ARCHIWUM Magazynu B&B - zakończył działalność w 2018

Nie chcę podobać się wszystkim

Rozmowa z Vladimirem Viardo, znamienitym amerykańskim pianistą rosyjskiego pochodzenia, na temat jego twórczości, trudów życia za granicą, w podróży i jego związków z Polską.

Business&Beauty: Jak rozpoczął pan swoją muzyczną edukację? Czy było to powołanie, przypadek, konieczność?

Vladimir Viardo: Gdy miałem 6 lat, pojawiła się w moim życiu babcia. Przedtem odbywała karę dziesięciu lat pozbawienia wolności w stalinowskim więzieniu, za sprawy polityczne. Na drugi dzień po swoim przybyciu posadziła mnie przy fortepianie i kazała grać. Babcia pochodziła z arystokratycznego rodu, była bardzo wymagająca i nie znosiła sprzeciwu. Spędzałem przy fortepianie 4 godziny dziennie. W ogóle nie miałem chęci, ani zapału do gry. Na klawiaturę wylałem mnóstwo łez. Płakałem każdego dnia.

Mamy prawie nie znałem. Pojawiła się, gdy miałem 14 lat i stwierdziła, że moje miasto, Zaporoże, jest dla mnie za małe (obecnie znajduje się tam szkoła muzyczna nazwana moim imieniem). Kupiła mi bilet w jedną stronę do Moskwy. Zadzwoniła do znajomych w stolicy, u których się zatrzymałem. Tak oto mama wysłała mnie „w świat”, w wieku 14 lat.

Najpierw uczęszczałem do szkoły muzycznej, gdzie uczyła Irena Naumowa, żona znanego profesora. Później automatycznie trafiłem pod skrzydła znakomitego profesora Lwa Naumowa i tak zaczęła się moja prawdziwa przygoda z muzyką.

Jak zaczęła się pana światowa kariera?

Pierwszy ważny konkurs, w jakim wziąłem udział, odbył się w Paryżu. Otrzymałem nagrodę specjalną, zająłem 3 miejsce. W Związku Radzieckim panowała taka zasada, że ten, kto zdobył pierwsze miejsce, nie był już wysyłany na kolejne konkursy, aby dać szansę innym. Dzięki temu, że stałem na podium, ale nie zająłem pierwszego miejsca, mogłem dalej uczestniczyć w zagranicznych występach. Miałem wówczas 23 lata. Wyjechałem do Stanów Zjednoczonych na konkurs Van Kliberna. Zasadą jest, że każdy z uczestników mieszka w rodzinie, związanej z klibernowskim konkursem. Ja zostałem umieszczony w domu pani prezes organizującej konkurs. Wybrała mnie spośród innych uczestników, ponieważ najmarniej wyglądałem na zdjęciu. Ta kobieta, bardzo bogata, pomagała mi przez całe życie i jest dla mnie jak rodzina.

Do 1975 roku jeździłem po całym świecie, ale zaczęło ze mną jeździć także KGB. Chcieli mnie zwerbować. Po odmowie współpracy zostałem umieszczony na liście tzw. „niewyjeżdżających za granicę”. Takich jak ja było więcej, np. Richter, czy siedzący z nami Vadim Brodski. Dostałem zakaz wyjazdu ze Związku Radzieckiego na 11 lat. (…)

Rozmowę przeprowadziła i przetłumaczyła z języka rosyjskiego Serafina Ogończyk-Mąkowska

 

Całość wywiadu można przeczytać w drukowanej wersji magazynu Business&Beauty, dostępnej w sieci Empik na terenie całego kraju.

 

Business&Beauty Magazyn