Jak osiągnąć reinkarnację chałupniczym sposobem

Kwiecień, 2012  |  , ,    
Kwiecień, 2012

W naszym europejskim kręgu kulturowym przywykliśmy brać za pewnik, że mamy do dyspozycji tylko jedno życie. Co nastąpi po nim, to kwestia dyskusyjna. Zasadniczo nie spodziewamy się, że odrodzimy się ponownie jako Shah Rukh Khan lub świnka morska, w zależności od bilansu dobrych i złych uczynków. Takie nastawienie poważnie ogranicza naszą możliwość manewru.

Implikuje ono też pewną nerwowość, stojącą w otwartej opozycji do pogodnego spokoju mnichów tybetańskich czy wzruszającej nadziei hinduskich pariasów, mających pełne prawo spodziewać się polepszenia losu w następnym życiu. O ich przewadze decyduje możliwość bardziej przemyślanego rozłożenia sił. W końcu to, co nie uda się w obecnym życiu, będzie można dokończyć w kolejnym, ostatecznie trzy życia dalej. My mamy do dyspozycji co najwyżej trzecie zęby oraz uniwersytet trzeciego wieku, a w dalszej kolejności mglistą obietnicę wieczności, o której wiemy niewiele, gdyż nikt jeszcze nie zrecenzował jej na TripAdvisorze.

Taka perspektywa, przyznacie Państwo, cieszy nieco mniej niż wakacje all inclusive w kurorcie, z którego właśnie wrócili znajomi i bardzo polecają. Trudno się dziwić, że tak zwana ostatnia podróż budzi niejakie wątpliwości, zwłaszcza, że nie da się wykupić zawczasu pokoju z widokiem, a i skład towarzyski rysuje się ciut niepewnie. Wyszkolony w produkowaniu iluzji zachodni umysł radzi sobie zatem w najlepszy znany mu sposób – tworząc kolejny Disneyland, który ma tę przewagę nad tymi już istniejącymi, że nie wymaga kupienia biletów.

„Problem skończoności ludzkiego życia w nieskończonym wszechświecie został nareszcie rozwiązany” – diagnozuje prof. Zygmunt Bauman w swojej książce „Płynne życie”. – „Można przestać sobie zaprzątać głowę wiecznością, nie wyrzekając się żadnego z cudów wieczności: w trakcie jednego doczesnego życia można zaznać wszystkiego, co wieczność mogłaby zaoferować”.

Ludzie Zachodu z problemem wieczności radzą sobie poprzez zaprzeczenie. Liczy się tu i teraz. Zwłaszcza, że teraźniejszość zdaje się nie mieć nic przeciwko temu, byśmy ją modelowali niczym plastelinę, dostosowując do swoich potrzeb i oczekiwań. Współczesny Disneyland jest spersonalizowany i dostosowany do wymagań jednostki. Jedynym problemem jest czas.
„Liczy się prędkość, a nie trwanie” – pisze Bauman. – „Przy zachowaniu odpowiedniej prędkości całą zawartość wieczności można skonsumować w nieprzerwanym teraz ziemskiego życia”. Trzeba zatem biec tak szybko, jak się potrafi, aby pozostać w tym samym miejscu, jak radziła Alicji Czerwona Królowa. Wiadomo – kto stoi w miejscu, ten się cofa.

Nomadyczna społeczność jednostek, z których każda ma własną, spersonalizowaną wersję swojego Disneylandu, może do niego dążyć we własny sposób. W przeciwieństwie do naszych rodziców czy dziadków, którzy spędzili życie z jednym i tym samym współmałżonkiem, w jednej, niezmiennej scenerii: M-3 – biuro, biuro – M-3, mamy jedyną i niepowtarzalną okazję przeżyć nieskończoną ilość scenariuszy.

Kibicuje nam cały świat. Wystarczy włączyć jakąkolwiek stację telewizyjną, by zapoznać się z problemami ambitnego żydowskiego lekarza, rzuconego przez los i system stypendialny w bezkresne ostępy Alaski czy hardego niemieckiego alpinisty, pozostającego pod urokiem filozofii Dalajlamy. Chałupnicza reinkarnacja opiera się na założeniu, że człowiek, podobnie jak komputer, restartuje się w dowolnych okolicznościach i czasie. To swoiste i jedyne w swoim rodzaju połączenie religii i technologii. Jeśli rzeczywistość, w której żyjemy, nie spełnia naszych oczekiwań, wystarczy, że naciśniemy odpowiedni przycisk, by przenieść się w realia, które bardziej nam odpowiadają – do siedliska na Mazurach lub pod słońce Toskanii. Pozostawioną w poprzednim życiu rodzinę, w tym dziatki wyglądające taty, co nie wraca ranki i wieczory, zamiatamy z wdziękiem pod dywan; w końcu samorealizacja wymaga poświęceń. Nie ma strachu, na miejscu znajdziemy sobie nową rodzinę, przy odrobinie szczęścia będą się pakować w butami w nasze prywatne sprawy, zupełnie tak, jak robili to krewni, z którymi dzielimy kod genetyczny. Nawet nie zauważymy różnicy.

Jedynym problemem jest czas, dlatego radzę zawczasu opracować stosowny biznesplan, zwłaszcza, że na przystanku Alaska zaczyna się robić tłoczno. Jeśli chcemy uniknąć tłumów, warto przemyśleć pójście pod prąd – czyli najpierw rok w Prowansji, a potem w szpilkach na Giewont, chociaż oczywiście jest to ryzykowne posunięcie, bo na starość lepiej się jednak wygrzać niż zmarznąć, poza tym po sześćdziesiątce mało kto lubi forsować kręgosłup, więc absolutnie niczego nie sugeruję. Ważne żeby mieć wizję. Spersonalizowaną, ofkors.

 

Elżbieta Olechowska

Ilustr. Aneta Grętkiewicz







Zobacz także