O,FE!

Kwiecień, 2011 | Tagi:  , , ,    




O, FE czy OFE ? Dziś wychodzi na to samo. Okrzyk, którym mamy ostrzegają nieświadome dzieci przed rozgrzebaniem czegoś nieprzyjemnie pachnącego, odnosi się dziś do tzw. sprawy OFE, Otwartych Funduszy Emerytalnych. W istocie nie tyle do nich, co do rozwiązań proponowanych przez rząd w ich kontekście.

W roli dzieci występuje rząd, mamę grają organizacje obywatelskie i eksperci ekonomiczni. Ostrzegały one rządzących, by nie rozdrapywali spraw, które mogą przynieść szkodliwe efekty.

Przypomnijmy: rząd Donalda Tuska, chcąc załatać 778-miliardową dziurę długu publicznego i 112-miliardowy deficyt budżetowy roku 2010, rozglądając się za dodatkowymi pieniędzmi, wpadł na pomysł, by część naszej 22-procentowej składki emerytalnej, przekazywanej dotychczas w wysokości 7,3 proc. przez deficytowy ZUS do dochodowego OFE zmniejszyć do 2,3 proc, a następnie stopniowo podwyższać do 3,5 proc. w roku 2017. Zyskać na tym 1,5 proc. PKB. Uspokoić też Unię Europejską i jej oskarżenia, że polski rząd rozrzuca pieniądze, oddalić groźbę zatrzymania funduszy z Brukseli dla Polski.

Zatem rząd wyciągnął rękę po OFE, wymyślając przy tym dziesiątki różnych usprawiedliwień, na czele z koronnym, że polski system emerytalny od początku był zły. A jego twórcy wszystko nieprawidłowo poobliczali. I należy to zmienić. Tyle tylko, że obecne wyliczenia rządzących nie trzymają się kupy. Ruch z OFE przyniesie ministrowi finansów pozorną ulgę i poczyni wiele szkód. Więc głos podniosły organizacje pracodawców, związki zawodowe, eksperci z profesorami Balcerowiczem, Gomułką i Rybińskim na czele. Nie chcieli pomóc rządowi, krytykując pomysł? Nie obawiali się zwyżki notowań PiS-u? Wręcz przeciwnie. Ale wszystkie znaki na niebie i ziemi, realistyczne założenia i ekstrapolacje ekonomiczne, społeczne i finansowe wskazywały, że po wejściu w życie proponowanej przez ministra Rostowskiego ustawy

przyszłe emerytury będą niższe!

Będą niższe, ponieważ rząd zobowiązał się do tak wysokiej rewaloryzacji naszych składek w ZUS, że zobowiązania z tego tytułu muszą wzrastać w postępie geometrycznym i zadłużenie na ZUS-owskich kontach w 2025 roku sięgnie 226 mld zł. Rząd nie będzie miał innego wyjścia, jak obniżyć poziom waloryzacji, zatem i wysokość emerytur

oraz podwyższyć podatki.

Zatrzymanie części składki należącej dziś do OFE w ZUS, to tak naprawdę pożyczenie pieniędzy ZUS-owi (czyt. rządowi) przez obecnych składkowiczów na wypłaty bieżących emerytur i rent. Tę pożyczkę trzeba będzie jednak składkowiczom oddać. Minister finansów liczy na to, że zarobi pieniądze z 4–6-procentowego wzrostu gospodarczego. Ale OECD prognozuje dla Polski tylko 1,6-procentowy wzrost PKB. A to nie oznacza nic innego, jak brak kasy i podnoszenie podatków przez wyłonione po wyborach rządy.

Zmniejszą się zatem pensje,

ponieważ podatki podnoszą koszty pracy. Narzuty na płace już teraz sięgają niejednokrotnie 60 proc. pensji. To z czego będziemy podnosić wynagrodzenia? – pytają retorycznie pracodawcy. Rozkładają ręce, i mają rację. Związkowcy dopytują się o rynek pracy, bo obciążone narzutami firmy nie będą zwiększać zatrudnienia. Analitycy ostrzegają, że perturbacje na rynkach światowych spowodują w polskich firmach większe niż gdzie indziej ograniczenia kosztów związanych z zatrudnieniem pracowników,

i na większy dostęp do miejsc pracy nie ma co liczyć.

A więc wzrośnie bezrobocie. To, niestety, nie będą jedyne ujemne konsekwencje sytuacji, którą nakreśla ustawa. Zaproponowane przez projektodawcę oprocentowanie naszych składek w ZUS-ie,  jako przynęta i zadośćuczynienie za aprobatę projektu – wyższe niż rentowność papierów wartościowych – pobudzi dalszy wzrost całkowitego zadłużenia państwa. Obliczenia pokazują wzrost PKB „aż” o 10,8 proc. w ciągu 30 lat. To oznacza koniec nadziei na podniesienie poziomu konkurencyjności polskiej gospodarki. A obecnie i tak jesteśmy na ostatnich miejscach pod tym względem w Europie. Wytykają nam to wszystkie wskaźniki i agencje ratingowe, z Bankiem Światowym na czele. Mamy jeden z najniższych wskaźników poziomu życia w krajach Unii. Aby dogonić Niemców czy Francuzów, potrzebujemy konkurencyjnej gospodarki, która będzie generować 6-procentowy wzrost gospodarczy przez 30 lat. Dziś mamy 2-procentowy.

Osłabiona zostanie giełda i rynek finansowy.

W ostatnich latach Giełda Papierów Wartościowych zawdzięczała swój rozwój dużemu napływowi pieniędzy z OFE. Po wprowadzeniu ustawy w życie, strumień środków płynący na parkiet znacząco się zmniejszy.

Ale w całej tej zawierusze nie idzie już tylko o pieniądze. O coś więcej, a nawet znacznie więcej. Ta ustawa stawia

pytania o wiarygodność rządu, dotrzymywanie umów społecznych,

o prawdomówność reprezentantów narodu zasiadających w Sejmie, o niespełnione obietnice wyborcze, dotrzymywanie zobowiązań czynionych przez partie i rząd, o traktowanie ludzi jak głupków, którzy nie mają pojęcia o co chodzi, i którym można wszystko wcisnąć bezkarnie. Jednym słowem: o państwo i ustrój, w którym mamy dalej żyć.

Każdy z nas chce się czuć bezpiecznie. Tego poczucia nie wzmacniają nagłe zmiany pod wpływem nagłych potrzeb, którym można było wyjść naprzeciw wcześniej. ”Nie zmienia się zaprzęgu na środku rzeki”. A z taką sytuacją mamy do czynienia w sprawie OFE. Z punktu widzenia przedsiębiorcy, który odpowiada za miejsca pracy dla ludzi mających na utrzymaniu rodziny, za właściwy poziom wynagrodzeń na godne życie, za przekazywanie podatków na utrzymanie państwowej służby zdrowia czy szkolnictwa – otóż dla niego niezwykle ważne jest zaufanie do stabilności i bezpieczeństwa systemu, w którym funkcjonuje. Pomysł z OFE to zaufanie podkopał. W opinii wielu konstytucjonalistów proponowane przez rząd zmiany (uchwalone przez Sejm) i działania

łamią przepisy ustawy zasadniczej.

Środki OFE nie są własnością państwa, stanowią własność ubezpieczonego. Dysponowanie tą własnością bez upoważnienia właściciela narusza konstytucyjną zasadę ochrony własności prywatnej i prawo dziedziczenia. A wszystko po to, by rząd złapał oddech finansowy na 2–3 lata. A co potem? Rząd nie mówi, skąd weźmie pieniądze, nie deklaruje poprawy finansów publicznych na miarę wyzwań, które jak rdza wyjdą za parę lat. Liczy się „tu i teraz”. I sięga po cudze. Bo ”swoje” trzyma pod dywanem w ministerstwie skarbu. Wartość udziałów Skarbu Państwa w przedsiębiorstwach państwowych sięga 100 mld zł. Dlaczego rząd ich nie sprzedaje, chcąc ratować budżet, zmniejszać dług i deficyt? Bo są ”strategiczne” ze względu na obronność państwa i bezpieczeństwo obywateli? Kolejna legenda, jak ta, że nie można było reformować państwa, bo ustawy wetował zmarły Prezydent. Wpływ na przedsiębiorstwa państwo może zagwarantować sobie odpowiednimi przepisami, bez posiadania w nich udziałów.

Nie ma nic zdrożnego w tym, że politycy chcą utrzymać się przy władzy. Taki zawód. Rok wyborczy z pewnością rodzi obawy o niezadowolenie, jakie mogą wywołać wśród wyborców zmiany. Tyle tylko, że ceny zastoju nie zapłacą politycy, a my wszyscy. Winston Churchill powiedział kiedyś, że prawdziwych mężów stanu poznaje się po tym, że idą pod prąd wyborcom.

Otóż my nie mamy mężów stanu.

O, fe!

 

Marek Goliszewski
Założyciel Business Center Club