Pokolenie aj-bla-bla

Czerwiec, 2012  |  , ,    
Czerwiec, 2012

Kiedy patrzę na relacje międzyludzkie mojego 11-letniego syna zauważam, że on najlepiej porozumiewa się z takimi chłopaczkami między 20 a 30 rokiem życia. O ile nigdy nie było jeszcze takiej przepaści technologicznej między rodzicami a dziećmi (a może każdemu pokoleniu rodziców się tak zdaje), to również nigdy nie było takiego porozumienia między pokoleniem dziesięcio- i dwudziestoparolatków. Z przyjemnością obserwuję takie tandemy, wtulone w siebie ponad jednym Nintendo DS (i z niepokojem obserwuję u siebie nazywanie dwudziestoparolatków chłopaczkami).

Te szczególne relacje zaczynam lepiej rozumieć w trakcie niedawnej długiej wizyty w Apple Store, dokąd idziemy po wymarzone, wybłagane aj-coś tam-coś tam. Oczywiście wiem, że nazywa się to ipod touch, tylko się tak z kokieteryjną protekcjonalnością dystansuję, bo, szczerze mówiąc, nie rozumiem połowy funkcji tego urządzenia.

Po wejściu do sklepu zostajemy otoczeni przez sprzedawców, ale ponieważ chcemy kupić konkretną rzecz, to konkretna pomoc jest mile widziana. Z nami jest jeszcze kolega dziecka. Sprzedawca dokonuje błyskawicznej transakcji z osobą pełnoletnią, czyli mną, po czym przestaje na mnie zwracać uwagę. Obserwuję więc tylko rozwój sytuacji i ogarnia mnie zachwyt. Przez prawie godzinę cała uwaga – najpierw jednego, potem dwójki – młodych sprzedawców skupia się na moim synu i jego koledze, którzy przyszedł z własnym aj-bla-bla. Na oko są oni w wieku mojego syna, ale mają przynajmniej po 20 lat.

Pytania młodszych traktują z najwyższym profesjonalizmem. Żadnego tam protekcjonalnego „w czymże mogę wielce szanownym panom pomóc?” ani cukierkowatego mizdrzenia się: „a co też skarbeńki chcecie?”.

Nie mam wielu złudzeń co do czystości intencji kolejnych wcieleń Steve’a Jobsa – bo w ogóle nie wierzę w czyste intencje korporacji. Wychodzę jednak z założenia, że każdy ma prawo do swojej porcji hipokryzji. Domyślam się, że pracownicy są szczegółowo poinstruowani w obsłudze klienteli z piątej klasy – nie sprawdzałam statystyk, ale podejrzewam, że stanowi ona jakieś 25 proc. korzystających z przeróżnych aj-cudów. A przecież te dzieci rosną i będą wracać, już bez mamy.

Wystarczająco też długo pracowałam w sieci restauracji, która dbanie o najmłodszego, a więc i przyszłego, klienta wyraża w niezliczonych dolewkach Shirley Temple i tzw. kufrem skarbów, który zdyszana kelnerka przydźwiguje na koniec posiłku marząc, żeby bachor, opity darmowym sevenupem z grenadyną, wybrał z niego szybko błyszczące plastikowe badziewie wytworzone przez dzieci Trzeciego Świata, i niech rodzinka spada i zwalnia stolik.

Kiedyś sami byliśmy dziećmi i wysłuchiwaliśmy: „ja w twoim wieku”… Bla bla bla.

Obowiązek rodzicielski nakazuje nam od czasu do czasu rzucić: „Piotruś, do książki!”, „Marysia, pianino!”. Po czym, zaspokoiwszy kłopotliwe poczucie obowiązku, oddajemy się własnej aktywnej działalności elektronicznej, co jakiś czas prosząc Piotrusia czy Marysię o zainstalowanie sterowników albo wyjaśnienie, która ładowarka do czego służy. Wtyczki w naszych ścianach zaczynają przypominać włochate uszy paskudnego dziada. Rozkrzaczone kable mnożą się chyba między sobą, a my brodzimy w tym kłębowisku rozpusty bezradni jak… no nie, nie jak dzieci – dzieci wołamy do pomocy.

Grunt usuwa się nam spod nóg, pokolenia się przesunęły, nie nadążamy za tym wszystkim. Boimy się już nawet spytać takiego małolata, kim chce być, gdy dorośnie, bo sami nie bardzo już wiemy, kim chcemy być za 15 lat. Bo że nie będziemy tym, kim jesteśmy teraz – jest prawie pewne. Zapędziliśmy się w kozi róg.

Mój zachwyt w sklepie Apple wywołany jest obserwacją , że sprzedawcy od Jobsa traktują tych 11-latków z autentycznym, hmm… szacunkiem. I niech mi tu nie wyskakują pogromcy bachorów, że teraz to gówniarzom się wszystko należy i jeszcze szacunek im się należy. Ja tam wychodzę z założenia, że szacunek człowiekowi należy się od urodzenia, a reszta, z odrobiną kindersztuby, przyjdzie sama.

O czym warto pamiętać, bo przesuniecie pokoleń, bo coś ze sobą trzeba będzie zrobić do 67 roku życia, i takie tam jeszcze… bla bla bla.

Ewa Henry

Ilustracja autorki

 







Zobacz także