Lotniskowy dress code

Luty, 2011 | Tagi:  , ,    




W mojej wyobraźni lotniska zawsze pełniły rolę bramy łączącej światy równoległe. Za czasów poprzedniego systemu politycznego to nawet nie była przenośnia. Godziny spędzone w hali przylotów w oczekiwaniu na permanentnie opóźnione samoloty zza oceanu dawały rzadką możliwość osobistego doświadczenia istnienia jakiś innych, lepszych matriksów. Pamiętam z dzieciństwa skomplikowaną grę strategiczną, w którą bawiliśmy się z obsługą naziemną warszawskiego Okęcia. Polegała na tym, by zablokować nogą otwierające się od środka drzwi, tak przemyślnie, by dało się zajrzeć do sekretnego pomieszczenia, w którym na taśmie jeździły zagranicznie wyglądające walizki. Ów uparcie powtarzany manewr spotykał się z gwałtownym sprzeciwem obsługi, więc co chwila wybuchały awantury. Słowem – zabawa na sto fajerek.

Profil pasażera

Fakt, że od tamtej pory w moim życiu przewinęło się wiele podróży, samolotów i lotnisk, nie uodpornił mnie na ich magię. Najwyraźniej nie mam zadatków na zblazowanego podróżnika. Nadal uważam lotniska za miejsca zaczarowane, rodzaj tunelu teleportacyjnego, umożliwiającego natychmiastowe przeniesienie się w zupełnie inną bajkę. Zaryzykuję nawet hipotezę, że żadne inne miejsce nie oferuje takiej różnorodności angażujących wszystkie zmysły wrażeń, nawet jeśli w rankingu uwzględnimy Vegas i wszystkie Disneylandy. Można spędzić dowolnie dużo czasu obserwując pasażerów, próbując odgadnąć cel ich podróży, rozpracowując relacje rodzinne i rozpoznając marki, które mają na sobie. Bo lotnisko jest także idealnym miejscem do lansu. Nie przychodzi mi do głowy żadna inna lokalizacja dająca stuprocentową gwarancję, że w ciągu dwóch godzin zostaniemy obejrzeni, a nawet obwąchani przez kilka setek ludzi różnych narodowości, ras, wyznań i gustów.

Nie tak oczywiste standardy higieniczne

Wystarczy naprawdę niewiele, by zapisać się jak najlepiej w ich wdzięcznej pamięci. Nie mieć nadwagi. Przyjemnie pachnieć – i nie mam tu na myśli ciężkich buduarowych perfum, a raczej zapach doszorowania i świeżości. Nie przesadzać z alkoholem. Nie krzyczeć do telefonu komórkowego: „ja w samolocie jestem!” tuż po ogłoszeniu prośby o wyłączenie urządzeń elektronicznych. Nie ulegać babci, która przejęta naszym wyjazdem próbuje w ostatniej chwili napoić nas magiczną miksturą na wszelkie dolegliwości, składającą się głównie z czosnku i cebuli. Rozważyć zawczasu celowość przeprowadzenia kuracji szamponem przeciwłupieżowym. Mieć przy sobie i używać w miarę potrzeby szczoteczkę do zębów oraz antyperspirant. Mogłoby się wydawać, że jest to oczywiste minimum.

No, może oprócz nadwagi. Linie lotnicze i pasażerowie od lat próbują dojść do porozumienia w tej drażliwej kwestii. Biorąc pod uwagę, że dyskusja nieodmiennie zahacza o fundamenty cywilizacji, takie jak prawa człowieka oraz wolność, równość i braterstwo, można się spodziewać, że wiążący wyrok w tej sprawie zapadnie dopiero na wokandzie Sądu Ostatecznego. Nie da się jednak ukryć, że większość podróżnych ceni sobie szczupłe sąsiedztwo, szczególnie w klasie ekonomicznej.

Zakładając, że owo higieniczno-kulturalne minimum jest dla wszystkich oczywiste – wprawdzie nie jest tak, ale zaryzykujmy szalony optymizm – pozostaje paląca kwestia: ubranie.

Jak się ubrać?

To zależy od wielu czynników. Od klasy biletu, poprzez upodobania osobiste, po strefy klimatyczne kraju wylotu oraz docelowego. Najważniejsza jest, oczywiście, wygoda i pragnę tu z całą mocą podkreślić, że nie jest to synonim dresu. Mój znajomy purysta twierdzi, że dres nie przystoi nikomu, kto nie może wylegitymować się kołchoźniczym pochodzeniem przynajmniej w drugim pokoleniu. Ja nie jestem ortodoksyjna i uważam, że rodowód nie jest aż tak istotny, jeśli koniecznie chce się sprawiać wrażenie buraka. Obojętnie, czy dres pochodzi z budy przy stadionie, z kolekcji Hello Kitty czy też posiada certyfikat zaświadczający, że paski na nogawkach wszywał własnoręcznie Domenico Dolce, nie ma nawet cienia szansy, by za jego pomocą podrasować się na ekscentrycznego milionera czy zblazowaną gwiazdę rocka. Co nie znaczy, że nikt nie próbował. Wręcz przeciwnie – próbowało wielu i stąd wiadomo, że jest to zamiar z góry skazany na niepowodzenie. Kilka lat temu hollywoodzkie gwiazdy lansowały modę na puchate, różowe dresy, usiłując zamienić pierwszą klasę w słodką sypialnię Barbie. Nadal jeszcze można spotkać na lotnisku jakąś zapóźnioną druhnę Britney Spears, chociaż od ślubu księżniczki popu minęło już sześć lat, w tym cztery od rozwodu.

Na pierwszy rzut oka można rozpoznać na lotnisku podróżnych krótkich lotów odbywanych służbowo. Są ubrani tak jak do pracy, a ich bagażem podręcznym są torby z laptopami. Mają o tyle łatwiej, że latają w obrębie jednej strefy klimatycznej, więc pogoda ich raczej nie zaskoczy. Zagadnieniem bardziej skomplikowanym są podróże do krajów, w których aktualnie panuje upał, podczas gdy na naszym podwórku leży śnieg po pas. Można oczywiście ubrać się w puchową kurtkę i ciepłe buty, pod warunkiem, że chcemy im zafundować daleką podróż, pokazać im egzotyczne kraje i sfotografować na tle Sfinksa jak krasnala z „Amelii”. Weźmy jednak pod uwagę, że obecnie najbardziej trendy jest minimalizm bagażowy. Deklaracja, że bez względu na kierunek i długość pobytu potrafimy spakować się w jedną małą walizeczkę jest niezawodnym sposobem na zabłyśnięcie w towarzystwie. Umiejętnością pakowania zdążyły się już pochwalić premierowa Polski oraz modelka Anja Rubik.

Podstawy logistyki podróżniczej wyczerpująco omówił George Clooney w nominowanym do Oscara filmie „W chmurach”. Obstawiam, że przekształcenie pakowania w „świadome kreowanie bagażu” jest kwestią najbliższego czasu. Weekendowe kursy praktyczne zapewne przyciągną tłumy. Zabieranie na urlop ciepłych ubrań, które przydadzą się tylko przy wsiadaniu do taksówki, po prostu nie jest cool, pomijając już poważne wyzwanie, jakim jest upchnięcie puchowej kurtki w zawsze za małych schowkach bagażowych. Zastosowanie ciepłych ubrań w przypadku opóźnienia lotu z powodu złych warunków atmosferycznych bywa wprawdzie nie do przecenienia, gdyż mogą z powodzeniem zastąpić materac, kołdrę i poduszkę, ale w tym tekście umówiliśmy się na optymizm. Na szczęście żaden port lotniczy nie praktykuje przechowywania pasażerów na płycie lotniska w mżawce lub zamieci, co oznacza, że od momentu opuszczenia taksówki będziemy mieli do czynienia z jedną strefą klimatyczną – lotniskową.

Od kiedy pluszowe dresy szczęśliwie (i miejmy nadzieję bezpowrotnie) opuściły samolotowy mainstream, obowiązującym obecnie dress code’m wydaje się być zestaw: luźna sukienka lub tunika z narzuconym na wierzch kardiganem oraz szalem – w wydaniu damskim. Lub w wydaniu męskim – wygodne spodnie gniotące się w stopniu akceptowalnym, tiszert lub polo, opcjonalnie bluza. Jeśli podróżujemy na długiej trasie klasą turystyczną, musimy liczyć się z tym, że przyjdzie nam spędzić do 12 godzin w niezbyt wygodnej pozycji. Podróżni klasy biznes i pierwszej mają, rzecz jasna, znacznie więcej swobody, mogą więc pozwolić sobie na lans pełną gębą – choćby dlatego, że przynajmniej wyprostowanie nóg mają zagwarantowane w cenie biletu. Bohaterki drugiej części kinowego „Seksu w wielkim mieście”, podróżujące pierwszą klasą Emirates Airlines (uchodzących za Rolls-Royce’a wśród linii lotniczych), ubrały się do samolotu jak na bankiet.

Pytanie, w jakim stopniu jesteśmy gotowi wymienić wygodę na wywołanie wrażenia, pozostaje oczywiście otwarte. Victoria Beckham nie ma takiego problemu i – sądząc po wysokości obcasów, na których przemierza halę odlotów – stawia całkowicie na lans. Nie zalecałabym pochopnego podejmowania decyzji o naśladownictwie tej brawurowej postawy. Kto wie, jaki rozmiar będą miały nasze stopy po długim locie? A jeśli okaże się, że nie spełniają już wymogów obuwia, w którym wsiedliśmy do samolotu, co wtedy? Nie każdy ma zwyczaj zabierać w bagażu podręcznym płetwy, które w takiej sytuacji mogą okazać się ostatnią deską ratunku.

Bagaż

Na szczęście szpilki od Louboutina nie są jedynym sposobem na podrasowanie podróżnego wizerunku. Można zadać szyku na przykład bagażem. W tej dziedzinie niekwestionowanym liderem pozostaje od lat Louis Vuitton. Pojawienie się na lotnisku z kompletem walizek tej firmy zawsze robi wrażenie, chociaż niekoniecznie korzystne. W ogóle komplet walizek nie kojarzy się dobrze, bo najmodniej spakować się w jedną i to niewielką. Pozostaje więc opcja wybrania z kolekcji jednego markowego gadżetu; dobrze, żeby przy okazji miał walory praktyczne. Z najświeższych obserwacji wynika, że najwięcej zwolenników zdobył model Neverfull, być może ze względu na obietnicę zawartą w nazwie. W każdej grupce podróżnych odprawiających się przy stanowisku biznes klasy musi być obowiązkowo chociaż jeden egzemplarz.

Markowy gadżet podręczny podlega takim samym zasadom, jak bagaż główny. Czyli zapełniamy go w sposób przemyślany. Odkąd na rynku pojawiły się czytniki e-booków, odpada przynajmniej konieczność dźwigania liczonej w kilogramach twórczości mistrzów skandynawskiego kryminału. Oprócz szczoteczki i pasty do zębów warto zabrać wodę w sprayu, chusteczki – zarówno nawilżające, jak i zwykłe – oraz krem nadający się do zastosowania na twarz i ręce. Jeśli nie chcemy być zdani na filmowy gust linii lotniczych, a nie mamy w planach zabrania notebooka, warto przed wyjazdem skonfiskować dziecku PSP.

Istotną, a niesłusznie pomijaną rzeczą, którą warto zabrać na pokład samolotu, są grube skarpetki. Nie wszystkie linie lotnicze oferują je w travel kit, więc dobrze na wszelki wypadek mieć własne. Skarpetki z powodzeniem spełnią rolę kapci, a przy okazji oszczędzą naszym sąsiadom niekoniecznie pożądanych wrażeń zapachowych.

Wystarczy naprawdę niewiele, by bez względu na warunki móc uznać podróż samolotem za udaną. I równie niewiele, by wspominać ją jako koszmar, który zepsuł nam cały urlop. Dobrze jest wiedzieć, gdzie przebiega ta krucha granica.

Elżbieta Olechowska

ilustr. Agnieszka Słowińska