Isaak Newton i sztuka życia

Grudzień, 2011  |  , ,    
Grudzień, 2011

Mogłoby się wydawać, że życie jest czynnością raczej instynktowną. Wystarczy nie przestawać oddychać i robić to, co nam podpowiada natura, bądź – w opcji dla zaawansowanych – intuicja. Dzieje rodzaju ludzkiego usiane są przykładami jednostek, które odmieniły bieg historii, wykonując bez zbędnego wydziwiania to, co do nich należy. Komuś spadło na głowę jabłko, ktoś inny miał już serdecznie dosyć zdzierania sobie gardła krzykami przez ścianę „Panie Watson, proszę tu przyjść!”, a potem pewien gość uznał, że „dawno, dawno temu w odległej galaktyce” to całkiem spoko zagajenie. Jeśli spojrzeć od tej strony, historia naszej cywilizacji jawi się jako nieprzerwany ciąg mniej lub bardziej szczęśliwych zbiegów okoliczności, z których ktoś w porę wyciągnął odpowiednie wnioski.

I kiedy już wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, a ludzkość poczyniła nawet zauważalne postępy, oddalając się stopniowo od swoich neandertalskich korzeni, okazało się, że tak dalej być nie może. Jak zwykle, czynnikiem przesądzającym sprawę stał się marketing. Wizja życia polegająca na wykorzystywaniu dostępnych opcji, ale opierająca się zasadniczo na płynięciu z prądem, jest stanowczo za mało nośna. Ciężko zbić fortunę na tłumaczeniu ludziom czegoś, co sami doskonale wiedzą. Logicznym wyjściem z sytuacji okazało się lansowanie jedynie słusznego przekazu, że życie nie jest jakimś tam łatwym procesem, który może ogarnąć każdy noworodek. Jest sztuką. Wtedy od razu sprawa robi się poważna. Wiadomo przecież, że sztuka jest domeną elit artystycznych. Na szczęście, przy odrobinie dobrej woli i niewielkich zasobach finansowych, każdy może się ubiegać o legitymację członkowską.

Półki księgarskie uginają się pod ciężarem licznych tomów traktujących o sztuce życia, pouczających jak kreować swój wizerunek, kształtować świadomość, podświadomość, relacje rodzinne oraz życie seksualne. Możemy się z nich dowiedzieć nie tylko jakiej jesteśmy płci, bo to także z biegiem lat okazało się wcale nie tak oczywiste, jak myśleli nasi nieodlegli przodkowie, ale nawet tego, z jakiej planety pochodzimy.

Za pomocą prostych testów możemy zdiagnozować płeć naszego mózgu, poziom inteligencji, rodzaj poczucia humoru oraz dowiedzieć się, jaki zawód powinniśmy wykonywać. Gdyby zatem Isaakowi Newtonowi wyszło w teście, że jego przeznaczeniem jest gra na lutni, powinien z rozmysłem zignorować spadające jabłka, wychodząc z jedynie słusznego założenia, że zupełnie nie są mu do szczęścia potrzebne. Nawiasem mówiąc, urocza legenda o naukowcu i sadownictwie doczekała się już miażdżącej krytyki. Niemal 300 lat po śmierci Newtona biografowie wytykają mu, że wcale nie obserwował spadających jabłek. Co robił w tym czasie? Ano, można się domyślać, że skryty gdzieś w kąciku realizował swoje powołanie grając potajemnie na lutni.

Jeśli więc ktoś z Państwa odniósł mylne wrażenie, że życie jest umiejętnością wrodzoną, powinien czym prędzej porzucić te dziecinne mrzonki. Życie bowiem traktować należy w kategoriach rzeźbiarskich – jako nieforemną kupę gliny; względnie malarskich – jako ledwo zagruntowane płótno. Bez impresjonistycznych pociągnięć pędzlem, bez ostatecznego sznytu dłutem, takie życie w wersji sauté jest nic nie warte, każdy poradnik to Państwu potwierdzi.

Nieubłagany upływ czasu powinien natchnąć nas myślą, że źle nim zarządzamy. Egzystencja w rytmie wyznaczanym porami roku przystoi wprawdzie bohaterom powieści Reymonta czy Zoli, ale nie nam.

Zarządzanie stało się jednym z podstawowych pojęć współczesności. Zarządzać można właściwie wszystkim. Rzecz jasna głównie czasem, bo i wyzwania, z którymi przyszło nam się mierzyć, trudno zmieścić w 24-godzinnej dobie bez szczegółowej rozpiski. Aktywność, którą pokolenie naszych rodziców traktowało jeszcze w kategoriach fanaberii lub jako zarezerwowaną tylko dla jednej płci, stała się bowiem dla nas wszystkich obowiązkiem, od którego nie ma wymówki.

Weźmy na przykład sport. Bez możliwości wylegitymowania się kolekcją stempelków w karnecie klubu fitness trudno pokazać się w lepszym towarzystwie. Deklaracja, że nie uprawia się żadnych sportów jest równoznaczna z wyznaniem, że nie pilnuje się poziomu złego cholesterolu, mało tego – że pieczołowicie pielęgnuje się niszczący postęp miażdżycy, a może nawet raka, i za kilka lat staniemy się obciążeniem dla podatnika, domagając się chemioterapii lub bypassów w ramach świadczeń NFZ. W tej sytuacji trudno się dziwić, jeśli znajomi już teraz będą na nas patrzeć jak na przyszłego abonenta opieki społecznej.

Celowo uwrażliwiam Państwa na kwestię sportu, gdyż wiele wskazuje na to, że na naszych oczach dokonuje się w tej dziedzinie zmiana świadomościowa – karnet na siłownię już nie wystarcza. W dobrym tonie jest obecnie uczestnictwo w maratonach i radziłabym skorzystać, póki czas. Trend bowiem zmierza nieubłaganie w kierunku triathlonu, to kwestia dosłownie kilku najbliższych sezonów. Hollywodzkie gwiazdy zachwyciły się nim już kilka lat temu. Do nas moda dotarła z pewnym opóźnieniem, ale odkąd w triathlonie wystartowali Tomasz Karolak i Piotr Adamczyk, a Paulina Sykut i Magdalena Boczarska już rozpoczęły treningi przed kolejnym, nie ma odwrotu.

Zdaję sobie sprawę z rosnącej rzeszy ludzi, którzy nadzieje pokładają w rozwoju transgenetyki i wszczepianiu ludziom kocich genów, umożliwiających zachowanie pełnej sprawności fizycznej metodą wylegiwania się na kanapie przez 16 godzin na dobę, jednak wiele wskazuje na to, że z tej opcji skorzystają dopiero następne pokolenia.

Będąc na siłowni, nie możemy rzecz jasna zajmować się tylko ćwiczeniami. To byłaby oburzająca strata cennego czasu. Na szczęście dzięki sztuce zarządzania wiemy, że truchtając na bieżni możemy jednocześnie odświeżyć w pamięci niemieckie słówka, słuchać audiobooka Orhana Pamuka, oczywiście w tureckim oryginale, a w ostateczności wizualizować projekty usprawniające wykonywanie czynności codziennych (a gdyby tak w komodzie zamienić miejscami majtki ze skarpetkami…? Albo salon z sypialnią…?).

Kolejną wielce istotną aktywnością, którą musimy upchnąć w grafiku, jest pielęgnowanie relacji międzyludzkich. Przede wszystkim rodzinnych. Kiedy wracamy skonani po przepisowych ośmiu godzinach pracy oraz godzinie spędzonej na bieżni, basenie lub na zajęciach „zgrabne pośladki”, podczas których wątła blondynka bez najmniejszego wysiłku przekształciła nas w roztrzęsioną galaretę, nie wolno nam nawet pomyśleć o drzemce czy celebrowaniu żałoby po Hance Mostowiak. Opanowanie sztuki zarządzania czasem pozwoli nam jedną ręką przygotowywać zbilansowany posiłek dla całej rodziny, drugą – zakreślać błędy ortograficzne w wypracowaniu dziecka, trzecią wycierać kurze, czwartą prasować, a piątą umyć samochód. W ten oto prosty sposób zamiast poświęcać kilka godzin na obowiązki domowe, poświęcamy góra jedną, a resztę wieczoru możemy przeznaczyć na pielęgnowanie urody w „domowym spa”, bo tak teraz nazywamy łazienkę, oraz planowanie ze szczegółami tantrycznego seksu, co, jak wiadomo, jest nieodzownym warunkiem zdrowia oraz kształtowania więzi, a przymiotnik „tantryczny” jest eufemistycznym odpowiednikiem określenia: „zajmujący bardzo dużo czasu”.

Aby go jakoś wygospodarować, musimy sprawnie zarządzać nie tylko czasem, ale w ogóle wszystkim. Głównie domownikami. Dobrze zarządzany pies odróżnia sytuacje, kiedy może pozwolić sobie na dłuższe obwąchiwanko i pogoń za gołębiem od takich, kiedy należy ograniczyć się do szybkiego siku. W porównaniu z psem, lekko podrośnięte dzieci wydają się łatwiejszym materiałem do zarządzania, pod warunkiem, że są posiadaczami telefonów komórkowych, bo wtedy można nimi sterować zdalnie (zamrażalnik, górna szuflada, wrzucić mrożonkę do wody, zagotować). Przy odrobinie wprawy okazuje się to bardzo proste, o ile tylko poświęcimy wcześniej nieco czasu na optymalizację.

Celem optymalizacji jest przygotowanie się zawczasu na wszelkie możliwe sytuacje, z oblężeniem miasta włącznie, a jeśli akurat go nie ma – do zdalnego zarządzania obiadem zza służbowego biurka. W optymalizacji najcenniejszą cechą jest wprawdzie bujna wyobraźnia, ale istnieje także możliwość wyuczenia się pewnych zachowań na zasadzie psa Pawłowa. Można posiłkować się programami telewizyjnymi, szczególnie autorstwa Anthei Turner, która już w momencie wstawiania lilii do wazonu wie, że kiedy pąki się rozwiną, opadający pyłek nieodwracalnie zabrudzi śnieżnobiała kanapę, więc zawczasu należy poddać je kastracji. Lub Goka, który skompletuje nam nie tylko „basic wardrobe” złożoną wyłącznie z ponadczasowych hitów, z których wszystko pasuje do wszystkiego, lecz także „garderobę kapsułkową”, składającą się z 5 rzeczy, z których można zmontować niepowtarzalne zestawy biurowe, randkowe, klubowe oraz balowe na najbliższe trzy lata, a za pół wieku przekazać prawnukom. W międzyczasie musimy zadbać o relacje towarzyskie, śledzić informacje polityczne, wiadomości giełdowe, modowe, nowinki kosmetyczne, motoryzacyjne i gadżeciarskie, być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi i podciągnąć się z historii, bo przecież wszystko już było, tylko trochę inaczej oraz literatury, żeby wiedzieć, kto to opisał.

To wszystko oczywiście zda się psu na budę, o ile w tle nie zadbamy o swój rozwój duchowy, świadome odżywianie, poszerzanie horyzontów poprzez wyprawy do odległych, egzotycznych miejsc oraz opanowanie sztuki medytacji, a przynajmniej głębokiego relaksu możliwego do osiągnięcia w każdych warunkach. Nawet tak odruchowa wydawałoby się czynność, jak oddychanie, mocno się ostatnio skomplikowała, bo, jak się okazuje, można ją wykonywać lepiej lub gorzej, a takie instynktowne oddychanie jest w ogóle nic niewarte. Na szczęście oddychania także można się nauczyć – z podręcznika, na kursach weekendowych lub w szkole rodzenia.

Gdyby Isaakowi Newtonowi przyszło żyć w naszej skomplikowanej rzeczywistości, zapewne nigdy nie dowiedzielibyśmy się, dlaczego mieszkańcy Australii nie pospadali jeszcze w kosmiczną otchłań. Jeśli ktoś z Państwa wierzy w reinkarnację i spotka go na siłowni, kiedy zajęty ćwiczeniem świadomego oddechu przed startem w maratonie przegląda wiadomości giełdowe na tablecie, proszę go zagadnąć o te jabłka. Pewnie zainteresują go na tyle, by zapytać, czy na pewno pochodzą z uprawy ekologicznej i czy znowu są symbolem czyjejś kampanii wyborczej.

Elżbieta Olechowska

Ilustr. Agnieszka Słowińska

 







Zobacz także