Pułapki językowe

Luty, 2011  |  , , ,    
Luty, 2011

We współczesnym świecie wymiana gospodarcza z partnerami na wszystkich kontynentach staje się codziennością bardzo wielu firm. Dotyczy to nie tylko międzynarodowych koncernów, posiadających dziesiątki oddziałów i filii na całym świecie, lecz również wielu firm z sektora małych i średnich przedsiębiorstw.
Nic więc dziwnego, że coraz większe znaczenie ma obecnie umiejętność posługiwania się wieloma językami obcymi, co pozwala na zwiększenie atrakcyjności oferty na międzynarodowym rynku. Taką ogólnoświatową tendencję widać wyraźnie zarówno w Internecie (gdzie coraz więcej firm utrzymuje swoje strony firmowe w kilku wersjach językowych), jak i na ulicach większych i mniejszych miast (gdzie aż się roi od wielojęzycznych szyldów i napisów promocyjnych lub informacyjnych).

Gdy tłumacz jest tylko automatyczny

Zdarza się, że takie napisy są tłumaczone przez osoby przypadkowe, a brak niezbędnej kontroli (weryfikacji, edycji) prowadzi do śmiesznych sytuacji. Oto kilka przykładów:

W roku 2008 w Pekinie odbywały się igrzyska olimpijskie, więc jedna ze stołecznych restauracji postanowiła zawiesić nad wejściem stosowny wielki dwujęzyczny szyld – po chińsku i po angielsku. Niestety, serwer tłumaczeniowy, z którego zapewne „w ramach oszczędności” skorzystano, był akurat niesprawny. Nikt nie zauważył, że dla chińskiego słowa oznaczającego restaurację, zamiast angielskiego słowa ‚RESTAURANT’ serwer zwrócił zupełnie inny komunikat – ‚TRANSLATE SERVER ERROR’, więc wyprodukowano dwujęzyczny szyld, którego fotografia natychmiast obiegła cały świat i wzbudziła powszechną wesołość.

Również w Europie zdarzyły się podobne „wpadki” językowe. Sieć internetową obiegły niedawno przykłady z Wielkiej Brytanii, gdzie władze państwowe od lat dokładają starań, by wypromować język walijski jako równoprawny. Udało im się nawet wprowadzić język walijski do grona oficjalnych języków Unii Europejskiej, ale na własnym podwórku zaliczyli kilka wpadek.

W tym samym olimpijskim roku 2008 (w październiku) w mieście Swansea rada miejska wysłała e-mail do swego zespołu tłumaczy, żeby przetłumaczyć napis: „Zakaz wjazdu dla samochodów ciężarowych. Wjazd tylko dla mieszkańców” (No entry for heavy goods vehicles. Residential site only), gdyż w ramach językowego równouprawnienia napisy na drogach muszą być dwujęzyczne.

Złożyło się jednak tak pechowo, że tłumacz języka walijskiego był właśnie nieobecny i ustawił sobie automatyczną odpowiedź po walijsku: Nid wyf yn y swyddfa ar hyn o bryd. Anfonwch unrhyw waith i’w gyfieithu. Dyrekcja dróg szybko przygotowała piękną tablicę i umieściła ją w newralgicznym punkcie miasta. „Zakaz wjazdu dla samochodów ciężarowych. Wjazd tylko dla mieszkańców” „przetłumaczono” na walijski jako: „Chwilowo nie ma mnie w biurze. Proszę przesłać tekst do tłumaczenia”. Pech polegał na tym, że w obydwu przypadkach tekst zawierał dwa zdania. Ponieważ nikt w dyrekcji dróg Swansea nie miał pojęcia o walijskim – skończyło się na wielkim zaskoczeniu walijskojęzycznych kierowców i równie wielkim zakłopotaniu rzecznika urzędu miasta, który musiał się potem z tego tłumaczyć.

W porównaniu z tymi przykładami wprost radośnie brzmi napis napotkany we włoskiej pralni, której właściciel chciał zabłysnąć angielskim szyldem: Ladies, leave your clothes here and spend the afternoon having a good time. W wolnym tłumaczeniu oznacza to „Drogie panie, odłóżcie tutaj swoje ubranko, a z pewnością miło spędzicie popołudnie!”

W każdym z tych przypadków błędu można było uniknąć, gdyby tłumaczenie zostało poddane rutynowemu sprawdzeniu przez drugą osobę (korektora), znającą przynajmniej język docelowy. Szanujące się biura tłumaczeń cenią swoich klientów i nigdy nie odsyłają zleceniodawcy gotowego tłumaczenia bez obowiązkowego sprawdzenia. Na pocieszenie można stwierdzić, że w przedstawionych sytuacjach jedyną konsekwencją było ośmieszenie instytucji/firmy, która wykorzystała takie „tłumaczenie”.

Trudne słówka w dyplomacji…

Zdarzało się jednak, że brak kontroli jakości realizowanych tłumaczeń prowadził do znacznie poważniejszych konsekwencji. Tak było choćby w przypadku słynnego podarunku przekazanego przez obecną sekretarz stanu USA, Hillary Clinton, w Genewie w dniu 6 marca 2009 r. ministrowi spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej, Sergiejowi Ławrowowi. Chcąc w dowcipny sposób podkreślić fakt potrzeby „zresetowania” nieco napiętych stosunków dwustronnych pomiędzy mocarstwami, Clinton przekazała Ławrowowi w ozdobnym żółtym pudełeczku symboliczny czerwony przycisk „RESET”, z rosyjskim napisem „ПЕРЕГРУЗКА”. Wręczając prezent, pani Clinton dodała: „Dołożyliśmy starań, żeby dobrać odpowiednie słowo rosyjskie. Proszę ocenić, czy nam się to udało.” I w tym momencie rozległ się zgrzyt (dyplomatyczny). Ławrow z uśmiechem zaprzeczył, ponieważ „ПЕРЕГРУЗКА” oznacza „przeciążenie, przeładowanie”. A chodziło o pozorny „drobiazg” – w tym kontekście można było użyć rosyjskiego słowa „ПЕРЕЗАГРУЗКА” – zabrakło dwóch ważnych literek w środku słowa, by całkowicie zmienić sens.

…i w polityce międzynarodowej

Polscy tłumacze tekstów oficjalnych skompromitowali się także przy przekładzie Konstytucji Europejskiej w roku 2004. Liczne błędy w tłumaczeniu na język polski tekstu tego dokumentu najwyższej wagi (opublikowanego w oficjalnym Dzienniku Ustaw Unii Europejskiej nr C 310 z dnia 16 grudnia 2004 r.) doprowadziły do tego, że rząd polski musiał występować o formalną zgodę na wprowadzenie poprawek w polskiej wersji językowej, zdeponowanej w Rzymie – a niełatwo było wyjaśnić wszystkim pozostałym „układającym się stronom”, że naszą intencją nie jest renegocjacja wielostronnego porozumienia międzynarodowego, lecz tylko konieczność wyeliminowania zasadniczych błędów. Ostatecznie po upływie prawie pół roku zostało opublikowane sprostowanie (Dziennik Ustaw Unii Europejskiej nr C 112/9 z dnia 12 maja 2005 r.), w którym poprawiono 42 istotne błędy. A w niektórych przypadkach chodziło o sprawy zupełnie niebagatelne.

Na przykład w art. 271 Konstytucji w zdaniu: These areas of crime are the following: terrorism, trafficking in human beings and sexual exploitation of women and children, illicit drug trafficking, illicit arms trafficking, money laundering, corruption, counterfeiting of means of payment, computer crime and organised crime pominięto w polskim tłumaczeniu słowo „illicit” (nielegalny). Zdanie zapisano w postaci: “Powyższe dziedziny przestępczości są następujące: terroryzm, handel ludźmi oraz seksualne wykorzystywanie kobiet i dzieci, nielegalny handel narkotykami, handel bronią, pranie pieniędzy, korupcja, fałszowanie środków płatniczych, przestępczość komputerowa i przestępczość zorganizowana.”

Z takiego brzmienia art. 271 wynikało, że cały polski przemysł zbrojeniowy powinien zostać zdelegalizowany, gdyż Konstytucja Europejska (w polskim błędnym przekładzie) uznawała handel jakąkolwiek bronią za przestępczość (!). Nic dziwnego, że Bumar i inne polskie giganty zbrojeniowe mogły poczuć się „zagrożone”.

Ostatecznie konsekwencje tego błędu były jednak niewielkie (poza wstydem na całą Europę), gdyż Konstytucja Europejska poniosła klęskę na etapie ratyfikacji i nigdy nie weszła w życie, zaś wspomniany fragment artykułu 271 został włączony w artykuł 69b (pkt 1 zdanie drugie) Traktatu Lizbońskiego już w poprawionej polskiej wersji, gdzie mowa o „nielegalnym handlu bronią”.

Prawne konsekwencje tłumaczeniowych bubli

Znacznie poważniejsze konsekwencje miało nieodpowiedzialne przetłumaczenie unijnej Dyrektywy VI na język polski kilka lat przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Przygotowania do akcesji wiązały się z ujednoliceniem przepisów prawnych, np. dotyczących sposobu rozliczania VAT w tzw. transakcjach wewnątrzunijnych.

I tu pojawił się problem językowy. Angielskie określenie recipient of service (dosłownie „odbiorca usługi”) pomieszało się polskiemu tłumaczowi z polskimi terminami: usługodawca, usługobiorca, zleceniodawca i zleceniobiorca. W przypadku świadczenia usług oczywiście zleceniodawca jest usługobiorcą, a usługodawca jest zleceniobiorcą. Przy usługach transgranicznych, jakimi są np. tłumaczenia czy opracowywanie oprogramowania, świadczone drogą internetową (kategoria usług bardzo powszechna w dzisiejszych czasach) te dwie strony kontraktu są podatnikami VAT zarejestrowanymi w dwóch różnych krajach członkowskich Unii. Z Dyrektywy VI jasno wynika, że VAT ma być płacony przez klienta (czyli odbiorcę usługi, czyli zleceniodawcę), a biuro tłumaczeń ma wystawiać fakturę bez VAT, czyli tak jak w przypadku eksportu towarów. Skoro jednak tłumaczowi pomylił się „usługodawca” ze „zleceniodawcą”, to polskie przepisy podatkowe nakazywały doliczenie VAT (22%) przez polskie biuro tłumaczeń. Odbiorca tłumaczenia np. w Niemczech miał obowiązek doliczyć do takiej faktury swój VAT, czyli VAT był naliczany podwójnie po obu stronach granicy. Czeskie biura tłumaczeń nie miały tego problemu i w pierwszych latach XXI wieku konkurowały skutecznie z biurami polskimi – czeskie prawo podatkowe było zgodne z unijną Dyrektywą VI, więc Czesi byli z założenia tańsi o 22%. Niewielkim pocieszeniem było to, że na Węgrzech również doliczano VAT (i to 25%) do usług tłumaczeniowych świadczonych na rzecz zagranicznych klientów unijnych.

Nawet interpelacja poselska złożona jesienią 2002 roku przez marszałka Sejmu Marka Borowskiego (byłego ministra finansów, czyli niewątpliwego fachowca w tej dziedzinie), skierowana do ministra finansów, nie rozwiązała sprawy. Ówczesna wiceminister tego resortu autorytatywnie stwierdziła przed polskim Sejmem, że polski przepis o podatku VAT w usługach transgranicznych nie wymaga poprawienia, gdyż jest zgodny (sic!) z prawodawstwem unijnym. Obecnie była wiceminister jest czołowym doradcą podatkowym.

W pierwszej połowie 2003 roku marszałek Borowski ponownie skierował zapytanie w tej sprawie i wówczas równie błędnej odpowiedzi udzielił kolejny wiceminister resortu finansów. W tym samym 2003 roku ten wiceminister uzyskał nominację profesorską, a przez całą II kadencję był szanowanym członkiem Rady Polityki Pieniężnej.

Na wyeliminowanie błędu trzeba było czekać jeszcze cały rok: dopiero dzień 1 maja 2004 był datą przełomową, by w końcu polska ustawa o VAT została dostosowana do prawa unijnego. A wszystkiemu winien był tłumacz, który pomieszał „usługodawcę” ze „zleceniodawcą”.

Uwaga na nazwy własne

Jeszcze inny aspekt pułapek językowych dotyczy znaczenia tych samych słów w różnych językach, co może prowadzić np. do antyreklamy.

Najczęściej przywoływany jest przykład samochodów CHEVY NOVA, które miały być eksportowane przez koncern General Motors na rynek południowoamerykański. W większości krajów Ameryki Łacińskiej językiem urzędowym jest hiszpański. Va po hiszpańsku znaczy „idzie”, „chodzi”. Natomiast no va oznacza „nie chodzi”. Trudno więc się dziwić, że importerzy z Ameryki Południowej wymusili zmianę nazwy modelu. Nie dałoby się bowiem w tych krajach sprzedać samochodów, pod hasłem reklamowym „NIE CHODZĄ” (NO VA). Tak pojawił się model CHEVY CARIBE. Warto zauważyć, że rosyjski producent samochodów LADA NOVA nie powtórzył tego błędu i od razu zaczął promować ten model w Brazylii pod nazwą LADA LAIKA.

Język hiszpański jest w ogóle dość pechowy dla producentów samochodów. Kłopoty miał także koncern Mitsubishi, który zamierzał promować model PAJERO w Hiszpanii. Japończycy nie wiedzieli bowiem, że pajero po hiszpańsku to niezbyt pochlebne określenie mężczyzny.

Jak więc widać z przedstawionych przykładów, korzystanie z tłumaczeń wykonanych bez należnego sprawdzenia jest wciąż dość powszechne pod każdą szerokością geograficzną, a konsekwencje bywają niekiedy bardzo poważne.

Jerzy Nedoma

——-

Jerzy Nedoma kieruje Biurem Tłumaczeń Technicznych LIDO-LANG w Krakowie, które od 20 lat świadczy usługi tłumaczeniowe na rzecz kilkuset firm w całej Europie, w Ameryce Północnej i w Azji. Od roku 2005 LIDO-LANG posiada certyfikat ISO 9001, a od roku 2007 także certyfikat EN 15038. LIDO-LANG jest członkiem założycielem Europejskiego Stowarzyszenia Biur Tłumaczeń ELIA oraz członkiem szeregu międzynarodowych organizacji branżowych


ilustr. Ewa Skwierczyńska-Nowak






Zobacz także