może ktoś się spocił pod pachami i się tego wstydzi? Może komuś jest zimno? Może ktoś ma długie ręce i tak mu jest łatwiej? Fakt, z rozplecionymi rękami łatwiej się gestykuluje (co wpływa na lepszą komunikację), ale nie każdy lubi gestykulować.

 Podręczniki „body language” pomogły nam, uwrażliwiając nas na własne i cudze zachowanie. Nie jest ważne tylko to, co mówisz, ale jak mówisz i jak się przy tym zachowujesz. Zrobiły nam też jednak mnóstwo krzywdy. Wmówiły, że istnieją gesty uniwersalne, że można czytać z nich jak z książki. Miliony ludzi na całym świecie zaczęły uganiać się za fantomem – możliwością czytania z ciała. To bardzo atrakcyjna wizja – móc znać ludzkie myśli – zwłaszcza, że pewne gesty są symbolami.

Działacze pewnej organizacji oskarżani o nazistowskie sympatie z powodu zdjęcia, na którym pozdrawiali się wzniesioną ręką wyjaśniali, że akurat zamawiali u kelnera pięć piw. Inna sprawa, że „saluto Romano” (pozdrowienie wyprostowaną ręką wzniesioną pod kątem) ma rodowód znacznie starszy, niż narodowy socjalizm czy faszyzm. Podniesiona ręka jest gestem pozdrowienia w wielu kulturach („mam przyjazne zamiary, nie mam broni”). Jeśli poza Ziemią istnieje cywilizacja i dotrze do niej sonda Pioneer-10 wystrzelona w 1972 r., to właśnie taki wizerunek Ziemianina wyryty na aluminiowo-złotej tabliczce znajdą nasi kosmiczni sąsiedzi. W zależności od kontekstu podniesiona ręka może jednak znaczyć „stop” lub „cisza”.

Pokazanie kółka utworzonego przez palec wskazujący i kciuk znaczy u nas „wszystko w porządku” (od amerykańskiego skrótu „O.K.”, też z ciekawą historią). Są jednak kraje – nie tak dalekie – gdzie jest to zachęta do kontaktu homoseksualnego. Podobnie wzniesiony kciuk – u nas albo znak zwycięstwa, albo „łapania stopa”, zaś w innych kulturach erotyczna aluzja.

Nie ma więc „gestów uniwersalnych”. To tylko wymysł amerykańskich podręczników „body language”, według których z układu rąk, ruchu oczu czy pojedynczych gestów można odczytać ludzkie myśli. Niestety, nie można. Nawet wariograf, badający tak twarde fakty jak ciśnienie krwi czy przewodnictwo elektryczne skóry, wcale nie wykrywa kłamstwa, wbrew obiegowej nazwie. Wiele podpowiada nam intuicja, zwłaszcza gdy znamy rozmówcę i potrafimy rozpoznać nagłe zmiany w jego zachowaniu.

Czy zatem „mowa ciała” nie ma żadnego zastosowania? Ma, ale nie w postaci wydumanej „tabeli uniwersalnych gestów”.

Chcąc nawiązać lepszy kontakt z rozmówcą (współpracownikiem, klientem czy partnerem), zaobserwuj jego zachowanie i naśladuj je. Rób to elegancko i naturalnie, bez „małpowania”. Twój rozmówca siedzi pochylony w jedną stronę, z rękami złożonymi przed sobą? Zajmij pozycję lustrzaną. Mówi powoli, niezbyt głośno, gestykuluje oszczędnie? Wyrzuć do kosza poradniki nakazujące okazywanie przesadnego entuzjazmu i zachowuj się jak rozmówca: stonuj gesty, przycisz głos, nawet jeśli na co dzień jesteś ekspresyjny. I odwrotnie, w kontakcie z dynamicznym rozmówcą dodaj sobie trochę więcej dynamiki.

Takie dopasowanie działa o wiele skuteczniej, niż wróżenie z książkowych „gestów uniwersalnych” i „postaw zamkniętych”. Człowiek zachowujący się podobnie jest nieświadomie identyfikowany jako „swój” – sztuczność i odmienność razi nas od razu, choćbyśmy deklarowali nie wiadomo jaką tolerancję. Nie wierzysz? Idź w garniturze na mecz albo w szaliku „Legii” do filharmonii – od razu będziesz zauważony i traktowany z dystansem. Ubierz się i zachowuj jak otoczenie – będziesz potencjalnym partnerem, a na pewno nie potencjalnym zagrożeniem. Tak to działa. Nie tylko w filharmonii czy na meczu, ale także na posiedzeniu zarządu czy rozmowie handlowej.

Bądź sobą, a jednocześnie pokazuj rozmówcy, że należysz z nim do jednej „bandy”. Przecież naprawdę należysz: chcesz się z nim porozumieć!

Jerzy Rzędowski

Ilustr. Agnieszka Słowińska