PR – pozornie łatwa robota

Kwiecień, 2011  |  , , , , ,    
Kwiecień, 2011

Upłynęło już sporo czasu od przełomu 1989–1990. W Polsce pojawiły się prawie wszystkie światowe koncerny, bezpośrednio lub poprzez różne przedstawicielstwa. Także, przynajmniej według zapewnień rządzących, w administracji wiele uległo zmianie i nadal się poprawia. Jednak nie wszystko jest już na takim poziomie, jak być powinno. Działy PR (public relations), czyli komunikacji społecznej, są ważnymi komórkami każdej firmy lub instytucji. Jednak można odnieść wrażenie, że czasem trafiają tam osoby przypadkowe lub zatrudnione „po znajomości”. Szefowie nie przywiązują wagi do kontaktów z prasą, gdyż, ich zdaniem, to prosta robota…

Czy jedna z kluczowych osób w dziale PR może nie mieć telefonu komórkowego? W dzisiejszych czasach? Zdaniem przedstawicielstwa dużego japońskiego koncernu motoryzacyjnego – nie ma problemu… A mówi się, że Japonia to, oprócz historii, postęp, elektronika, nowoczesność.

U innego producenta „komórka” szefa PR jest tak ściśle tajna, że nawet  panie w centrali firmy twierdzą, że jej nie znają. Ciekawe, jak się z nim kontaktują, gdy jest poza biurem…?

Nikt z nas nie lubi być traktowany jak idiota. Czasem zastanawiam się, czy ktoś ze mnie nie kpi.

***

Pozwoliłem sobie wysłać do poważnej, państwowej firmy e-mail z pytaniami. Po dwóch tygodniach, z powodu braku odpowiedzi, ośmieliłem się spytać, czy ten dział PR w ogóle funkcjonuje, czy tylko istnieje formalnie „na papierze” (czyli w dzisiejszych czasach przede wszystkim na stronie internetowej). Po kilku dniach raczyła do mnie zadzwonić szefowa owej komórki organizacyjnej. Gdy „przyznałem się” do wszystkiego, czyli tych pytań i oburzenia, że nikt nie odpisuje, pani zapytała z wyrzutem: Ale dlaczego ja właściwie mam panu na te pytania udzielić odpowiedzi? Dla wyjaśnienia dodam, że pytania dotyczyły bardzo prostych kwestii i w dobrym dziale komunikacji powinny one czekać przygotowane w formie „gotowców”, na każde życzenie wysyłanych do dziennikarzy. Próbowałem uzyskać wyjaśnienia od prezesa tej firmy. Oczywiście, nie odpowiedział i nie zareagował na wysłany do niego bezpośrednio e-mail. Pewnie dlatego, że akurat w tym czasie instytucja „wyszła” spod tzw. ustawy kominowej i był zajęty staraniami o podwyżkę swojej pensji.

Innym razem wyjazd dziennikarzy pod Warszawę miał się odbyć wynajętym busem. Państwowa instytucja zleciła organizację tej imprezy zewnętrznej firmie. Otrzymaliśmy w e-mailu dokładny termin i miejsce spotkania – parking pod Pałacem Kultury i Nauki. Kto chociaż raz był w tej okolicy, wie że tam dookoła są praktycznie same parkingi. Gdy zadzwoniłem do pani, podpisanej pod informacją i odpowiedzialnej za wyjazd, usłyszałem: Cześć kochanie, co słychać… żartowałam! Zostaw wiadomość … ha, ha! Początkowo sądziłem, że źle wybrałem numer, ale później sprawdziłem – to był numer i nagrana wiadomość osoby organizującej imprezy w agencji PR dla zewnętrznych firm i instytucji…

***

Pewna zagraniczna, też znana na świecie firma, zorganizowała niedawno konferencję. Chodziło o przedstawienie systemu, który dopiero miał zostać wprowadzony w Polsce, więc przydatne były schematy i rysunki. Prezentacja ze spotkania nie została nam udostępniona. Przedstawiciel rodzimej firmy PR, obsługującej zagraniczny koncern, zapewnił że niezwłocznie po konferencji prześle pocztą elektroniczną wskazane rysunki i schematy. Trwa to już pół roku…

***

Często na konferencjach prasowych najważniejszą rzeczą jest lista obecności. Ale nie chodzi o to, by sprawdzić, czy ktoś „pogardził” zaproszeniem. Ważna jest lista. Firma PR, organizująca na zlecenie imprezę, chce się wykazać i robi wszystko, by przyciągnąć jak najwięcej żurnalistów. Często zaprasza się znajomych. I tak np. na prezentację nowej nawigacji satelitarnej przychodzi dziennikarz zajmujący się na co dzień ogrodnictwem albo medycyną czy branżą restauracyjną (proszę, aby nikt z tych dziedzin nie obrażał się). Takie przypadki zdarzają się na szczęście coraz rzadziej, bo firmy zlecające organizację promocji swoich wyrobów albo usług zaczęły sprawdzać konkretne efekty w postaci publikacji prasowych, a następnie obserwować, czy przekłada się to także na wzrost obrotów. Niemniej często bywa też tak, że PR-owcy „przywiązują się” do pewnych osób. Pewien pan, mimo że przestał być dziennikarzem, jeszcze przez jakieś pół roku z wielką ochotą uczestniczył w spotkaniach prasowych, zwłaszcza tych wyjazdowych…

***

Oczywiście, każdy kij ma dwa końce. Po stronie dziennikarzy też są tacy, którzy zaliczają wszystkie imprezy, które się da, niekoniecznie robiąc z tego potem jakiś użytek w postaci materiału. Znanych też jest wiele historii dotyczących użyczania dziennikarzom różnych urządzeń, z samochodami włącznie. Niektórzy też zdrowo „przeginają” z firmowymi gadżetami. Znam przypadek, gdy pewien redaktor naczelny przedstawił swoją listę życzeń…

Trzeba jednak zauważyć, że poprawia się obsługa dziennikarzy, także po stronie administracji państwowej. Choć kiedyś, pytając panią rzecznik jednego z resortów, kto jest jej przełożonym, usłyszałem, że sam minister. Jeśli rzeczywiście tak było, to dotarcie do niego i zainteresowanie moim problemem graniczyło z cudem. To chyba największy kłopot prasy – duże instytucje i koncerny. Wydaje im się, że są tak silne i tak potężne, że mogą człowieka potraktować, delikatnie mówiąc, obcesowo, bo w razie czego bez problemu sobie z nim poradzą. Czasem to rzecznik gospodarczego potentata lub jakiegoś resortu uważa, że jest najważniejszy i dużo może, zaś jego szef jest miłym, sympatycznym i skromnym człowiekiem…

PS Tekst dedykuję wszystkim pracownikom komórek PR, aby nie traktowali dziennikarzy jak intruzów i potrafili odróżnić tych dobrych od złych.

 

Klaudiusz Madeja


 






Zobacz także