Spokojne dojrzewanie

Lipiec, 2011 | Tagi:  , , , ,    




„Italiani” to nowe dzieło reżysera Łukasza Barczyka. Dzieło dziwne, poruszające,  mocno kładące nacisk na estetykę obrazu. To projekt nietypowy, zrealizowany w gronie przyjaciół. Barczyk do współpracy zaprosił reżysera teatralnego Krzysztofa Warlikowskiego (debiut aktorski) oraz aktorów Teatru Nowego: Jacka Poniedziałka i Renate Jett. „Italiani” to podróż do przeszłości – podróż w głąb świata mężczyzny (Warlikowski), wyprawa w głąb obrazów, przeżyć i wspomnień bardzo osobistych. Produkcja przez cztery lata była realizowana w plenerach Półwyspu Apenińskiego, w cudownej Toskanii. O tym, jak powstawał film, obok którego widz rzadko przechodzi obojętnie, rozmawiamy ze współproducentem, Maciejem Ostoją-Chyżyńskim.

B&B: Dlaczego zaangażował się pan w projekt „Italiani”?

Maciej Ostoja-Chyżyński: To wynikło z mojej sympatycznej relacji z Kamilą Kleszczowską i Łukaszem Barczykiem. Zaangażowałem się w ten projekt, bo podziwiam ich zapał i chęć robienia filmów. Nie zawsze ich pomysły są w moim guście, nie zawsze są mi po drodze, ale mimo wszystko pomagam im jak mogę, dlatego że widzę w nich wielką namiętność do sztuki filmowej. Takich ludzi trzeba wspierać, pomagać im w realizacji swoich pomysłów.

Jaka była pana rola jako współproducenta?

To było głównie wsparcie sprzętowe – jeśli chodzi o robienie samej produkcji. Wraz z moją firmą uczestniczyliśmy także w postprodukcji (sprzętowo) oraz zapewnialiśmy potencjał ludzki. To nie była najdroższa postprodukcja, ale bardzo ważni byli w niej odpowiedni ludzie. Wszystko po to, aby uzyskać pożądany przez twórców efekt końcowy, bo jest to film obrazowo niestandardowy.

W jakim sensie? Oczywiście, widać gołym okiem, zdjęciowo interesujący…

Film działa na widza poprzez swoją stronę wizualną głównie dzięki zdjęciom Kamili Kleszczowskiej. Rzeczywiście, estetyka była ważna, i na tym polegała potrzeba zatrudnienia przy postprodukcji odpowiednich ludzi. Sam efekt końcowy jest tajemnicą Kamili i ja do jej garnuszka nie chcę zaglądać. Myślę, że na ten temat może rozmawiać tylko ona.

Czy łączenie „Italiani” z teatrem jest słuszne?

Zdecydowanie tak. Skojarzenie z teatrem nasuwa się już na początku obcowania z filmem. Obrazy są bardzo teatralne. To fuzja współczesnego kina i nowego teatru. Wynika to ze specyficznej grupy twórców. Gdy na planie spotyka się dwóch reżyserów, to często nie jest najlepsza mieszanka. Co najwyżej mieszanka wybuchowa, która nie prowadzi do niczego dobrego. W tym przypadku uważam zderzenie sztuki filmowej i teatralnej za udane.

To właśnie Łukasz Barczyk i Krzysztof Warlikowski dali taki efekt końcowy?

Na pewno nie tylko oni, ale z pewnością zderzenie ich talentów było tutaj kluczowe. To bliskie spotkanie dwóch reżyserów – dwóch bardzo mocnych osobowości. Tak jak mówiłem, mogło wyjść inaczej. Nie było mnie na planie, ale myślę, że mieliśmy do czynienia z pełną współpracą. Wizja „Italiani” zbiegła się im w jednym punkcie, dlatego pomagali sobie, a nie przeszkadzali.

Dlaczego film powstawał ponad cztery lata?

„Italiani” jest dziełem na pograniczu pracy i zabawy. Grupa ludzi spotkała się w pięknym miejscu, w którym, jak się potem okazało, chcieli zrobić film. Zdecydowali się wejść w ten projekt, ale bez napiętych terminów, bez wielkiego budżetu, bez tego całego nadęcia. Świetnie bawili się przy tworzeniu zdjęć. Nie uczestniczyli w wyścigu, tylko spokojnie realizowali swoją wizję, realizowali ją pomiędzy innymi projektami. Nie spieszyli się, kilka razy spoglądali na to, co do tej pory nakręcili i dodawali kolejne sceny, robili poprawki w scenariuszu. Ostatecznie udało się to wszystko pozbierać i film trafił do kin.

Widzi pan wyjątkowość tej produkcji?

Uważam, że jest to film z gatunku trudnych. Nie dla wszystkich. Ne spodoba się tłumom, choć uważam, że został przyjęty pozytywnie. Ten obraz porusza tematy niełatwe, może nawet kontrowersyjne. Jest specyficzną formą filmową, o której mówiłem wcześniej. To produkcja godna uwagi.

À propos przyjęcia – można spotkać się z recenzjami krytyków i widzów, które są zarówno pozytywne, jak i bardzo ostre…

Wydaje mi się, że generalnie krytycy ocenili „Italiani” pozytywnie. Byłem nawet zaskoczony, bo rzadko udaje się trafić w gusta dziennikarzy. Myślę, że film jest na tyle dobry, że się sam obronił. Nie sądziłem, że się przebije. W kinach reakcje były różne. Część ludzi wychodzi z seansu, a część się zachwyca, na pewno widownia nie jest obojętna. To specyficzne kino. Intensywne odczucia są tu pożądane.

W jednym z wywiadów Łukasz Barczyk mocno ubolewa nad faktem nieporadności naszego kraju. Jako przykład podaje fakt,  że Polska nie jest w stanie wyprodukować żadnej własnej marki samochodu. Odbiegając od pana udziału w produkcji „Italiani”, pytam o wielką pasję, jaką są dla pana wyścigi samochodowe…

Tak, wyścigi to moja wielka miłość. Interesowałem się samochodami od dziecka, ale dopiero po wielu latach mam czas i pieniądze potrzebne na udział w wyścigach samochodowych. W starszym wieku realizuję swoją pasję i w pełni się jej poświęcam. Dzięki wyścigom wiele się nauczyłem. To mój sposób na rozładowanie stresu i jednocześnie naładowanie akumulatorów pozytywną energią.

W jakie projekty filmowe chce się pan teraz zaangażować?

Nie chcę zdradzać szczegółów. Mam kilka pomysłów skierowanych głównie do dzieci. Ale tak jak mówiłem, nie chcę zapeszać. Ostatnio wszedł do kin film, przy którym pracowałem, „Trzy minuty” Macieja Ślesickiego, lecz niestety, nie przebił się. Został źle przyjęty, trochę niesłusznie. W głowie mam kolejne przedsięwzięcia, jednak wymagają one dużych nakładów finansowych, o które trzeba się teraz postarać.

Rozmawiał Tomasz Włodarczyk