Czerpać z życia jak najwięcej

Kwiecień, 2011 | Tagi:  , , , , ,    




Polarnik, podróżnik, pisarz, fotograf, wykładowca, przedsiębiorca – w każdej z ról, choć nie wymieniliśmy pewnie nawet połowy przez niego pełnionych, jest wybitny. Filantrop, który pomógł niejednemu potrzebującemu. Ktoś, kto dokładnie wie, jak marzenie przemienić w rzeczywistość. Jedyny na świecie, który zdobył oba bieguny w jeden rok bez pomocy z zewnątrz. Ostatnie zdanie bezwzględnie demaskuje naszego rozmówcę. Marek Kamiński opowiada o przyszłych wyprawach, projektach i zdobywaniu kolejnych, tym razem życiowych biegunów.

 

Tomasz Włodarczyk: Podróżuje pan od wielu lat. Dotarł pan do miejsc dla większości z nas nieosiągalnych. Czy nie znudziły się panu te wszystkie wyprawy?

Marek Kamiński: Nie sądzę, aby kiedykolwiek się znudziły, bo czy może znudzić się poznawanie świata i zdobywanie nowych doświadczeń? Nie podróżuję dla samego podróżowania. Z każdej wyprawy wracam bogatszy o nową wiedzę, nowe przeżycia. Każda ma jakiś cel. Kształtuje mnie jako człowieka. Nieważne, czy jadę gdzieś bardzo daleko, do miejsc ekstremalnie niebezpiecznych czy podróżuję po Polsce. Z każdej takiej eskapady wynoszę coś bogatego, coś bezcennego.

Czy w najbliższym czasie planuje pan jakąś wyprawę?

To się w taki sposób nie odbywa. Wyprawie z reguły przyświeca jakiś cel. Nie siedzę i nie planuję, że pojadę w konkretne miejsce. Zwłaszcza w ostatnim czasie, kiedy ważniejsza stała się dla mnie rodzina. Dlatego wymyśliłem podróże z cyklu „Baby on Board” – z dzieckiem przez świat. W 2006 roku moja żona Kasia namówiła mnie na rodzinną wyprawę. Wyruszyliśmy wzdłuż Wisły z 2-letnią córką Polą i psem Ają. Kiedy zrodził się ten pomysł, miałem wątpliwości. Bałem się o córkę, że może nie wytrzymać trudów takiej wyprawy, ale wszystko się udało. Wystarczyło, że wszystko zostało sumiennie zaplanowane i przygotowane. W najbliższym czasie wybierzemy się do Norwegii lub Japonii. Zdecydowałem się podróżować z najbliższymi, bo to z nimi chcę spędzać jak najwięcej czasu. Namawiamy też innych, aby podróżowali całymi rodzinami, zwiedzali Polskę.

W ostatnim czasie mocno zaprzyjaźnił się pan z Wisłą…

Zgadza się. Nie tylko w ostatnich latach pływałem po Wiśle, ale przede wszystkim poprzez moją fundację [chodzi o Fundację Marka Kamińskiego – przyp. red.] wdrażam projekt „Szlak Wisły”. To inicjatywa edukacyjno-społeczna, która ma na celu nadanie nowego znaczenia tej rzece. W ostatnim czasie staliśmy odwróceni plecami do Wisły i chcemy to zmienić. Chcemy, aby znów stała się dla nas użyteczna przy zachowaniu harmonii z naturą, przy poszanowaniu zasad ekologii. Wisła może nam dać bardzo wiele dzięki turystyce i innym gałęziom przemysłu. W bardzo małym stopniu wykorzystujemy królową polskich rzek. Dzięki moim dwóm wyprawom pod hasłem „Ekspedycja Wisła” nakręciłem film dokumentalny o Wiśle oraz znaczeniu natury dla człowieka. Udało się też wydać przewodnik „Wisła. 1047 tajemnic” oraz zorganizować konferencję „Wisła XXI wieku – szanse i zagrożenia na lata 2010-2015”.

Ekologia jest dla pana ważna?

Jest dla mnie bardzo ważna z tego względu, że dzięki moim wyprawom byłem blisko natury. Wiele widziałem, mogłem zaobserwować jak zmienia się środowisko i jaki wpływ na otoczenie ma człowiek.

Musimy zdawać sobie sprawę, że natura zawsze sobie poradzi. My bez niej niekoniecznie. Na ziemi może nie być człowieka, ale to, co nas otacza, w jakiejś formie nadal będzie istniało. Widziałem i poczułem na własnej skórze, jak potężna, jak nieokiełznana jest natura. Powinniśmy czuć do niej większy respekt.

Poczuł pan na własnej skórze… Wiele razy moc natury sprawiała, że śmierć zaglądała w oczy?

Nie jest jakąś wielką tajemnicą, że kilkakrotnie byłem w sytuacjach zagrożenia życia. Ekstremalnie niskie temperatury, gniew natury w postaci potężnych zamieci śnieżnych – długo mógłbym wymieniać. Na dłuższą metę z naturą się nie wygra. Trzeba się jej podporządkować. Nie musimy wyruszać na biegun, aby poczuć jej potęgę. Zeszłoroczne powodzie w Polsce lub tegoroczne w Australii, wybuch wulkanu paraliżujący loty na europejskim niebie [wywiad był przeprowadzany w początkach marca, jeszcze przed wielkim trzęsieniem ziemi w Japonii – przyp.red]. Najnowsze technologie nie potrafiły zapobiec, sromotnie przegrały w starciu z siłami natury. Kiedy pogrozi nam palcem widzimy, że niemożliwe jest się jej przeciwstawić.

Wspomniał pan o fundacji. Czym dokładnie się zajmuje?

Jestem fundatorem, ale oczywiście pomaga mi duża grupa ludzi. Mamy za sobą mnóstwo projektów edukacyjnych, charytatywnych i ekologicznych. Przede wszystkim pomagamy chorym dzieciom i młodzieży w pokonywaniu barier. Inspirujemy i pokazujemy im, że niemożliwe staje się możliwe. Otwieramy furtkę przed możliwościami, jakie przed nimi stoją. Sam wielokrotnie myślałem, że czegoś nie da się zrobić, ale człowiek może naprawdę wiele. Zbieramy fundusze na protezy, rehabilitację oraz edukację niepełnosprawnych. Wydajemy książki, które piszę na podstawie moich wypraw. Wspieramy podróże innych. Organizujemy warsztaty i obozy dla dzieci niepełnosprawnych lub chorych. Jest tego bardzo dużo i wymieniać wszystkie nasze akcje byłoby bardzo trudno. Teraz pracujemy chociażby nad projektem „Tour de Wisła” – rowerowym rajdem wzdłuż Wisły.

Ekspedycja Wisla, fot. Maciej Moskwa

Działalność charytatywna jest dla pana ważna?

Bardzo się temu poświęciłem. Jeśli spojrzeć na moją aktywność w ostatnich latach, to działalność charytatywna stała się dla mnie najważniejsza. Na pewno ważniejsza od sfery biznesowej, w której oczywiście też funkcjonuję. Mam firmę produkującą materiały grzewcze. Chociaż też posłużyła mi do pomocy innym. W zeszłym roku pomogliśmy poszkodowanym w powodzi, m.in. mieszkańcom Czechowic-Dziedzic.

Oprócz Fundacji jest też Instytut Marka Kamińskiego. Na czym polega jego działalność?

To poniekąd uzupełnienie działania fundacji. Przede wszystkim zajmujemy się aspektami rozwoju człowieka. Uczymy motywacji i dążenia do celu. Proponujemy łączenie tematyki rozwoju osobistego z obszarami biznesowymi. Warsztaty „Dotykanie Świata” to pokłosie moich wypraw i życiowych doświadczeń. Ludzie pytali mnie, jak to wszystko osiągnąłem. Teraz staram się przekazać poprzez swoje wykłady, w jaki sposób każdy może osiągnąć swój osobisty biegun. Do instytutu zgłaszają się największe firmy w Polsce – banki, instytucje finansowe, firmy marketingowe. Dałem już setki wykładów. Zaczęło brakować czasu, dlatego teraz pomaga mi zespół wyselekcjonowanych osób mających podobną filozofię życia do mojej. Razem działamy i pomagamy w odkrywaniu mocnych stron osobowości. Staramy się kształtować charaktery tak, by nasi klienci osiągali sukces.

Można nazwać pana trenerem biznesu?

Pewnie wpisuję się w ogólną definicję trenera biznesu, ale czuję się bardziej trenerem życia. Staram się przekazać to, w jaki sposób można pokonywać kolejne bariery, aby dojść do wyznaczonych celów. Opowiadając o swoich doświadczeniach, pokazuję że cele, nawet te najniezwyklejsze, można zrealizować. Pokazuję, jak pracować w zespole, aby był jak najbardziej zgrany, by razem maksymalnie wykorzystywał swoje możliwości. Zaznaczam też, że aby w życiu zawodowym osiągnąć sukces, ważne jest także życie prywatne. Mówienie o tym wszystkim przychodzi mi bardzo naturalnie. Nie jestem specjalnie wyedukowany w tych tematach. Wszystkiego nauczyło mnie życie. Jeśli wykład to za mało, polecam lekturę książek z moich wypraw.

Wydaje pan swoje wspomnienia z podróży, ale nie tylko. Ostatnio zabrał się pan za książkę Juliusza Verne’a…

Książka Przygody kapitana Hattersa poszła już do druku. Zdecydowałem się na jej wydanie, bo przypomina mi moje wyprawy na biegun. Zresztą, kiedy byłem mały, to namiętnie czytałem Verne’a i myślę, że po części dzięki tym lekturom stałem się podróżnikiem. Ta książka to jedynie początek, bo uruchomiliśmy już projekt „Biblioteka Marka Kamińskiego”. Mamy zamiar wydawać książki, które mnie pasjonowały. Skąd ten pomysł? Kiedy wyruszyłem na biegun, miałem dziwny sen. Przyśniło mi się, że wchodzę do biblioteki, w której książki mają swoje własne kształty – kształty wypraw. Trudno to wytłumaczyć, ale to popchnęło mnie do stworzenia wydawnictwa.

W lutym został pan przyjacielem Euro 2012. Lubi pan piłkę nożną?

Było to dla mnie miłe wyróżnienie. Cieszę się, że mogę być ambasadorem największej imprezy sportowej w Polsce. Oczywiście jestem fanem futbolu. Grałem, kiedy byłem młodszy. Teraz bardziej oglądam w telewizji. W Gdańsku jest Lechia, tak że mamy tu komu kibicować. Zresztą sport i zdrowy tryb życia był dla mnie zawsze bardzo ważny. Sam uprawiałem wiele dyscyplin. Teraz staram się propagować wśród innych aktywny tryb życia.

Jest pan zaangażowany w niesamowitą ilość spraw. Jak pan znajduje na to wszystko czas?

No rzeczywiście, pewnie mógłbym tym wszystkim obdzielić kilka osób. Czasem sam się zastanawiam, skąd biorę czas, bo doba ma tylko 24 godziny. Może moja działalność ma związek z pokonywaniem kolejnych barier. Oczywiście, nie pracuję sam. W fundacji i instytucie pomagają mi inni ludzie. Da się to wszystko poukładać. Po prostu staram się czerpać z życia jak najwięcej.