Ekologiczny savoir-vivre

Kwiecień, 2011 | Tagi:  , , ,    




Gdyby dzieje Ziemi przełożyć na cykl dobowy, okazałoby się, że historia gatunku Homo sapiens liczy sobie najwyżej 4 sekundy. Człowiek, który pojawił się na świecie 200, a według niektórych hipotez zaledwie 150 tysięcy lat temu, dość szybko okazał się enfant terrible. Planeta zamarła ze zgrozy na widok rozpuszczonego bachora, który wpada do cudzego mieszkania, chaotycznie demoluje co mu wpadnie pod rękę, a gospodarze marzą tylko o tym, żeby się go jak najszybciej pozbyć. Największą energią i pomysłowością w tym zakresie wykazało się kilka ostatnich pokoleń oraz ich bezpośredni spadkobiercy, czyli my sami. Owszem, co jakiś czas popadamy w zadumę nad tragicznym losem dżungli amazońskiej i jej mieszkańców, ale przeważnie wolimy to robić z perspektywy naszych dizajnerskich apartamentów z widokiem na wybetonowane centrum, mając na wyciągnięcie ręki tak niezbędne przedmioty codziennego użytku, jak mp3, DVD, CD, TV oraz inne, zawierające w nazwie więcej liter, w tym przynajmniej jedną samogłoskę.

Chwalebna promocja „zielonej” zmiany

O tym, że nasze zachowanie na Ziemi pozostawia cokolwiek do życzenia, wiedzą wszyscy. W temacie orientują się były wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, Al Gore, laureat pokojowej Nagrody Nobla za zaangażowanie w przeciwdziałanie globalnemu ociepleniu i Davis Guggenheim, reżyser filmu Niewygodna prawda, poświęconego temu zagadnieniu. Leonardo di Caprio, przeznaczający miliony dolarów na ochronę przyrody, został niedawno zaszczycony przez Władimira Putina mianem „prawdziwego mężczyzny”, kiedy po dwóch awaryjnych lądowaniach aktor dotarł wreszcie z Nowego Jorku do Moskwy na szczyt poświęcony ratowaniu tygrysów. Charyzmatyczny wokalista irlandzkiej grupy U2 sadzi drzewka na zbudowanej ze śmieci sztucznej wyspie w Zatoce Tokijskiej i nawołuje do zaprzestania wycinki już istniejących lasów oraz zabijania zwierząt. Zespół Radiohead nie zgodzi się na występ, jeśli organizatorzy nie spełnią określonych warunków, w tym zapewnienia segregowania śmieci oraz przyjaznych naturze rozwiązań logistycznych. Świat zamarł ze wzruszenia na widok zdjęć ślicznego Brada Pitta w pocie czoła dźwigającego belki na placu budowy nowego ekologicznego osiedla w spustoszonym przez huragan Katrina Nowym Orleanie. Podobno sfinansował większość kosztów z własnych gaży. Gwiazdy szturmem ruszyły do salonów samochodowych po auta z hybrydowym napędem, zupełnie jakby zaledwie kilka lat temu nie ekscytowały się Hummerami o średnim spalaniu wynoszącym 25 litrów na 100 kilometrów. Kiedy scenarzyści serialu Weedsuznali, że pierwszym zakupem bohaterki po odbiciu się od finansowego dna będzie właśnie samochód z hybrydowym napędem, trend został oficjalnie przyklepany.

Wybór między rowerem a samochodem

Ceny produktów, obiecujących w pełni naturalne pochodzenie, trudno uznać za okazyjne. Prawdopodobnie jest to jeden z powodów, dla których na ekologiczne zakupy statystyczny Polak wydaje 40 razy mniej niż Szwajcar i 20 razy mniej niż Niemiec. Jednak dla osób utożsamiających wyższe ceny z luksusem, kwota, którą wyświetli kasa, nie jest zniechęcająca. Wręcz przeciwnie. Mimo wszystko karta stałego klienta eko-sklepu daje możliwość zaakcentowania swojej wyższości nad nieuświadomionym ogółem za cenę znacznie niższą niż torebka Hermèsa. To, gdzie i co kupujemy, staje się wyznacznikiem statusu takim, jak wykonywany zawód, standard mieszkania czy metki na ubraniach. I znacznie zwiększa potencjał towarzyski. Można się wymieniać opiniami na temat wyższości jajek od kury zielononóżki nad zwykłymi „trójkami” lub polecać sobie na ucho pana Mariana, który wędzi szynkę jak nikt na świecie. I tylko jakiś nieczuły drań mógłby zwrócić uwagę, że po tak pokrzepiającej dyskusji rozmówcy rozjeżdżają się do domów SUV-ami z silnikiem o pojemności 3,0 i wyżej.

Ta kwestia wydaje się nie do przejścia. Kochamy swoje samochody prawie jak rodzone dzieci, a już na pewno bardziej niż teściową. W końcu nie po to zapisywaliśmy się pół roku temu na topowy model, żeby teraz ukrywać go w garażu. Rower, owszem, spełnia pokładane w nim wizerunkowe nadzieje, szczególnie taki sprowadzony prosto z Holandii, jednak dwa kółka to nie to samo co cztery. Ludzie z pierwszych stron kolorowych magazynów lubią przy sprzyjającej pogodzie pokazać się w towarzystwie rasowej „holenderki”. Widok Magdaleny Cieleckiej w kwiecistej sukience na rowerze w pogodny letni dzień z pewnością jest miły dla oka. Podobnie jak Matthew McConaughy, szczególnie, że lubi jeździć bez koszulki. Nawet Hugh Laurie, chociaż ustępuje tej dwójce urodą, potrafi wywołać szybsze bicie serca wielbicielek serialu Dr House, kiedy dzielnie pedałuje po ulicach. Niestety, nie da się ukryć, że najsilniejsze uczucia tych panów kierują się ku zupełnie innej parze kół, które nawet przy najszczerszych chęciach trudno określić mianem ekologicznych.

Przemiany obyczajów w cywilizacji Zachodu*

Biblia, opisując początki człowieka na ziemi, wspomina o tym, że Bóg przyprowadził do Adama zwierzęta, by nadał im imiona. Prawnukom Adama to nie wystarcza. Chcą uzyskać panowanie również nad organizmami niewidocznymi gołym okiem. Wynalezienie penicyliny uratowało nam życie, więc postanowiliśmy pójść szerzej. Tajemnicze „kultury bakterii” żyjące w jogurtach i actimelach zyskały ostatnio status pełnoprawnych celebrytów. Wyskakują na nas nie tylko z chłodziarek supermarketów, lecz także z ekranów telewizorów i ze stron kolorowych magazynów. W opozycji do nich pozostają drobnoustroje, które nie miały szczęścia do PR-u. Te z kolei musimy wyplenić za pomocą żelów, mydeł antyseptycznych, płynów antybakteryjnych i detergentów. Nasi dalecy przodkowie okrywali się żyjącymi własnym życiem futrami, myli się z okazji świąt, a wzajemne iskanie odgrywało ważną rolę w kształtowaniu relacji międzyludzkich. W muzeach nadal można oglądać kunsztownie wykonane młoteczki ze szlachetnych kruszców, służące do wybijania wszy. My zaś uważamy, że im mniej człowieka w człowieku tym lepiej. Za pomocą antyperspirantów zwalczamy nasz naturalny zapach, który nie tylko nie jest trendy, ale wręcz może skutkować ostracyzmem towarzyskim. Naturalny zapach powietrza także przestał nam odpowiadać. Wolimy sztuczne odświeżacze, które każde pomieszczenie w mgnieniu oka zamienią w łąkę pełną konwalii. Z taką samą zawziętością, z jaką pozbywamy się polnych kwiatów z ogródka, żeby zrobić miejsce artystycznie przyciętym tujom, walczymy z roztoczami w dywanie i bakteriami na skórze, których wprawdzie nie widzimy, ale wiemy, że nam przeszkadzają. W coraz bardziej sterylnych warunkach codzienności liczba alergików rośnie w postępie astronomicznym.

Jak wiadomo, każda akcja powoduje reakcję. Odkąd trzy lata temu Julia Roberts wyznała w programie Oprah Winfrey, że nie używa dezodorantu, wśród gwiazd rozpoczął się higieniczny coming out. Do Roberts przyłaczyły się: Charlize Theron z wyznaniem, że zdarza jej się nie kąpać nawet przez tydzień oraz Jessica Simpson ze swoją niechęcią do pasty do zębów. Preferuje bowiem płyny do płukania jamy ustnej. Bożyszcze nastolatek, gwiazda sagi Zmierzch – Robert Pattinson, przyznał się publicznie do niemycia włosów.

Zdaniem krytyków tego rodzaju „naturalności”, gwiazdami odstającymi od głównego nurtu kieruje głównie egoizm. Nawet w zwykłych relacjach międzyludzkich trudno komuś zwrócić uwagę, że przebywanie w jego towarzystwie wywołuje dyskomfort zapachowy. A co dopiero zarabiającej miliony gwieździe filmowej. Krytyka takiego stylu życia napływa także, co oczywiste, ze strony koncernów kosmetycznych, zaniepokojonych niebezpiecznym dla ich zysków trendem. Ich zdaniem powinniśmy się dalej wyjaławiać, co spowoduje, że staniemy się łatwym łupem dla krążących w powietrzu wirusów. A taka sytuacja jest wprost wymarzona dla producentów leków i suplementów diety, gotowych zaproponować nam tysiąc sposobów na poprawę odporności.

Planetarne zaproszenie do stołu

Podobno istnieje jednak złoty środek. Można nie wprawiać w zakłopotanie znajomych, nie szkodząc naturze. Mydlnicę lekarską łatwo wprawdzie pomylić z chwastem i wyplenić, robiąc miejsce na tuje, jednak warto dać jej szansę na drugie życie. Wstyd się przyznać, że aby poznać pełnię jej możliwości, musiałam pojechać aż do delty Orinoko. W Polsce występuje bowiem dość obficie, tylko przeważnie nie dostrzegamy jej właściwości inspiracyjnych. Indianie nie mają z tym problemu, pewnie dlatego, że zamiast wycinać rośliny, wolą je wcześniej poznać i dowiedzieć się, co potrafią. Może właśnie w tym tkwi źródło naszych kłopotów.

Próbując z całych sił zmienić Naturę tak, aby była nam poddana, zapominamy, że jesteśmy jej częścią. Starając się odciąć od naszych korzeni, skazujemy siebie samych na samotność. Nikt nie lubi osób, które na każdym kroku podkreślają swoją wyższość i forsują własne standardy jako jedynie słuszne. Ich obecność jest na dłuższą metę męcząca. To samo każdego dnia robimy swoim ziemskim współmieszkańcom, nie wspominając o gospodyni. Przychodzenie w gości z własnym hamburgerem i ostentacyjne lekceważenie potraw na stole zwykliśmy uważać za nietakt. Ale codziennie popełniamy tę gafę w obecności pani domu – Natury. Za chwilę możemy być skazani na to, by kisić się we własnym wydezodorantowanym, sterylnym gronie. Myślicie, że będzie fajnie? Ja sądzę, że dość szybko zabraknie tematów do rozmowy i zalegnie niezręczna cisza.

————————————–

* polski tytuł słynnej pracy Norberta Eliasa

Elżbieta Olechowska