O tempora, o mores, o kurde

Wrzesień, 2011  |  , ,    
Wrzesień, 2011

(czyli notatki z dżungli)

 

Świat dziadzieje, czy tylko mi się zdaje? Bo obserwuję upadek obyczajów. A może uzyskałam już perspektywę, z punktu widzenia której kiedyś wszystko było lepsze i w ogóle „przed wojną to była pogoda”? A może standardy się zmieniły, a ja tego nie zauważyłam?

Na przykład byłam wychowywana w przekonaniu, że nie powinno się jeść na ulicy. Standard ten był łatwy do utrzymania, ponieważ nie istniały fast-foody, kawa w styropianowym kubku na wynos i temu podobne udogodnienia konsumpcyjne. Obecnie bliźni nas uszczęśliwiają na ulicy i w środkach komunikacji miazmatami swoich kebabów, hamburgerów i frytek.

Onegdaj jechałam autobusem, a nade mną jakiś gość ciamkał loda z polewą czekoladową.

– Przepraszam – powiedziałam grzecznie i zgodnie z tym, czego mnie nauczono na treningu asertywności – czy mógłby pan się z tym lodem przesunąć jak najdalej ode mnie? Chciałabym dojechać do domu bez plam.

A ten odsunął się wprawdzie (lecz niewiele) i zaczął pyszczyć. Cała moja asertywność poszła się czesać z grzywką: poleciłam gościowi bardzo szybkim krokiem udać się na dworzec do wagonu „Wars”. Poza mną chyba nikomu to nie przeszkadzało, bo też i nikt się nie odezwał. Ale może by się odezwał, gdybym zwróciła uwagę dwunastolatkowi, bo to i proste, i mało ryzykowne.

W „Metrze” (z 18.05.20011 r.) wyczytałam, że w komunikacji miejskiej nagminnie również piłuje i maluje się paznokcie, wykonuje makijaż, czesze kudły, zdejmuje buty, zdejmuje wałki z włosów, dłubie w nosie, ziewa nie zasłaniając ust, słucha muzyki z telefonu. A tak się kiedyś naśmiewaliśmy z tych, co to w wannie hodowali świnie, na balkonie kury, a na plażę chodzili z radiem tranzystorowym! Jest jakaś różnica? Bo ja nie dostrzegam.

Moje ograniczenia obnaża na forum „Metra” internautka o nicku persephonix: „Nie widze problemu, czas spedzony w komunikacji jest dobry jak kazdy inny, nie kazdy chce wstawac pol h wczesniej. W PL wszystko dziwi i szokuje, niekonczaca sie wies mentalna. Co wam do tego kiedy kto sie maluje” (pisownia oryginalna).

Rzeczywiście. Wieś mentalna nie chce słuchać wielkomiejskiego szyku, który przez półtorej godziny w autobusie wlokącym się w korku oddaje się na cały regulator rozważaniom: „No i nie wiem – to ja z nim spałam czy nie?”. Oto dlaczego miasta nasze będą po wieki zakorkowane samochodami, a niektórzy ludzie nie przesiądą się do komunikacji miejskiej nawet za dopłatą.

À propos ruch uliczny. Podobno ruch prawostronny to świeży wynalazek. Jakoby jeszcze w XIX wieku w Polsce poruszano się lewą stroną ulicy, bo na konia praktyczniej było wsiadać z lewej nogi (a wtedy od zewnętrznej jest bezpieczniej). Jako że szabelkę nosiło się u lewego boku, to i średnią atrakcją byłoby sczepić się szablami z innym przechodniem, więc większe bezpieczeństwo gwarantowało poruszanie się lewą stroną drogi.

Obecnie mamy ruch prawostronny, ale ta wiadomość jest mocno przesadzona. Albo ja mam niefart i wszędzie, gdzie się znajduję, prawa strona jest dokładnie tam, gdzie idzie osoba z naprzeciwka. To znaczy – prawa strona tej osoby.

Ta prawa strona wybitnie się rozrasta, kiedy idą na nas dwie, trzy a nawet cztery osoby tyralierą. Wtedy ICH prawa strona jest wszędzie – na całej szerokości chodnika. Nasza prawa strona natomiast jest: na poboczu w błocie, na jezdni i ewentualnie – dla umiejących podfrunąć – ponad głowami przechodniów. Tyraliera nie ma w zwyczaju ustawić się w szereg na okoliczność wymijania. To samo dotyczy kolonii, obozów harcerskich świeckich i katolickich, grup subkultur, urzędników idących na obiad, itp.

Wózek dziecięcy to pojazd uprzywilejowany. Jak jedzie naprzeciwko nas, należy mu zejść z drogi (pobocze w błocie, jezdnia lub podfrunąć – jak poprzednio). Dwa wózki sunące obok siebie z kląskającymi mamusiami to kolumna uprzywilejowana. Dwa wózki nie są skłonne wpasować się jeden za drugi podczas wymijania pieszego. Chyba, że ten pieszy to duży facet z kubkiem piwska w garści, które w każdej chwili grozi wylaniem. Dlatego od czasu do czasu pragnę być takim właśnie facetem: grubym, łysym i z piwem. Przychodziłabym do pracy w krótkich majtach i japonkach, nie mówiłabym „dzień dobry”, pchałabym się w drzwi przed kobiety, po czym puszczałabym im je z rozmachem w twarz, a każdy by przede mną umykał, bo od razu by było widać, że moim naturalnym środowiskiem jest dżungla.

ilustr. Agnieszka Słowińska

Być może przemawia przeze mnie gorycz straconej szansy. Kiedy nie można już dawać złego przykładu, to się narzeka. Jak ten Egipcjanin, co to napisał na papirusie o dzisiejszej młodzieży, która wierzeń przodków nie kultywuje, starszych nie słucha, rozpasła i rozhulana, nieprzystojnym zachowaniom hołduje, włóczy się po nocach nie wiadomo gdzie, a zapytana „Gdzie byłeś?”, odpowiada: „Nigdzie!”.

Laura Bakalarska

Ilustrowała Agnieszka Słowińska






Zobacz także