Na wyciągnięcie ręki

Czerwiec, 2012 | Tagi:  , , ,    




Sprawy tego świata zazwyczaj są bardziej skomplikowane niż się z pozoru wydają, i jak się porządnie zastanowić, większości z nich szary człowiek swoim rozumkiem nie ogarnia. Ot, czas wolny chociażby – jakie to proste, myślisz, mam wolne, to film obejrzę albo wyskoczę z żoną za miasto z rowerkami na dachu czterech kółek. I tu zaczynają się schody, bo żona ma jednak inne plany, a i ty po chwili zaczynasz analizować: może jednak nie film, a… nooo właśnie!

Zaczynasz kalkulować, ile właściwie masz tego „wolnego” i czy może lepiej skorzystać z jednej ze wspaniałych ofert, którymi otoczony jesteś jak woalką, czy raczej (adekwatniej!) – siecią. I nawet nie wiesz, że właśnie złapałeś haczyk i już prawie jesteś złowiony przez… przemysły czasu wolnego. Kompleks basenów do nurkowania głębinowego, dwie ściany wspinaczkowe, ekspozycja muzealna – trzy w jednym, i to w jakże wspaniałym hotelu! A ofert podobnego typu masz na wyciągnięcie ręki dwie setki (i nie mówię tu wcale o sięganiu po kieliszek). Jesteś kreatywnym, świadomym uczestnikiem demokratycznej społeczności, w dodatku, jeśli masz pieniądze, możesz kupić w pakiecie wszystko, co lubisz – więc z pewnością dokonasz znakomitego wyboru. I nie musisz wiedzieć, że istnieje jakaś definicja czasu wolnego (i to niejedna!), że pisze się na ten temat rozprawy i prace doktorskie oraz przeprowadza całą masę socjologicznych sondaży.

Czas wolny, Drogi Czytelniku i Szanowna Czytelniczko (która właśnie planujesz, jak nakłonić partnera na jeden z najmodniejszych sportów ekstremalnych: bungee jumping, dream jumping, kitesurfing, zorbing – niepotrzebne skreślić), to sprawa, która spędza sen z powiek specom od przemysłów czasu wolnego. Oni myślą o tym, jak na wielkoprzemysłowej klasie wypoczywającej zarobić. I im właśnie wszystkie te definicje i precyzyjne wyszczególnienia są potrzebne. Wy oboje, każde z was z osobna, jak i każde z was z gromadką dzieci w pakiecie jesteście ich klientami, i to coraz częściej zadowolonymi. Niepotrzebna wam wiedza, że są 3 typy czasu wolnego: krótki czas wolny – w trakcie dnia codziennego, średni czas wolny – w ramach weekendu, oraz długi czas wolny – wakacyjno-urlopowy. I że zajęcia czasu wolnego dzieli się na czynne i bierne, odtwórcze lub kreatywne; a według kryterium miejsca – na mieszkanie, bliskie otoczenie lub odległy rejon.

Reasumując: przemysły czasu wolnego w całej swej różnorodności mają jeden cel zasadniczy – zarobić na twoich potrzebach, dostarczając ci takiej satysfakcji, byś zamienił się w powracający do proponowanych usług bumerang.

A jeszcze całkiem niedawno problem czasu wolnego spędzał sen z oczu przedstawicielom zupełnie innych instancji i instytucji: członkom Komitetu Centralnego PZPR oraz odpowiedzialnym za kulturę jednostkom władz wojewódzkich, powiatowych, gminnych, zakładowych… Czas wolny obywatela był jednym z zasadniczych elementów ładu i spokoju w socjalistycznej ojczyźnie, a tym samym ważnym zadaniem dla oddziałów i ogniw PZPR. Obywatel o niezagospodarowanym czasie wolnym stanowił potencjalne zagrożenie – mógł rozmyślać, rozważać, porównywać, a i wnioski jakieś przy okazji wyciągać. Do takiej samowoli władza dopuścić w żadnym wypadku nie mogła. A obywatel… cóż – korzystał sobie z wczasów pracowniczych (z nieodłącznym pracownikiem do zadań kulturalno-oświatowych, zwanym kaowcem), z wyjazdów na narty do zakładowych ośrodków wczasowych, z wycieczek pracowniczych (dziś zwanych wyjazdami integracyjnymi). I darmowy lub półdarmowy bilecik na przedstawienie teatralne otrzymywał, bo o przemysłach zarabiających na czasie wolnym nikt nie myślał, przeciwnie – poprzez fundusz socjalny zakład pracy finansował czas wolny pracownika, a że z powodów, hmm, politycznych…? Czy to był teatr prawdziwy, czy jego namiastka w zakładowym domu kultury, np. w Ząbkowicach Śląskich, to już inna kwestia. Jak i to, czy obywatel z biletu skorzystał. Wybór miał. Choć oferta najciekawsza, np. wczasy w Bułgarii, była tylko dla wybranych – tych, co deklarację przynależności raczyli wypełnić.

Dziś też mamy wybór i to daleko większy, tyle że to nie przynależność partyjna decyduje o wyborze, a zasobność portfela. A komu przyszło korzystać z dobrodziejstw obu następujących po sobie epok, wspomni sobie z nostalgią lata 50. ubiegłego wieku i jazdę na twardej ławeczce pod plandeką samochodu Star, który wiózł pracowników PGR z małej wielkopolskiej wioski do Opery Poznańskiej na występy zespołu „Mazowsze”. Zespół o międzynarodowej sławie wnosił w socjalistyczne życie, prócz klimatów ojczyźnianych, czar dalekiego świata Polonii – jakże wtedy odległego!

ilustr. Aneta Grętkiewicz

Inka Walkowiak

Ilustr. Aneta Grętkiewicz