Kierunek: tradycja

Lipiec, 2011  |  , ,    
Lipiec, 2011

Wszyscy pamiętamy Teviego Mleczarza, który wraz z całą Anatewką wyśpiewywał odę do „tradiszyn”. Jak wiadomo, życie znacząco zweryfikowało jego poglądy i ani się obejrzał, kiedy jedna córka wyszła za ubogiego krawca, druga za opozycjonistę, a trzecia poślubiła goja, co mocno skomplikowało relacje Teviego z Bogiem, do którego miał kilka osobistych pretensji.
Od tamtych czasów sporo się zmieniło. Ludzkość przeżyła okres młodzieńczego buntu, z nieodzownym kwestionowaniem tradycyjnych wartości, któremu upust dała dość wyraziście w 1968 roku. Nic później nie było już takie samo. Wiadomo, że pewnych spraw nie da się odkręcić, tym bardziej, że niespecjalnie mamy na to ochotę. Chociaż nadal nie brakuje osób narzekających na postępujący zanik męskich mężczyzn i kobiecych kobiet, nie da się ukryć, że nasza współczesność premiuje elastyczność ról i obowiązków. Droga powrotu do aranżowanych małżeństw też wydaje się raczej zamknięta. Obecnie nawet następcom tronów wolno wybierać współmałżonków z ludu, nielegitymujących się arystokratycznym pochodzeniem.

Tak jak trudno byłoby nam się znowu przestawić na podróżowanie dyliżansem, tak ciężko sobie wyobrazić powrót do tradycyjnego modelu wychowania dzieci, z całowaniem rodziców w rękę i klęczeniem na grochu. Zaledwie 40 lat po premierze budzącego wówczas gorące kontrowersje filmu „Zgadnij, kto przyjdzie na obiad” Amerykanie wybrali czarnoskórego prezydenta.

Rzeczy i my

Oswoiliśmy genetycznie zmodyfikowaną żywność, antybiotyki i suplementy diety, przemieszczanie się między kontynentami w czasie kilku godzin oraz fast foody, dzięki którym w każdym miejscu na świecie możemy poczuć się jak w barze za rogiem. Uwierzyliśmy nawet, że od używania kuchenki mikrofalowej nie powyrastają nam ogony. Nauczyliśmy się wyrzucać rzeczy, zamiast je naprawiać. Wystrój mieszkania, pracę i współmałżonków zmieniamy częściej niż nasi rodzice pralkę, która służy im od ćwierć wieku, i żelazko, które pamiętamy z wczesnego dzieciństwa. W tym trendzie wytrwale kibicują nam producenci rozmaitych rzeczy, które przyzwyczailiśmy się uważać za niezbędne.

Nawet nie chodzi o to, że jestem jakoś szczególnie przywiązana do przedmiotów, chociaż z żelazkiem mojej mamy zawsze witam się serdecznie, bo to mój rówieśnik. Chodzi mi o wrażenie ciągłości. Nie wiem, jak Państwo, ale ja mam odczucie, że coś mi w tej dziedzinie strasznie zgrzyta. Nie czuję, jakby to powiedzieć, umocowania. Tak jakby moje życie, które, co tu kryć, postrzegam w kategoriach inwestycji, zalęgło się w próżni, bez żadnych odniesień do tego, co było. To dość niepokojące, biorąc pod uwagę, że oderwanie się do tego, co było, może skutkować także niezależnością od tego, co będzie. A to już poważnie zahacza o przypadkowość czasoprzestrzenną.

Przepaść cywilizacyjna

Porozumienie między naszymi rodzicami i ich rodzicami utrudniała przepaść pokoleniowa. Wiadomo, młodzi zawsze są przekonani, że wiedzą wszystko najlepiej. Starsi wprawdzie mają świadomość siły swoich racji, popartych wieloletnim doświadczeniem, ale jeśli mają odrobinę rozsądku, potrafią trzymać język za zębami, pozwalając dzieciom uczyć się na błędach. Najwyraźniej ten system sprawdzał się całkiem dobrze, skoro ludzkość zdołała przetrwać mimo rodzinnych spięć, z tłuczeniem żyrandola jak w „Wojnie domowej”. Wszystko układało się świetnie, aż mniej więcej 30 lat temu sprawa się rypła. Pomiędzy naszymi rodzicami i nami istnieje przepaść nie tylko pokoleniowa, lecz cywilizacyjna. Oni oglądają „M jak miłość” w Dwójce, my – „Borgiów” na laptopie. Oni spędzili całe życie zawodowe za jednym i tym samym biurkiem, my właśnie zmieniamy pracę po raz czwarty w ciągu 10 lat. Oni czytają książki i pieką ciasta, my właśnie testujemy swój pierwszy czytnik e-booków, a na święta zamawiamy catering. Oni spotykają się ze znajomymi, my kolekcjonujemy ich na Facebooku. Oni przeżywają swoje wakacje, my je fotografujemy. Czasem chcieliby nam opowiedzieć różne rodzinne historie, które usłyszeli od swoich rodziców i dziadków, ale kto by miał głowę do słuchania jakiś prehistorycznych opowieści o ludziach, którzy nie mają profilu „na fejsie”.

Jak mówiła niezapomniana kobieta pracująca w „Czterdziestolatku”, każda akcja powoduje reakcję. Miecz tarczę powoduje, a bomba atomowa – schron. Nowe technologie, ta cała związana z nimi trendowość, staje się tak natrętna, że wielu z nas ma coraz silniejszą potrzebę wymiksowania się z globalnej wioski, zwolnienia tempa i opanowania trudnej sztuki cieszenia się z tego co tu i teraz. Jakiejś namacalności swoich przeżyć.

Nie znam nikogo, kto po urlopie spędzonym w małym miasteczku we Włoszech czy na południu Francji, nie wróciłby zachwycony tamtejszym stylem życia – niespiesznym, spędzanym głównie za pamiętającym Napoleona stołem, uginającym się pod prawdziwym, czyli niepochodzącym z supermarketu jedzeniem, wypełnionym rozmowami bez pośrednictwa Skype’a czy telefonu komórkowego. Wiemy już na pewno to, co podejrzewaliśmy od pewnego czasu – istnieją na świecie miejsca, w których ludzie żyją w innym tempie, a ich egzystencja jest ściśle połączona z tym, co było, i tym, co będzie. Z dużym prawdopodobieństwem można bowiem zakładać, że w ciągu najbliższego stulecia niewiele się w tym miejscu zmieni, może z wyjątkiem wieku stołu i składu zasiadających przy nim osób.

Tradycja z zeszytu ze starymi przepisami

Wakacje rządzą się innymi prawami niż codzienność w dużym mieście i po powrocie okazuje się, że choćbyśmy bardzo chcieli, nie możemy przenieść tamtejszych zwyczajów na nasze własne podwórko, i to nie tylko z braku pamiętających Księstwo Warszawskie mebli. Ale coraz silniej próbujemy. Kiedy wreszcie dojrzałam do tego, by wyciągnąć z piwnicy zegar po pradziadku i zanieść go do renowacji, otrzymałam termin trzymiesięczny. Zegarmistrz bezradnie rozłożył ręce na tle piętrzących się pod sufit podobnych piwnicznych wykopalisk. Sytuacja powtórzyła się u stolarza. Okazuje się, że nie tylko ja odczuwam potrzebę zakotwiczenia się w czasoprzestrzeni za pomocą przedwojennego zegara i babcinej serwantki. Coś przecież trzeba przekazać następnemu pokoleniu, a elektryczna golarka z półtorarocznym terminem przydatności raczej się nie nadaje.

W większych miastach można zaobserwować prawdziwą inwazję sklepów i restauracji z tradycją w nazwie lub przynajmniej silnym do niej nawiązaniem. Można w nich kupić „babcine” konfitury, „domowe” ciasta lub wędliny o nazwach wywodzących się wprost z Austro-Węgier. Firmy produkujące żywność prowadzą wyścig na daty – która z nich może poszczycić się korzeniami najdalej sięgającymi w przeszłość. Organizowane w galeriach handlowych festiwale regionalnego jedzenia przyciągają tłumy, zainteresowane zakupem sera prosto od krowy i miodu prosto z ula. Imprezy w restauracjach tracą na rzecz coraz bardziej popularnych spotkań w domowej kuchni, wypełnionych wspólnym gotowaniem, najlepiej potraw, które pamiętamy z dzieciństwa. A jeśli gospodarze przypadkiem dysponują babcinym zeszytem z recepturami, to już w ogóle można mówić o wielkim sukcesie towarzyskim.

Nagle okazuje się, że własnoręczne przygotowanie rodzinnego obiadu bez podpierania się cateringiem nie jest tak skomplikowane, jak nam się wydawało. Mieszkanie wypełnione zapachem piekącego się ciasta staje się swojskie i przytulne, a zastawiony domowym jedzeniem stół zaprasza do długich, nocnych Polaków rozmów. Przymiotniki „tradycyjny” czy „wyprodukowany ręcznie” uzyskały status najwyższego komplementu.

Z(a)mieszanie starego z nowym, klasyki i nowoczesności

W mieszkaniach można coraz częściej napotkać pieczołowicie odrestaurowany stary mebel, wyeksponowany na tle skandynawskiego wystroju. A na ścianach wiszą fotografie przodków w kolorze sepii lub obraz przedstawiający jakiegoś bliżej nieznanego pradziadka. Ten trend nie jest akurat niczym nowym. Już prawie 40 lat temu inżynier Karwowski postanowił podrasować się portretem przodka, z braku własnego, zaopatrując się w pradziadka w Desie. Zwyczaj pożyczania rodziny nam również jest dobrze znany. Z braku własnej babci na wsi, wyjeżdżamy na wakacje do cudzej. Dla wielu mieszczuchów spędzenie urlopu w gospodarstwie agroturystycznym jest jedyną okazją by uzmysłowić dzieciom, że pierwotnym pochodzeniem jedzenia nie jest, o dziwo, półka sklepowa.

Każdy z nas pamięta z dzieciństwa różne rodzinne rytuały. Niedzielny obiad u babci, która potrafiła zrobić mielone jak nikt na świecie, rysowanie laurek na Dzień Matki, Babci czy Dziadka, przedpołudniowy seans kinowy, czyli tzw. poranek, wysyłanie kartek z życzeniami zamiast gotowych maili okolicznościowych, zwyczaj wyjeżdżania na wakacje zawsze w to samo miejsce czy codzienną kolację, podczas której opowiadaliśmy, co tam w szkole. Jak wykazują bezlitosne statystyki, większość polskich rodzin jednoczy obecnie wspólne oglądanie telewizji. A nawet na tym gruncie coś zaczyna zgrzytać. Informacja, że w ciągu minionych świąt Bożego Narodzenia żadna ze stacji nie wyświetli „Kevina samego w domu” wywołała internetowe zamieszki. „Kevin” ostatecznie był, więc święta można uznać za zaliczone. Okazuje się, że jesteśmy bardziej przywiązani do tradycji, nawet tej nowej, świeckiej, znanej z „Misia”, niż sami przed sobą chcemy przyznać.

Elżbieta Olechowska

Ilustr. Agnieszka Słowińska



 






Zobacz także