Matematyk na rowerze

Kwiecień, 2011 | Tagi:  , , , , ,    




Jest jedną z najbardziej utytułowanych i rozpoznawanych polskich sportsmenek. W dodatku w jej przypadku wyniki sportowe idą w parze z urodą i inteligencją. Maja Włoszczowska już podbiła świat, ale nie zamierza zwalniać. Najlepsza kolarka górska świata wciąż stawia przed sobą kolejne cele – zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym.

Poszło z górki

Nigdy nie marzyła o karierze sportowej. Do tego w sporcie tak ekstremalnie trudnym – sporcie dla gladiatorów, których Maja wyglądem zupełnie nie przypomina. Wszystko przyszło naturalnie. Zdradzała talent już na samym początku przygody z rowerem. W wieku 16 lat, zaledwie po dwóch latach od rozpoczęcia treningów, zdobyła mistrzostwo Polski juniorów. Rok później była już mistrzynią świata w maratonie MTB.

– Na rower wsiadłam dzięki mamie, która zmuszała mnie i brata do aktywnego spędzania czasu. Kiedy miałam 13 lat, wystartowałam w amatorskich mistrzostwach Polski. Widać byłam niezła, bo nawet te zawody wygrałam. Później poszło już z górki. Po prostu jeździłam na rowerze i robiłam to najlepiej, jak potrafię. W sumie jeszcze w liceum wahałam się, czy w zupełności poświęcić się kolarstwu, czy to aby na pewno odpowiednia droga – mówi Maja.

Właśnie dlatego po ukończeniu szkoły średniej w Jeleniej Górze wybrała się na studia do Wrocławia. Wybrała matematykę finansową. Studiowała dziennie – wyczyn godny podziwu, jeśli spojrzeć na mapę podróży Włoszczowskiej w trakcie trwającego od marca do października sezonu. Włochy, Hiszpania, Francja, USA, Kanada, Nowa Zelandia, RPA – można wymieniać długo. I tak 300 dni w roku.

– Pewnie gdybym nie została profesjonalną sportsmenką, pracowałabym w jakiejś firmie analitycznej. Zawsze lubiłam matematykę. Nie sprawiała mi problemu, dlatego ten kierunek studiów okazał się naturalnym wyborem.

Na szczęście dla polskiego sportu postanowiła jednak ścigać się na rowerze. Ostatnie dwa lata były w jej karierze wyjątkowe. W 2008 roku zdobyła srebrny medal na igrzyskach olimpijskich w Pekinie. W 2009 roku została srebrną i złotą medalistką mistrzostw Europy. We wrześniu ubiegłego roku odniosła największy sukces w karierze – w kanadyjskiej miejscowości Mont-Sainte-Anne zdeklasowała rywalki i została mistrzynią świata w MTB Cross Country.

– O tęczowej koszulce marzyłam od lat. Co prawda byłam już mistrzynią świata, ale maraton MTB nie jest konkurencją olimpijską. Bardzo mocno szykowałam się do tego wyścigu i udało się. Na mecie byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. Mam takie motto, cytat z Alchemika Paulo Coelho: „Jeśli czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja twojemu pragnieniu”. Tak właśnie było, i udało się.

Najdroższy Gucio świata

Rower to jej miłość. Patrząc na to, jak się z nim obchodzi, rzeczywiście można odnieść wrażenie, że jest dla niej zupełnie wyjątkowy. Cacko Włoszczowskiej jest niezwykle lekkie. To światowej klasy sprzęt najnowszej generacji, wart blisko czterdzieści tysięcy złotych. Takiego nie znajdziemy w sklepie.

– Rzadko komukolwiek go pożyczam. Najwyżej na kilkudziesięciometrową przejażdżkę. Zresztą dla innych osób jest raczej niewygodny. To dlatego, że jest specjalnie przystosowany do mojej budowy. Siodełko można regulować tylko na wysokość jednego centymetra. Dziennikarze często pytają mnie, czy mój rower ma jakieś imię. Wtedy odpowiadam, że Gucio, ale tak naprawdę to jeszcze mi na tyle nie odbiło, aby rozmawiać z rowerem – śmieje się nasza mistrzyni.

W tym roku jej sprzęt jest wyjątkowy.

– Podobnie jak moja koszulka za mistrzostwo świata, rower jest tęczowy. Prezentuje się świetnie. Każdy na trasie wie, kto jest mistrzem, bo mocno się wyróżniam. Mam nadzieję, że te tęczowe kolory przyniosą mi szczęście także w tym sezonie.

Oby, ale Maja nie ukrywa, że najważniejszy jest dla niej rok 2012, kiedy to odbędą się igrzyska olimpijskie w Londynie. Cel jest tylko jeden – złoto.

– Wiadomo, że o tym marzę. Srebro już mam. Chciałabym w Londynie wskoczyć o stopień wyżej. Miałabym wtedy wszystkie najważniejsze tytuły w garści. Czy byłabym spełniona? Chyba nigdy nie będę. Jestem jeszcze dość młodą zawodniczką i liczę, że przede mną wiele sukcesów – mówi Włoszczowska.

Biznes, promocja sportu i zdrowie

Maja realizuje się nie tylko na rowerze, ale też w biznesie. W 2005 roku założyła z mamą Ewą firmę produkującą stroje kolarskie. Śmiało można powiedzieć, że firma odniosła sukces. Ma zamówienia nie tylko z Polski, ale i całego świata.

– Bez wątpienia to zasługa mamy. Moja rola ograniczyła się już tylko do bycia testerem strojów i twarzą firmy. Quest zatrudnia już blisko 70 osób. Zamówień jest co raz więcej. Kolarze poznali się na jakości naszych produktów i jakoś to wypaliło. Żal tylko mamy, która nie ma czasu nawet na wakacje. Ciężko pracuje i poświęca się temu biznesowi.

Oprócz tego Maja organizuje coroczne zawody Jelenia Góra Trophy – Maja Włoszczowska MTB Race. To uznany wyścig kolarski, na którym pojawiają się zawodnicy ze ścisłej czołówki. Z roku na rok impreza rośnie w siłę, w dużej mierze dzięki zdolnościom organizacyjnym i nazwisku Mai.

Oprócz organizacji profesjonalnych zawodów w swoim mieście stara się jak najbardziej popularyzować kolarstwo i przekonać zwykłych ludzi do „dwóch kółek”.

– Rower to świetna sprawa na odpoczynek dla całej rodziny. Nie jest to ogromny wydatek, a można świetnie spędzić czas i do tego zadbać o zdrowie. W Polsce mamy dużo ciekawych tras, aby wybrać się gdzieś na weekend i pojeździć, do czego wszystkich serdecznie namawiam.

Kolarstwo górskie to niezwykle niebezpieczny sport, wymagający siły i odporności psychicznej Trasy są arcytrudne, strome, pokryte niezliczoną ilością konarów i głazów. W 2009 roku o jeden z takich głazów Maja uderzyła twarzą, na ostatnim treningu przed mistrzostwami świata w Canberze. Wyglądała fatalnie, ale na szczęście obyło się bez złamania szczęki. Za to wszędzie opuchlizna, zadrapania, siniaki i rany. Po czymś takim nawet najtwardszy facet dałby sobie spokój. Ona jednak wróciła.

– Mimo tamtego wypadku nie mam żadnej bariery psychicznej, co pokazałam zdobywając mistrzostwo świata. Upadki są częścią tego sportu i prawdopodobnie jeszcze nie raz dojdzie do takiej sytuacji. Ból i siniaki to normalka w kolarstwie górskim. Nie ominę tego do końca kariery – mówi ze spokojem Włoszczowska.

Playboyowi mówi „nie”

Na szczęście po kilku tygodniach na twarzy Mai nie było śladu po wypadku i sportsmenka znów trafiła na okładki gazet. Od dawna mówiło się, że z racji swojej urody i sukcesów, mistrzyni musi wziąć udział w rozbieranej sesji w Playboyu. Jednak kolarka na pokazanie większej ilości ciała nie da się namówić.

– Nic nie mam do rozbieranych zdjęć. Zrobione w odpowiednim stylu są sztuką. W Playboyu mnie jednak nie zobaczycie. Mogę zgodzić się tylko na wywiad. Wolę, żeby ludzie cenili mnie za moje sukcesy i nic więcej.

Kiedyś mówiła, że na miłość nie ma czasu, bo trzysta dni w roku jest w rozjazdach. Aż tu nagle szok! Maja była głównym tematem kuluarowych rozmów podczas Gali Mistrzów Sportu odbywającej się w styczniu z okazji wyborów najlepszego sportowca Polski Przeglądu Sportowego. W głosowaniu widzów zajęła 4. miejsce, ale nie to było dla zgromadzonych najciekawsze. W Teatrze Polskim w Warszawie Włoszczowska pierwszy raz pokazała swojego wybranka. Jest nim pilot rajdowy Przemysław Zawada. Połączyła ich miłość do niebezpiecznych sportów i adrenaliny.

– Jak widać, da się wszystko pogodzić. Kiedy spotka się odpowiednią osobę, można to wszystko odpowiednio poukładać. Nie mamy dla siebie wiele czasu, ale na tyle chcemy być ze sobą, że jesteśmy w stanie przeboleć rozłąkę. Oboje wyczynowo uprawiamy sport i często nie ma nas w Polsce. A nawet jak jesteśmy przy sobie, to musimy być dla siebie bardzo wyrozumiali, bo ja na przykład jestem wyczerpana po treningu i oprócz odpoczynku nie mam ochoty na nic innego – zwierza się mistrzyni.

Włoszczowska w marcu zainaugurowała nowy sezon. W tym roku najważniejsze są wrześniowe mistrzostwa świata w Szwajcarii. Za rok igrzyska olimpijskie. Z jej podejściem, z jej determinacją jesteśmy przekonani, że nie ma na nią mocnych.

Tomasz Włodarczyk