Vargas od szabli, Llosa od szklanki!

Grudzień, 2011  |  , , ,    
Grudzień, 2011

Mój do Węgrów sentyment jest specyficznego chowu. Języka ich nie znam, choć mnie fascynuje swoją kompletną dla mnie niezrozumiałością. Byłem tam raz jeden, jedyny, ale do dziś pamiętam. I rewelacyjnego smaku kuchnię, co to w roku 1976 miała walor podwójny: raz, że smaczna, dwa, że była. I – patrz, synku! Tak wygląda baleron! – zaopatrzenie w sklepach, w których bez kolejki można było sobie kupić wszelkiej maści wędlinę, co w przydomowym Samie było niemożliwe. Udało mi się przy okazji nawiązać bliższą znajomość z tokajem, o którym mało kto wie, iż „podtytuł” Szamorodni polskiej jest proweniencji.

Przyjaźń z Badacsonyi Rieslingiem nawiązałem jeszcze wcześniej, w tajemnicy przed rodzicami, zupełnie natomiast jawnie wkroczyłem na sam szczyt wiadomej góry, na stokach której riesling sobie w słoneczku dojrzewał, jeszcze w postaci gron. Było pięknie. Nawet liznąłem nieco języka; do dzisiaj pamiętam jak brzmiał komunikat wzywający (kilkanaście razy dziennie) Tomaša Přibrama z Bratysławy do wyjścia z nadbalatońskiej plaży. Do dziś też rozumiem, czego się strzec widząc tabliczkę z napisem A kutya harap!. Pamiętam, jak ogromnym przeżyciem było „zstąpienie” do wnętrza katedry św. Stefana w Budapeszcie pewnego słonecznego przedpołudnia. Kiedy tylko wzrok się do półmroku przyzwyczaił, znalazłem się w pajęczynie różnokolorowych smug tryskających z witraży…

Wrażeniem o skrajnie przeciwnych konotacjach był nocleg w holu dworca Keleti pośród tłumu rodaków, którzy przybyli do Budapesztu w związku z tradycyjną obniżką cen w sklepach. Policja ograniczała się do budzenia tych, którzy zajmowali zbyt wiele miejsca na drewnianych ławkach w stosunku do potrzeb siedzących na kamiennej posadzce. Do PRL wróciliśmy samolotem Malevu i znów zrobiło się (1978) gierkowsko. By nasz madziarski sen przedłużyć, rodzice zaciągnęli nas do rzekomo węgierskiej restauracji na Marszałkowskiej, gdzie zamiast nadbalatońskich specjałów podano nam niedoobierane kartofle, łykowatą kaczkę z kiszoną kapustą (do której się kucharzowi wysypał roczny zapas kminku miast papryki). Szok. Odkuliśmy się w pociągu, maltretując współpasażerów baleronem i salami wystającymi z pożeranych przez nas kanapek.

Z uwagi na zbyt młody jednak wiek i przerost fascynacji nad przemyśleniami, po powrocie do kraju wciąż dokładnie tyle samo wiedziałem o Węgrzech, co Węgry o mnie – nic. Braki dość szybko nadrobiłem, nałogowo oglądając filmy Márty Mészáros, Miklósa Jancsó i Istvána Szabó. Karoly’ego Makka już nie – jakoś go u nas mało było. Połykałem też książki o historii Węgier („Trójkolorową kokardę” Mrówczyńskiego już znałem), przesłuchiwałem rodziców na temat roku 1956; o powstaniu w 1848 wiedziałem już sporo. Na równi z Fibakiem kibicowałem Bálazsowi Taróczy’emu. Ba! Mój kumpel ze szkolnej ławki zakochał się w zjawisku o imieniu Klári, a nazwisku Katona. Choć kompletnie nie było wiadomo, co owa piękność ma do zaśpiewania, pozostałe jej walory w pełni wynagradzały tę niewiedzę. Ambitniejsi kochali się „grupowo” np. w Omedze czy Locomotiv GT, albo też w jazzrockowej kapeli Bergendy. Generalnie: Madziarzy budzili zazdrość gulaszową wersją socjalizmu, gorszą dla nas chyba tylko od titowskiej.

Otrzeźwienie przyszło wraz z lekturą dwóch książek. Pierwsza to Samounicestwianie. Systematyka i przyczyny zjawiska jakiejś socjolożki. Dowiedziałem się wówczas, że Madziarom wcale tak dobrze nie jest, jak by się mogło wydawać: w europejskim peletonie samobójców zwykle byli na pierwszym miejscu, walcząc o złoty medal tylko ze swymi językowymi pobratymcami z północy – Finami. Nie rozumiałem o co chodzi, póki nie przeczytałem makabrycznej w swej ponurości powieści Anny Jókai „4447”, przy której najbardziej obezwładniające fragmenty powieści Uniłowskiego to bajki dla dzieci. Potem przyszła inna węgierska proza (m. in. Gézy Ottlika Szkoła na granicy), pełna samobójczej wręcz nostalgii. Od tamtej pory innym okiem spozieram na Węgry i pewnie dlatego „Kontrolerzy”, uznawani czasem u nas za doskonałą węgierską komedię, nie śmieszyli mnie kompletnie. Po wstrząsającym dramacie Szábo „Kochana Emmo, droga Böbe!” nie było wcale trudno samemu nabyć samobójczych skłonności. Myślę, że to świetnie się złożyło, że dopiero niedawno mogłem przeczytać wyśmienity Gulasz z turula Vargi. Jednoczesnego spożycia trzech wymienionych tytułów mógłbym nie przetrzymać.

Dziś już nie miałbym z tym najmniejszego problemu. Gdyby nie doniesienia, że Istvan Szábo donosił bezpiece, gdyby nie dowcipnie-szczery, lub szczero-dowcipny premier Gyurcsány, gdyby nie Nobel dla Kertésza i straszenie (lub mamienie) premierem Orbánem – można by spokojnie (?) skonstatować, że Polak i Węgier bratankami od lat nie są. A jeśli jeszcze nawet są, to ten od tokaju gdzieś cholernie daleko wyjechał i słuch o nim w Polsce zaginął. A szkoda. I to wielka.

Ciężko mi uwierzyć, że nagle Madziarzy stali się tak bardzo turystycznie i kulturowo nieatrakcyjni (jak to jest vice versa?), że praktycznie nic dziś o nich u nas nie wiadomo. Jedynym szerzej dziś w Polsce znanym Węgrem jest chyba ten wąsaty furiat z „C.K. Dezerterów”. No, zna się jeszcze Krzysztofa Vargę, choć już nie we Wrocławiu.

Hm, dziwne nazwisko jak na Polaka – słyszę od ekspedienta w jednym z tutejszych empików. Vargas. Vargas?

No i masz babo placek po węgiersku. W podobnych razach robię wszystko, by język pozostał za zębami. Tym razem nie wydoliłem: „Racja, dziwne – niby Krzysztof, a jednak Vargas. Cóż – taki Llos!”
Odzewu nie było, a śliwki węgierki latoś nam też nie obrodziły…

Jarosław Kolasiński

 







Zobacz także