Nikt nam nigdy nie powiedział…

Kwiecień, 2012 | Tagi:  , , , , ,    




że wszystko zawsze trzeba robić tak samo

Na polskim rynku rocznie ukazuje się do 30 tysięcy tytułów. Raporty o stanie czytelnictwa mówią, że statystyczny Polak wydawał na książki w ubiegłym roku ok. 21 zł. miesięcznie, włączając w to zakup podręczników. Jest to więc trudny obszar dla osiągnięcia popularności, nie mówiąc o sukcesie. Jednak niektórym się udaje.

Pracownię projektową HIPOPOTAM STUDIO założyli już w czasie studiów. Ukończyli Wydział Grafiki warszawskiej ASP (dyplom w 2007 roku w Pracowni Projektowania Książki u prof. Macieja Buszewicza). Od tamtej pory Aleksandra i Daniel Mizielińscy zdobywają (żeby nie powiedzieć – kolekcjonują) nagrody z dziedziny dizajnu i grafiki książki dla dzieci. Laureatką wielu ostatnich jest ich pierwsza książka autorska – D.O.M.E.K.

Daniel Mizieliński od 2008 r. jest również asystentem w Pracowni Projektowania Książki.

 

Iwona Hardej: Od pierwszej książki trafiacie zarówno w gust odbiorców (w dodatku i dzieci, i dorosłych), jak też członków jury różnych konkursów branżowych i wydawców – nie tylko polskich, bo wasze książki są tłumaczone na wiele języków, również poza Europą. A wszystko zaczęło się tuż po ukończeniu przez was studiów. Czy na Akademii nauczą, jak najlepiej zaprezentować się potencjalnemu pracodawcy, jak wyszukiwać nisze rynkowe?

Aleksandra i Daniel Mizielińscy: Priorytetem Akademii jest nauczyć studentów myśleć ogólnie, później naucza się warsztatu związanego z książką. Marketing, autoprezentacja są tematami dodatkowymi. Kiedy sami studiowaliśmy, rozmawialiśmy o tym z Grażką Lange. Teraz to ja studentom mówię, co i jak mają robić. Piszę maile i rozmawiam z nimi na różnych komunikatorach, prowadzę też fanpage na Facebooku, na który wrzucam cały czas różne rzeczy związane z projektowaniem: podrzucam kursy, materiały on-line z różnych dziedzin. Jak oni tych narzędzi użyją, to kwestia indywidualna: nie da się kogoś nieśmiałego nauczyć, żeby wychodził na scenę i robił szoł. Ja akurat jestem szołmenem z natury.

Oczywiście, na koniec piąty rok pyta: no dobra, od czego teraz najlepiej zacząć? Tak naprawdę powtarzam wtedy to, co oni już wiedzą; to jest taki moment, gdy jeszcze raz chcą to usłyszeć, uporządkować. Wnioskując z tego, ile osób jest na rynku, przynajmniej w Warszawie, widać, że wiele z nich bezpośrednio po studiach potrafi ten rynek ogarnąć, uporządkować na własny użytek. Widać, jak szybko ludzie wypływają, np. Poważne Studio (między innymi zrobili z Agatą Dudek „Żożo i Lulu”) – współpracują z takimi instytucjami, jak CSW i innymi związanymi ze sztuką. Minęło niecałe dwa lata, jak zrobili dyplomy, a już mają mnóstwo realizacji i doskonale funkcjonują.

My sami, kiedy już wiedzieliśmy, że możemy coś zaproponować, po prostu poszliśmy do wszystkich wydawnictw, które nam się podobały i dwa spośród nich odpowiedziały, że chcą z nami współpracować.

Jesteście na tym rynku zjawiskiem szczególnym – to, co robicie, nijak się ma do szablonów, jak powinno się robić książkę, wybierać odbiorcę. Zaprzeczeniem teorii jest chociażby D.O.M.E.K. – książka, która ma tak szerokiego odbiorcę, a która chyba nie miała zdefiniowanego czytelnika?

Z książkami, które robimy, jest trochę tak, że najpierw robimy książkę, a potem wydawca decyduje o odbiorcy… Nigdy nie przejmowaliśmy się tym, że teoretycznie powinno być odwrotnie i chyba nasze książki stanowią dowód, że ta teoria nie do końca jest prawdziwa. D.O.M.E.K. teoretycznie miał być dla pięciolatków i starszych, więc dla wszystkich było zaskoczeniem, że np. oglądają tę książkę trzylatki, kupują studenci architektury i kierunków pokrewnych. Równie zaskakujące było na przykład, że nastolatki są zachwycone MAMOKO.

Za tydzień skończymy książkę, którą robimy już od dwóch lat. Kiedy pokazaliśmy ją Siostrom [red.: Wydawnictwu Dwie Siostry], dziewczyny od razu powiedziały, że biorą bez żadnych zmian, tak jak jest. Jesteśmy bardzo ciekawi, jaki będzie odbiór. Żadnej książce do tej pory nie poświęciliśmy tyle czasu i energii, co właśnie tej.

Trafiacie w pewnym sensie w pustkę i w dziesiątkę za jednym zamachem. Zazwyczaj pokazujecie zupełnie nowe, zaskakujące ujęcie ciekawego tematu.

To duża zasługa wydawców, bo wiele z tych tematów jest przez nich wymyślanych, inicjowanych. Na przykład D.O.M.E.K. – Siostry zleciły nam książkę o architekturze i razem ustaliliśmy, że to będzie o niezwykłych domach.

Ile czasu zajmuje wam zbieranie materiałów do waszych książek? Nie da się ukryć, że to kompendia z różnych dziedzin.

Nigdy nie jest tak, że najpierw jest etap zbierania materiałów, potem etap pisania, a jeszcze później etap rysowania. Właściwie robimy wszystko naraz: coś znajdziemy, napiszemy, potem, a nawet równocześnie, dalej szukamy… Jest pomysł, konspekt, zakładamy objętość, ilość powiedzmy tych domków czy zwierząt, albo jakichś innych zagadnień. D.O.M.E.K. powstał w trzy miesiące z tekstami, z opracowaniami. Ale nie było tak, że napisaliśmy teksty do wszystkich domków, a potem wszystkie narysowaliśmy, tylko tak, że tutaj coś napisaliśmy, dorysowaliśmy, potem następne, potem znowu szukaliśmy, i kiedy książka była w połowie, to jeszcze nie było znalezionych wszystkich obiektów ani nie było ustalone, jak dokładnie będzie wyglądać całość. Ale też przy D.O.M.K.U. uczyliśmy się schematu – to była pierwsza taka książka.

Na przykład już przy „Tu jesteśmy” pracowaliśmy bardziej zdyscyplinowanie, uporządkowanie, ale też nie było tak, że zanim zaczęliśmy rysować, wszystkie tematy były już ostatecznie określone. Znaczy – tematy może tak, ale każdy rozdział już nie, one pojawiały się w trakcie pracy.

Do jakiego stopnia sprawujecie nadzór nad książką? Wasze książki są taką całością, dopieszczoną w każdym szczególe.

Przy każdej książce siedzimy w drukarni i od początku do końca każdy aspekt nadzorujemy. Sami ostateczne pliki oddajemy do druku.

Czyli wybór papieru też wy.

Zależy – to jest również kwestia finansowa, ale tak, w konsultacji z wydawcą wybieramy też papier. Również rodzaj oprawy – że na przykład „Co z ciebie wyrośnie” i „Kto kogo zjada” mają miękką oprawę, to nie jest kwestia budżetu, tylko kwestia decyzji. Że papier w „Co z ciebie wyrośnie” jest taki, a nie inny, to jest wszystko decyzja w pełni świadoma. Kolor kapitałki [tkaniny naklejanej na końce grzbietu oprawy – red.], rodzaj oprawy, klejenia, szycia, to, jak ona się otwiera, to wszystko są ważne decyzje projektowe.

A decyzje związane z okładką?

Też. Chociaż pewne drobiazgi zdarza nam się zmieniać. W S.Z.T.U.C.E. zamiast tego pana była staruszka, okładka MAMOKO została całkowicie zmieniona, ale tu akurat dobrze się stało, bo nie wiem, jak byśmy rozwiązali okładkę drugiej części. Zupełnie inną okładkę pierwotnie miał też D.O.M.E.K. – takie małe białe domki. Ale to była pierwsza nasza książka. W ogóle powstawanie okładki to też jest proces dynamiczny i czasem zachodzą różne zmiany, ale najczęściej drobne. I najczęściej jest tak, że „nasi” wydawcy są od początku przekonani do naszych rozwiązań, mają do nas zaufanie.

Tak naprawdę nie uważamy chyba już siebie za projektantów, tylko myślimy jako o autorach, dla których projektowanie jest jednym z języków, w których się wypowiadamy. Dlatego dyskusja w projektowaniu, czy dizajn powinien być transparentny czy bardzo spersonalizowany, jest w naszym przypadku w ogóle nieadekwatna. Nie widzę powodu, żebyśmy mieli w jakiś sposób nie robić właśnie takich autoekspresyjnych projektów.

Jeśli chodzi o ilustracje, to niemożliwe. Nie ma czegoś takiego, jak transparentna ilustracja. Zawsze mówiliśmy i nam mówili nauczyciele, że trzeba dopasowywać formę do treści, że treść jest nadrzędna i że forma, jakby język obrazu, jest tylko drugim językiem, który ma przekazywać treść, więc ta forma też musi się zmieniać. Nikt nam nigdy nie powiedział, że wszystko trzeba robić zawsze tak samo. Przeciwnie – zawsze nam mówili, że każdy projekt trzeba robić indywidualnie, inaczej. I myślę, że nasza droga z tego się wywodzi. Z tej metody i szkoły, którą otrzymaliśmy od Grażki Lange i prof. Buszewicza.

 

Rozmawiała Iwona Hardej