Ogród w cieniu ruin

Styczeń, 2014  |  , , ,    
Styczeń, 2014

Centrum Ann Arbor od centrum Detroit dzieli siedemdziesiąt kilometrów. Zważywszy na infrastrukturę, można przedostać się z jednego miasta do drugiego w niecałą godzinę. W ciągu tej godziny jedzie się z jednej wersji USA do drugiej.

Ann Arbor to przede wszystkim uniwersytet, jeden z największych w Stanach. Zatrudnia około 30 tysięcy pracowników, co stanowi prawie ¼ populacji całego miasta. Jeśli zważymy na to, że uniwersytet kształci studentów, których jest z reguły więcej niż wykładowców, zrozumiemy, że trafić na osobę niezwiązaną z Uniwersytetem Michigan w Ann Arbor będzie raczej trudno. Kampus uniwersytecki jest też centralnym punktem miasteczka. Jest tu bardzo zielono – nie bez przyczyny Ann Arbor ma status miasta-ogrodu – prócz miejskiego parku mamy rezerwat przyrody Barton oraz parki przyklejone do malowniczej w tych okolicach rzeki Huron.

Detroit to przede wszystkim ruina. Zwykło się uważać, że to kryzys przemysłu samochodowego, którego Detroit jest (mimo kryzysu wciąż jeszcze jest: w 2013 roku Detroit Auto Show odwiedziło ponad 700 tysięcy osób, co mniej więcej odpowiada całej populacji miasta) światową stolicą, stał się początkiem końca miasta. Historia jest jednak o wiele bardziej skomplikowana. Niezależnie od jej meandrów, fakty mówią same za siebie – w Detroit w latach 50. ubiegłego wieku mieszkało blisko 2 miliony ludzi, zaś obecnie żyje tu około 700 tysięcy mieszkańców.

nr10_ogrod_wcieniu2

Co więcej, amerykańskie miasta, a Detroit jest nim na wskroś, są budowane zupełnie inaczej niż europejskie. Na starym kontynencie zawsze był problem z przestrzenią, miasta budowały się więc w górę, zagęszczały swoje centra i dość łatwo było znaleźć się na suburbiach (czy też po prostu na wsi). W przypadku miast amerykańskich przestrzeń nie jest problemem, problemem jest raczej jej nadmiar. Miasta więc, prócz dźwigania się wzwyż, rozpełzają się na potężnych terytoriach. Dość wspomnieć, że przestrzeń zurbanizowana Detroit to 3 tysiące kilometrów kwadratowych, zaś „miasto” rozciąga się na przestrzeni 370 tysięcy kilometrów kwadratowych – stanowiąc tym samym bodaj największy obszar metropolitalny w Stanach. Centrum Detroit udrapowane jest wieżowcami, podobnie jednak jak w przypadku innych miast, downtown dość szybko się kończy, ustępując niekończącemu się ciągowi parterowych przydrożnych sklepów i restauracji, który przechodzi następnie w zabudowę willową. Wille zaś obowiązkowo wyposażone są w dumnie łopoczący gwiaździsty sztandar oraz werandę z wyświechtaną kanapą – i zdaje się, że tylko brak bezpośredniego zagrożenia sprawia, że nie widać na nich mężczyzn z burbonem w jednej i strzelbą w drugiej ręce.

Pozorna prostota obrazu

Kiedy pod koniec 2011 roku sprowadziliśmy się do Ann Arbor, Detroit wydawało nam się miastem zakazanym, fascynującym z jednej strony i niebezpiecznym z drugiej. Pamiętałem rozmaite pokazy zdjęć, na których Detroit przypominało Prypeć po katastrofie czarnobylskiej – opuszczone domy, przemysłowe budynki z obłażącą farbą, sypiące się w gruzy zabudowania. Mając na składzie dwójkę dzieci nie bardzo uśmiechało nam się jechanie do miasta o najwyższym w Stanach wskaźniku przestępczości, z którego po samochodowym kryzysie uciekła większość białych mieszkańców (zjawisko to doczekało się nawet nazwy white flight). Z drugiej strony miasto-widmo, jak je sobie wyobrażaliśmy, przyciągało.

Ann Arbor, dla odmiany, wydawało się być enklawą spokoju i porządku. Jeżdżąc rowerem po okolicy znajdowałem co i rusz miejsca, gdzie spokojnie można wybrać się z dzieckiem na spacer z miłym poczuciem, że nic człowiekowi nie grozi. W odległości rowerowej przejażdżki znalazłem zagajnik, do którego przychodziły jelenie, nieco dalej na północ spotkałem znak uwrażliwiający kierowców na przechadzające się żółwie, wszędzie aż roiło się od szarozłotych wiewiórek, w zimie zaś gruchnęła wiadomość, że w okolicy widziano kuguara. To ostatnie nie było specjalnie zachęcające do spacerów z dzieckiem, jednak dobrze wpasowywało się w odczucia związane z Ann Arbor; miastem, w którym przyroda istnieje (i ma się dobrze) mimo ludzkich siedzib.

nr10_ogrod_wcieniu3

Im dłużej tu jednak przebywaliśmy, tym bardziej prosty ten obraz zaczynał się komplikować. Wzrost i upadek, nieokiełznana przyroda i zalane betonem obszary dzieliły nam przestrzeń na miejsca „dobre” i „złe”. Jednak to w centrum „dobrego” Ann Arbor stoi opuszczony budynek Borders, upadłej legendarnej sieci księgarni, której historia rozpoczęła się w tym właśnie miejscu. Jeszcze w 2010 roku księgarni w sieci Borders było ponad 500, rok później ogłosiła ona upadłość. W różnych miejscach kraju stoją opuszczone Bordersy, jednak o ile nie dziwią one w Detroit czy Chicago, o tyle w wymuskanym Ann Arbor – mieście w końcu na wskroś akademickim – już tak. Tutaj także, w miejscowym Krogerze i Targecie (sieciach sklepów spożywczych i odzieżowych), są osobne wjazdy – bo nawet nie wejścia – dla chorobliwie otyłych osób jeżdżących na wózkach. Sklepy są też odpowiednio zaprojektowane, by osoba taka bez problemu poruszała się między regałami. Oczywiście, Ann Arbor jako miasto zamieszkałe przez osoby o wysokim statusie (bądź wytrwale dążące do niego) znajduje się w tyle stawki, jeśli chodzi o odsetek osób chorobliwie otyłych, niemniej jednak tu także się trafiają – na tyle często, że opłaca się budować dla nich osobne wjazdy.

Po jakimś czasie odkryliśmy i inne rysy w naszym raju: sąsiadujące miasto Ypsilanti, siedziba będącego dużo niżej w rankingach Eastern Michigan University, jest postrzegane przez mieszkańców Ann Arbor jako podrzędne miasteczko – do tego stopnia, że sprzeciwili się oni na przykład połączeniu okręgów szkolnych tak, by dzieci z „dobrego” Ann Arbor nie były narażone na chodzenie do jednej szkoły z dziećmi ze „złego” Ypsilanti. Spekulacje, które pojawiały się podczas dyskusji na temat takiego stanu rzeczy sprowadzały się właściwie do zamiłowań kolorystycznych: dominujący w Ann Arbor biały i żółty odcień skóry niezbyt komponował się ze śniadym i ciemnym odcieniem mieszkańców Ypsilanti. Oczywiście insynuacje na temat takiego stanu rzeczy przemycane były w sposób mocno zawoalowany, gdyż w Stanach rasizm to nie tylko tabu, ale i realnie istniejący problem. Takich przykładów jest więcej, powoli dochodziliśmy więc do wniosku, że Ann Arbor jest swoistą enklawą i pewnego rodzaju wyjątkiem. Śmiałem się, że gdyby w USA wydarzyła się jakaś potężna katastrofa, Ann Arbor działałoby bez zmian: humaniści opisywaliby jak katastrofa wpłynęła na psyche mieszkańców oraz dlaczego nie dało się jej przewidzieć, naukowcy zajmujący się ścisłymi dziedzinami opisywaliby zmiany w środowisku zewnętrznym.

nr10_ogrod_wcieniu4

Detroit żyje i rekreuje się

Z drugiej strony Detroit zaczęło pokazywać swoje skrywane, intrygujące oblicze.

Część odkrywanych przez nas elementów, choć bardzo interesujących, stanowiła swoisty skansen: jak na przykład Fisher Building, którego przestrzeń biurowa jest w większości niewykorzystywana, po którym może jednak oprowadzić zwiedzających nieprzemęczający się pracą consierge. Fisher Building to wyprawa w zapomniany świat: łyskający złotem hall, windy na kluczyk, boazerie i poczta pneumatyczna, która kiedyś oszczędzała czas osób tu pracujących. W mieście wciąż istnieją – lub otwierają się – nowe knajpki i puby, w których dostać można lokalne piwo, nie tylko z całego Michigan, ale również z Atwater Brewery, mikrobrowaru działającego w dalszym ciągu nad rzeką Detroit. Opuszczone tereny miasta są oczywiście widoczne, jednak są także miejsca, w których człowiek czuje, że jest w żyjącej metropolii: wystawa w DIA (Detroit Institute of Arts) „Rembrand and the Face of Jesus” zgromadziła istne tłumy jak na wymarłe miasto. Powstał tu również Heidelberg Project, którego celem jest zmiana opuszczonych domów w coś na kształt artystycznej galerii pod gołym niebem. Efekt jest szalony: domy poobwieszane lalkami, pnie drzew z poprzybijanymi koszykami na zakupy, domy malowane w kółka, domy całe w naklejkach…

nr10_ogrod_wcieniu6

Poznany przez nas rdzenny mieszkaniec Detroit, Ken, pokazał nam, że jego miasto to nie tylko ruina: są tu zamieszkałe dzielnice, jest park nad samą wodą, jest jedyne w całym USA miejsce, gdzie można zagrać w starą belgijską grę featherball, przypominającą nieco kręgle, w której zamiast kul używało się oryginalnie krążków żółtego sera (teraz zaś używa się drewnianych gomółek o podobnym kształcie), z drugiej zaś strony grę w boule, z tym, że zamiast „świnki” używa się piórka… Wciąż działa i ma się dobrze muzeum motoryzacji, opisujące lata świetności miasta, gdy myśląc o Detroit nie myślało się o upadku i bankructwie, lecz o General Motors, Pontiacu (Pontiac, nawiasem mówiąc, to jedna z dzielnic Detroit) i Chryslerze. Choć Eminem i Jack White wyprowadzili się z miasta dawno temu, to jednak wciąż możemy szukać tu Sugar Mana i pójść do jednego z kilku działających klubów muzycznych – nam zdarzyło się być na koncercie Rachael Yamagaty w słynnym The Shelter, gdzie karierę swą rozpoczynał Eminem i na koncercie zespołu Mastodon w pięknym, choć nieco obłażącym z tynków Fillmore Detroit. Myliłby się srogo ten, kto po ogłoszeniu przez miasto bankructwa, po obejrzeniu „Detropii” i pokazach zdjęć, uważałby, że Detroit to miasto wymarłe. Eastern Market, organizowany co sobotę, gromadzi nie tylko całkiem spore zastępy lokalnych producentów żywności, ale również tłumy michigańczyków. Funkcjonuje tu kompania kawowo-orzeszkowa Germack, sprzedająca nie tylko świetne kawy i pistacje, ale również dżemy i inne przetwory. Na ulice w ładniejsze dni wystawiane są stoliki, grille i lodówki z wyrobami piwopodobnymi.

Egzotyka niespodziewana

 Kiedy wróciliśmy ze Stanów i próbowaliśmy opowiedzieć choć w części „jak tam jest”, nieuchronnie zawieszaliśmy się na detalach. Bo to właśnie one najlepiej oddają charakter tego dziwnego i egzotycznego miejsca. Egzotyka ta jest dla przyjezdnego po dwakroć zaskakująca. Zmierzając do Chin, Japonii, Indii czy Brazylii oczekujemy egzotyki, nastawiamy się na poznawanie niepoznanego. Jadąc do Stanów miałem wrażenie, że przecież wiem, gdzie jadę: setki amerykańskich filmów i dziesiątki książek osadzonych w tamtejszych realiach, przygotowuje – zdawałoby się – na to, co człowieka spotka. Nic bardziej mylnego. Detale całkowicie zmieniają rzeczywistość. To, że w sklepie ekspedientka zawsze pyta o twój dzień i nigdy nie słucha odpowiedzi. To, że możesz spotkać kogoś, kto będzie nastawać uporczywie na otrzymanie twojego maila i telefonu, by nigdy później się nie odezwać ani mailowo, ani telefonicznie. To, że w sklepach jest mnóstwo interesujących produktów (jak na przykład sześć rodzajów M&M-sów) i bardzo rzadko ma się możliwość ich spróbowania, gdyż są sprzedawane w gigantycznych paczkach (ważących po minimum pół kilo – bo w ten sposób jest przecież taniej). To świat, w którym mała kawa jest sześć razy większa od przeciętnej dużej kawy w Europie (a zawiera tyle samo kofeiny), świat, w którym można pójść na śniadanie zawierające – jak chwali się w folderze właściciel – osiem tysięcy kalorii.

nr10_ogrod_wcieniu7

 To świat niesamowicie rozwlekłych miast i tak obłędnej przyrody, że nie dziwi fakt, iż przeciętny mieszkaniec USA nie wie nic na temat pozostałych części globu – gdyż życia nie starcza, by dogłębnie poznać nawet własny kraj. To kraina, w którym miasto-ogród jawi się w końcu jako wieża z kości słoniowej, pilnująca, by nic przypadkiem nie zakłóciło sielankowego nastroju, a miasto-widmo okazuje się miejscem, w którym upadek staje się asumptem do rewitalizacji.

Opowiadając o naszym pobycie w Stanach, moja starsza córka w końcu zbywała pytania o USA jednym celnym zdaniem: „W Ameryce wszystko musi być lepsze, większe i grubsze”. Dodałbym do tego, że USA to kraj pozorów i prawd, które mieszają się w niespodziewanych proporcjach, tworząc krajobraz znany i nieznany zarazem.

 

Łukasz Widła-Domaradzki

Zdjęcia autora

 






Zobacz także