Podróż na własną rękę

Czerwiec, 2012 | Tagi:  , , ,    




Autorka spędza w podróży do dwóch i pół miesięcy w roku. Odwiedziła już jedenaście państw w Europie, siedem w Ameryce Środkowej i Południowej, pięć w Azji i trzy w Afryce Zachodniej. W podróż jedzie albo z przyjaciółmi, albo sama. W tym roku wybiera się do Gruzji i Armeni, i… gdzieś jeszcze.

 

W samodzielnym podróżowaniu, czyli takim, które organizuje się samemu, najtrudniejszy jest pierwszy krok. Zawsze gdzieś wyjeżdżałam: kolonie, obozy, wyjazdy na wolontariat w czasie studiów – ale były to wyjazdy na terenie Europy, miałam więc poczucie, że jakby coś się miało stać, to do domu „blisko”.

Nigdy chyba nie zapomnę pierwszego pozaeuropejskiego wyjazdu – wybór padł na Tajlandię, bo to taki „kierunek dla początkujących”. Zaczęłam od dwutygodniowego pobytu w małej wiosce w kompletnie nieturystycznym rejonie na południu, gdzie jako wolontariusz uczyłam dzieci angielskiego, spałam w szkole, jadłam ryż co najmniej dwa razy dziennie i umierałam z gorąca, bo przecież nauczyciel na tajskim południu musi się skromnie ubierać. Później spędziłam tydzień u tajskiej rodziny, która po angielsku mówiła tak dobrze, jak ja po tajsku (czyli prawie wcale), ale za to bardzo chciała zorganizować mi czas i ciągle odwiedzaliśmy ich znajomych. Po tym wszystkim reszta wydawała się łatwa – uwierzyłam w siebie i w to, że podróżowanie jest niesamowicie proste, jeśli człowiek się za bardzo nie przejmuje. Mój entuzjazm i opowieści po powrocie sprawiły, że od tamtej pory nie miałam problemu z towarzystwem na wakacje.

Organizacja podróży

Największym plusem jest świadomość, że wszystko zależy od nas i możemy robić tylko to, co chcemy. Dużo zależy od tego, czy organizujemy wyjazd dla paru osób, czy jedziemy sami. Zorganizowanie wyjazdu z przyjaciółmi wymaga planowania, aby uwzględnić w większym lub mniejszym stopniu marzenia i zachcianki każdego z uczestników.

Wyjazd całkowicie samodzielny, jeśli tylko odważymy się nie planować, może być ogromną przygodą. Przez bardzo długi czas swoje samotne wyjazdy planowałam – w trakcie podróży najczęściej te plany się zmieniały, ale zawsze były.

W ubiegłym roku wyjechałam na sześciotygodniowe wakacje kompletnie bez planów – niewiele nawet czytałam przed wyjazdem, zrobiłam tylko kserokopie kartek z przewodnika. Nie pamiętam już, czy zaczęłam je czytać w samolocie, czy w pierwszym autobusie, pamiętam natomiast, jak ogarniało mnie coraz większe zdziwienie, że w Kolumbii, która kojarzy mi się głównie kawą i narkotykami, jest tyle do zobaczenia. Dlaczego tam w ogóle pojechałam? Bo bilet był tani, a mnie zależało wyłącznie na tym, żeby jechać do kraju hiszpańskojęzycznego.

Pierwszego dnia poznałam Kolumbijkę Sonię, która właśnie rzuciła pracę, bo rząd kolumbijski skrócił liczbę wakacyjnych dni, a ona tak nie chciała pracować. Po dwóch godzinach rozmowy postanowiłyśmy, że pojedziemy razem do Amazonii.
W Kartagenie zamiast dwóch dni zostałam cztery, bo poznana przez couchsurfing Telmy okazała się fantastyczną osobą. W Medellin przypadkowo spotkałam Kasię, Polkę, która mieszkała tam od sześciu miesięcy. Tydzień później Kasia zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy może się przyłączyć do mojej ekwadorskiej części podróży. W drodze do Ekwadoru zatrzymałam się tylko na chwilę, aby obejrzeć park archeologiczny w San Augustin, ale dwie kolumbijskie rodziny, z którymi pojechałam na wycieczkę jeepem, przekonały mnie, że koniecznie muszę zostać kolejny dzień i poświęcić go na konną wycieczkę. Zresztą, później odwiedziłam ich i dzięki temu spędziłam parę dni w normalnym, mało turystycznym miejscu, do którego w inny sposób nigdy bym nie trafiła… Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć dni, które w trakcie tych samotnych nieplanowanych wakacji spędziłam sama.

Nocleg w amazońskiej dżungli, fot. Monika Marcinkowska

Dwie rzeczy są tak naprawdę dla mnie ważne: cena przelotu i średni dzienny koszt utrzymania się na miejscu, bo przekonałam się, że wszędzie może być ciekawie – w tych mniej znanych miejscach można spokojnie odpocząć, przeżyć przygodę i obejrzeć zabytki bez deptania po piętach innym turystom.

A! Jeszcze jedna rzecz: język i umiejętność komunikowania się. Można przeżyć i poradzić sobie bez znajomości jakiegokolwiek języka, ale ja lubię porozmawiać, dowiedzieć się czegoś więcej. Lubię, kiedy napisy na ulicznych szyldach do mnie ”mówią” i kiedy mogę przeczytać coś w gazecie. Po angielsku mówię płynnie, mój hiszpański jest zaawansowany, po francusku się dogadam, a teraz, przed wyjazdem do Gruzji i Armenii, odświeżam mój nieużywany od ponad 15 lat rosyjski. Chciałabym jechać do Chin na miesięczny kurs języka i codziennie na ulicy ćwiczyć to, czego się nauczyłam. Teraz też się uczę, ale znajomi żartują, że łatwiej i ekonomiczniej byłoby po prostu w Chinach wynająć tłumacza. Niech się śmieją – nie poddaję się i ćwiczę umysł, jak już wyjadę i sobie poradzę, to będę z siebie dumna. Jeśli sobie radzić nie będę… no, to będzie co opowiadać po powrocie. Oczywiście zamierzam jechać sama – będzie zabawniej.

Ze względu na koszty lotów, najbardziej odpowiada mi idea jednego lub dwóch wyjazdów rocznie – przeważnie jadę na co najmniej trzy tygodnie; cieszę się, że mogę sobie na to pozwolić. Nie planuję, ile dokładnie wydam. Sprawdzam na forach internetowych, jakie są średnie dzienne wydatki w planowanych krajach i zakładam określoną średnią wydatków na dzień – raz wydam mniej, innym razem więcej, ale staram się zmieścić w przewidywanej kwocie. Zawsze wiem, jaką mam rezerwę i czasami robię coś ekstra.

Największe zaskoczenie

Pierwszym największym zaskoczeniem było to, że po angielsku, wbrew temu, co się powszechnie powtarza, wcale się nie da wszędzie dogadać. Takie doświadczenie miałam podczas mojej pierwszej i jak na razie jedynej podróży po Afryce Zachodniej. W czasie tygodniowego pobytu w Beninie spotkaliśmy jednego przewodnika mówiącego po angielsku – a spotkaliśmy go tylko dlatego, że był wymieniony w przewodniku Lonely Planet, a ja się uparłam, żeby do niego zadzwonić. I to był bardzo dobry pomysł – przynajmniej się czegoś dowiedziałyśmy. Tylko o voodoo za dużo nie chciał powiedzieć, powtarzając, że jako ta, która nie przeżyła inicjacji, nie jestem w stanie tego zrozumieć.

Była to jedyna spotkana wówczas osoba, która potrafiła powiedzieć cokolwiek po angielsku. Bez znajomości francuskiego byłoby ciężko w tej podróży.

Trudno jest wybrać kraj, który był dla mnie „naj”’ – każdy wyjazd taki jest. Fantastycznie wspominam Birmę – może dlatego, że przed wyjazdem się przygotowałam i naprawdę dużo wiedziałam o historii i polityce. Oprócz tego fantastyczni ludzie, niesamowite zabytki i malownicze widoki – czego chcieć więcej? Mam nadzieję, że kiedyś tam wrócę, chociaż to z pewnością będzie już inny kraj – czytałam ostatnio, że od czasu mojego pobytu liczba turystów wzrosła o ponad 30 proc. rocznie.

fot. Monika Marcinkowska

 

Największa przygoda

„Przygoda” to bardzo poważne słowo – dla mnie sam wyjazd jest ogromną przygodą, podczas której wydarza się mnóstwo zabawnych i ciekawych rzeczy. Ogromnym przeżyciem były noce spędzone w Amazonii w hamaku – leżenie i wsłuchiwanie się w odgłosy dżungli. Ale także udział w wielkim festiwalu w Togo, podczas którego siedziałyśmy na trybunach obok całej elity kraju, obok szefów wiosek poubieranych w tradycyjne stroje z koronami na głowach. Ogromnie miło wspominam też bardziej relaksujące fragmenty podróży – nurkowanie w Belize w Blue Hole należy do takich właśnie momentów. Kiedy tam dopłynęliśmy, w zasięgu wzroku nie było nic poza naszą łodzią – jakże inaczej niż w Egipcie, wśród tłumów.

W podróży wszystko może być przygodą i często nieoczekiwanie odwiedzone miejsca zostają w pamięci na dużo dłużej niż turystyczne „miejsca, które trzeba zobaczyć”.

fot. Monika Marcinkowska

Monika Marcinkowska
fotografie autorki