SPA, czyli wakacje w przerwie na lunch

Lipiec, 2011 | Tagi:  , , ,    




Czas wolny zwykło się uważać za wynalazek społeczeństwa postindustrialnego. W tradycyjnych społecznościach, w których dom był jednocześnie miejscem pracy i odwrotnie, granica między obowiązkami i odpoczynkiem zacierała się, chociaż oczywiście w każdym okresie dziejów zdarzały się osoby, które mogły pozwolić sobie na to, by robić nic.

Inwestycja w odpoczywanie

Paradoksalnie czas wolny zamiast przyjemnością, stał się problemem. Okazuje się, że nie potrafimy efektywnie wypoczywać. Efektywnie, to znaczy jak? Ano tak, byśmy po odpoczynku czuli się lepiej niż przed. A tymczasem zamiast się zrelaksować, myślimy ciągle o tym, co w pracy, co w domu, co w szkole u dziecka i co jeszcze trzeba zrobić, a jak już kompletnie nic nie znajdziemy, to zaczynamy planować remont kuchni, byle tylko czymś zająć myśli. W tej sytuacji tygodniowy urlop urasta do rangi trudnego do udźwignięcia emocjonalnego brzemienia.

Robienie niczego stało się nie tyle sztuką dostępną jedynie nielicznym wybrańcom, co wręcz przyczyną frustracji. Wszak wieloczynnościowym robotom wyższej generacji, w które jakoś tak mimochodem się przekształciliśmy, nie przystoi myśleć o takich fanaberiach, jak relaks. Przynajmniej dopóki wyczerpane baterie nie odeślą nas wprost na OIOM. A nawet i tam, zanim na monitorze zacznie piszczeć płaska, ciągła linia, zdążymy jeszcze wysłać z naszego smartfona kilka pilnych maili. Jednocześnie gdzieś z tyłu głowy zaczyna nam kiełkować odkrywcza myśl, że nasz organizm nie jest może tak idealnie przystosowany do permanentnego stresu i pośpiechu, jak nam się wydawało.

Pewne jest to, że rzadko postrzegamy odpoczynek w kategoriach inwestycji. A stanowczo powinniśmy. Relaks znacząco wpływa na poprawę naszej efektywności w pracy i innych codziennych wyzwaniach, a do odświeżenia umysłu i ciała potrzeba naprawdę niewiele. Wystarczy przerwa na lunch lub godzinka po pracy.

Wielkomiejskie spa

Gabinety kosmetyczne zdały sobie z tego sprawę wcześniej niż my. Do wiecznie zaganianych pracoholików kierują ofertę, którą skrótowo określa się mianem miejskiego SPA lub Day SPA. Zasada jej funkcjonowania jest oparta na prostej zasadzie – przekraczając próg gabinetu odnosimy wrażenie, że wkraczamy do innego świata, jak najdalszego od naszej biurowej codzienności. Ten efekt wywołuje już sam wystrój wnętrza – utrzymany w klimacie orientalnym, antycznym, buduarowym lub przeciwnie – sterylnie sanatoryjnym, przywodzącym na myśl fotografie prababci z jej pobytu „u wód”. W miejskich SPA panuje nastrój spokoju i wyciszenia, personel porusza się niemal bezszelestnie i przemawia kojącym głosem. Do tego trzeba przywyknąć, co nie zawsze jest łatwe, jeśli do salonu wpadamy między jednym spotkaniem a drugim, a ostatnie kilkanaście minut spędziliśmy na rozpaczliwych próbach upchnięcia gdziekolwiek samochodu.

Zasadniczo chodzi o to, by umożliwić nam w krótkim czasie odtworzenie nastroju, jaki mgliście pamiętamy z ostatnich udanych wakacji. Ponieważ zadanie to nie należy do łatwych, każdy element w miejskim SPA odgrywa znaczącą rolę. Wystrój, przemyślana kolorystyka, zapach unoszący się z aromaterapeutycznych kominków, muzyka płynąca w tle, łagodny głos recepcjonistki, przemykające bezszelestnie kosmetyczki, rozmawiające ze sobą przyciszonymi głosami – wszystko to ma stworzyć wrażenie, że czas w tym miejscu płynie zupełnie innym, niespiesznym rytmem, tak odległym od naszych codziennych doświadczeń. Działanie tylu skondensowanych bodźców nie ma prawa pozostawić nas obojętnymi. Jeśli tylko jesteśmy otwarci na poddanie się im i odsunięcie chwilowo swoich problemów, w ciągu jednej chwili poczujemy przyjemne odprężenie i przestawimy się na miejscową strefę czasową.

Strefa zatrzymanego czasu

Większość miejskich SPA ma w swojej ofercie, obok zabiegów bardziej skomplikowanych, również te podstawowe, jak: depilacja, henna, manicure i pedicure. Te jednak już od dawna należą do ścisłego kanonu higieny, a naszym celem jest zafundowanie sobie namiastki tygodniowego urlopu w czasie przerwy na lunch.

Do wyboru mamy zarówno pojedyncze zabiegi, jak i kilkugodzinne pakiety. W zależności od upodobań i czasu możemy skorzystać z gotowca tematycznego, czyli uzupełniających się zabiegów detoksykujących, nawilżających, oczyszczających, czy rewitalizujących lub skomponować własny zestaw. Większość salonów SPA oferuje swoim gościom firmowe szlafroki i kapcie lub klapki, nie wspominając o jednorazowej bieliźnie, która w gabinetach, przynajmniej tych w większych miastach, jest już od dawna standardem. Między zabiegami pakietowymi można odpocząć na leżakach w wydzielonej strefie, położonej zwykle w centrum salonu, a w każdym razie niedostępnej i niewidocznej z ulicy. W cenę zabiegu najczęściej są wliczone napoje, ale jeśli ktoś marzy o drinku z parasolką, przeżyje rozczarowanie. Dostępna jest natomiast każda ilość zielonej herbaty i innych zdrowych płynów. W ten sposób można spędzić nawet pół dnia, nie zdając sobie sprawy z tego, że czas płynie. Szczególnie, że personel dokłada wszelkich starań, by klient zapomniał o zegarze. W końcu na wakacjach nie jest to przedmiot pierwszej potrzeby.

Najkrócej i egzotycznie

Do zapracowanych i dysponujących ograniczonym czasem i/lub budżetem, miejskie SPA kierują ofertę pojedynczych zabiegów. Wspomnienia z wakacji na Phuket można sobie odświeżyć tajskim masażem, z olejkiem, aloesem lub bez. Wprawdzie cena tego zabiegu w Polsce stanowi wielokrotność ceny oryginału, ale biorąc pod uwagę koszt przelotu do Bangkoku i tak jest okazyjna. Nie opuszczając miasta można przenieść się wszystkimi zmysłami na daleką, egzotyczną plażę, podczas masaży wykonywanych z użyciem pędów bambusa, gorących kamieni, mis tybetańskich, ręcznie lub – jak w przypadku hawajskiego masażu Lomi Lomi – przedramieniem. Łakomczuchów usatysfakcjonuje zapewne zabieg czekoladowy. Czekolada, jak się okazuje, ma nie tylko znaną wszystkim moc kojenia chandry, lecz także potrafi zdziałać cuda na naszej skórze – dotlenia ją i ujędrnia. Jednocześnie jej smakowity zapach pobudza wydzielanie endorfin – hormonu szczęścia, i, co najważniejsze, bez zbędnych kalorii.

Nie tylko egzotyczne kraje przyczyniły się do wzbogacenia kosmetycznej oferty miejskich SPA. Swoje zasługi mają także bardziej swojskie produkty spożywcze, np. marchew lub miód. Bogaty w beta-karoten olejek do masażu, tłoczony na zimno z marchwi, działa nie tylko ujędrniająco, ale jest także naturalnym samoopalaczem. Po takim zabiegu opuścimy gabinet nie tylko w urlopowym nastroju, lecz także z delikatną wakacyjną opalenizną. Zaś o dobroczynnych zaletach miodu nikogo chyba nie trzeba przekonywać. Zabieg z użyciem płynnego miodu ma działanie rozgrzewające, ujędrniające i ułatwia przepływ limfy.

Klientki wyznające zasadę, że biżuteria jest najlepszą przyjaciółką kobiety, zapewne skusi zabieg na twarz z użyciem 24-karatowego złota, którego medyczne zalety znane były już w czasach antyku. Wprawdzie od czasu wynalezienia antybiotyków bakteriobójcze właściwości złota straciły na aktualności, za to doceniono jego dobroczynny wpływ na włókna kolagenowe, stanowiące rusztowanie dla naszej skóry.

Dla zdesperowanej klienteli, wpadającej w panikę w przeddzień ważnej uroczystości, na której trzeba się jakoś zaprezentować, miejskie SPA przewidziały oferty typu S.O.S lub last minute. Na to, by wyłonić się z gabinetu niczym Wenus z morskiej piany, potrzeba tylko godziny lub ciut więcej, nawet jeśli w chwili wejścia do salonu znacznie bardziej przypominałyśmy Kopciuszka, którego zapomniano zaprosić na bal.

Oczywiście, korzystanie z zabiegów miejskich SPA nie zastąpi dwutygodniowego relaksu na plaży. Ale w obecnych czasach mało kto może pozwolić sobie na luksus 14-dniowego urlopu, a jakoś trzeba się ratować. Inaczej wyeksploatowany ponad siły organizm może pewnego dnia się oflagować i ogłosić bunt. Zaleczenie skutków takiego protestu bywa kosztowne i długotrwałe. Zarówno ciało, jak i umysł z pewnością docenią przejawy troski z naszej strony. W końcu mają nam przecież służyć przez całe życie. Warto okazać im trochę uwagi, a na pewno się odwdzięczą.

 

Elżbieta Olechowska