Teatr jest miejscem bezpiecznym

Lipiec, 2011  |  , ,    
Lipiec, 2011

Rozmowa z Krystyną Jandą, współzałożycielką Fundacji Krystyny Jandy Na Rzecz Kultury i Teatru Polonia, przeprowadzona podczas spotkania Europejskiego Forum Właścicielek Firm, które odbyło się w marcu 2011 r. w Teatrze Polonia.

 

Jak ciężko trzeba pracować, aby osiągnąć sukces?

Krystyna Janda: We wszystko, co robię, wkładam całą energię, serce i oczywiście solidną pracę. I zawsze tak było. Znam aktorów, którzy przychodzą na plan, nawet nie czytając scenariusza. Po prostu siedzą na leżakach i czekają, aż zostaną wezwani. Słuchają poleceń reżysera i grają to, co im się zaleca, grają dobrze i mają z głowy. Ja nigdy tak nie umiałam. Zawsze musiałam wiedzieć dlaczego, jaki jest cel, dlaczego tak, a nie inaczej, i jaka jest moja rola w całym przedsięwzięciu, czy to film, czy teatr, czy cokolwiek innego. Nasze dwa teatry Fundacji, którą założyłam, mają cel, wydawałoby się, utopijny – staramy się robić teatr artystyczny, na wysokim poziomie, na zasadach komercyjnych – to znaczy bez dotacji państwowych, a raczej z minimalnymi, bo dziś po pięciu latach działalności jest to 10% budżetu. I te 10% to razem granty zdobywane na produkcje teatralne i od Ministerstwa, i Biura Teatrów miasta Warszawa, i sponsorzy prywatni. Jest to prawdziwa donkichoteria. Mamy niewątpliwy sukces i artystyczny, i frekwencyjny, ale naprawdę nie jest lekko, wciąż balansujemy na krawędzi wielkiego, ostatecznego ryzyka.

Jaka praca najbardziej pani odpowiada? Praca w charakterze aktorki, reżysera czy bizneswoman prowadzącej teatr?

Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, co jest milsze, granie czy reżyserowanie, czy planowanie projektów artystycznych dla teatrów, jedno wiem: biznesu i zarządzania nie zaliczam do nieprzyjemności i koniecznych obowiązków. To wszystko jednak jest cudowna praca… daje, nawet przy tak drastycznych ograniczeniach finansowych, wolność artystyczną, a to jest nie do przecenienia. Przecież tworzymy, spełniamy artystyczne marzenia i swoje, i widzów, opowiadamy historie, szukamy środków wyrazu, budujemy coś, co ma sprawiać ludziom przyjemność, i co ma im pozwolić i pomóc myśleć, i żyć jakby „wyżej”. Teatr jest miejscem niezwykłym.

Nie chcę używać dużych słów, ale byłyby tu one na miejscu. Teatr jest miejscem bezpiecznym. Miejscem dla arystokratów ducha, dla ludzi, którzy zastanawiają się razem z nami nad takimi sprawami jak honor, prawda, miłość, uczciwość, moralność… W jakim innym miejscu na świecie ludzie się jeszcze zastanawiają „grupowo” i w tak piękny sposób nad takimi rzeczami, bezinteresownie, z potrzeby ducha?

Prowadzę miejsce, w którym się dobrze czuję. W którym się wszyscy dobrze czują. W moim przypadku zrobienie przedstawienia nie wymaga jakiejś specjalnej wiedzy. Robiłam to wiele lat. Teraz jednak rzeczywiście jest to sytuacja inna – odpowiedzialność za to, czy przedstawienie będzie dobre, ważne, wartościowe w jakimkolwiek aspekcie, czy będzie się cieszyło powodzeniem, czy nie, spada na mnie. Oczywiście, oba teatry odniosły sukces i mamy w tej chwili 90-procentową frekwencję, ale mimo to mamy ciągle problemy finansowe. Nie da się „z kasy” utrzymać teatru tak ambitnego, z dobrymi aktorami, bogatymi scenografiami i kostiumami, w którym pracują we wszystkich teatralnych dziedzinach pierwsze nazwiska w Polsce.

Jak dobierany jest repertuar?

Przede wszystkim dbam o poziom i literacki, i każdy inny, nawet jeśli jest to farsa (w Polsce gatunek teatralny niesłusznie pogardzany). Staram się robić sztuki, które wydają mi się ważne, aktualne, ludziom potrzebne, lub które zapewnią naszej publiczności rozrywkę i przyjemność. Kieruję się swoim gustem i wiedzą, ale na razie tak się składa, że publiczności podoba się to samo, co mnie. Dbam o jakość każdego wieczora, przede wszystkim grając sama. Teatr bez widza umiera. Krąg widowni warszawskiej jest bardzo określony. Ci sami ludzie przychodzą do nas, widzę te same twarze po każdej kolejnej premierze, więc ja muszę im dać i Shakespeare’a, i farsę, i komedię, muszę im pokazać coś, co ich zbulwersuje i coś, co ich rozczuli, ale wszystko musi być na najwyższym poziomie. Walczymy w każdej minucie, aby przyszli do nas po raz kolejny.

fot Rafał Bierzanek

Dlaczego zdecydowała się pani na otworzenie teatru? Czy prowadzenie teatru nie ogranicza pani jako aktorki?

 Każdego dnia, przez chwilę, zadaję sobie pytanie „po co mi to wszystko?”. Ale w tym teatrze zagrałam role, których nie zagrałabym w żadnym innym, ponieważ żaden dyrektor nie miałby odwagi mi ich zaproponować. Zagrałam tu Tonkę Babić w „Ucho, gardło, nóż”’. To jest jedna z najlepszych ról w całym moim dorobku teatralnym. Dostałam za to wiele nagród i gram to do dzisiaj, a rola jest naprawdę kontrowersyjna. Zagrałam tu i inne role, sama je sobie wybrałam i sprawiłam sobie nimi przyjemność. Ale nigdy nie robię tu nic dla siebie, Fundacja i dobro teatrów jest moim priorytetem. Szczęście polega na tym, że ja, jako aktorka do dyspozycji nieograniczonej, jestem dobrem dla Fundacji, niewątpliwie.

Grałam przez całe życie bardzo dużo: zagrałam około 100 ról teatralnych, około 80 ról telewizyjnych, grałam w około 100 filmach. Nie jestem osobą, która ma jakieś marzenia zawodowe nie do spełnienia, stoję pragmatycznie, mocno na ziemi, także w sprawach artystycznych. Fundacja i praca tutaj oczywiście mnie ogranicza, w takim sensie, że właściwie nie mogę grać gdzie indziej. Nie mogę przyjąć roli we Francji, w Niemczech. Odmówiłam w tym roku zagrania dwóch bardzo poważnych głównych ról dlatego, że nie mogę wyjechać z Polski na 3, 4 miesiące. Nie mogę wszystkiego zostawić. Zrobiłam te teatry, bo chciałam spełnić swoje marzenia. Minęło 5 lat, jestem zmęczona. Spróbuję zorganizować wszystko tak, że jak przyjdzie atrakcyjna propozycja, to będę mogła ją jednak przyjąć. Natomiast gdy już będę naprawdę bardzo zmęczona, przekażę to wszystko młodszym.

Czy myśli pani, że gdyby przestała pani grać w swoich teatrach, ubyłoby publiczności?

 Nie obawiam się, że publiczność odsunie się od teatru, gdy nie będę w nim grać. To nie jest prawda, że ludzie przychodzą tylko dla mnie. Mamy wspaniałych reżyserów, aktorów. Gdybym się jednak odsunęła teraz, to byłoby trudno. Stworzyłam fundację. W tej chwili zatrudniam około 150 aktorów. Ale to ja jestem spiritus movens.

Zawsze będę pomagać w projektach, przedsięwzięciach, będę pomagać budować repertuar. Myślę, że można zbudować działanie obu tych sal, szczęśliwe i efektywne, niekoniecznie ze mną grającą każdego wieczoru.

Opracowała: Serafina Ogończyk-Mąkowska
marzec 2011