Na morzu się nie kurzy

Czerwiec, 2012 | Tagi:  , , ,    




czyli dlaczego żeglarstwo to najlepszy sposób na turystykę

Miałem chyba ze dwanaście lat i uwielbiałem poruszać się różnymi pojazdami. Uwielbiam też wodę. Wtedy spróbowałem sterowania dużą łódką treningową klasy DZ i wsiąkłem. To było to.

 

Najtrudniej jest w zimie. Bo z jednej strony narty touringowe zapewniają trochę odskoczni od codziennej walki z WBS-ami [struktura podziału pracy – jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat, przeczytaj artykuł autora o zarządzaniu projektami w dziale Alfabet menedżera – red.], raportami w prowadzonych projektach, a z drugiej strony tęskni się za morzem. Jest taki charakterystyczny moment, który bardzo lubię. Oddajemy cumy. Potem czujne manewrowanie w porcie. Jeszcze chwila, i tuż za główkami portu pierwsze fale zaczynają bujać pokładem. Pachnie morzem. Stawiamy żagle i po kilku minutach można wyłączyć silnik. Cisza i szum wiatru. Czuję, że jestem w domu!

Nieoczekiwane skutki Kapitanozy

Miałem chyba ze dwanaście lat i uwielbiałem poruszać się różnymi pojazdami. Uwielbiam też wodę. Wtedy spróbowałem sterowania dużą łódką treningową klasy DZ i wsiąkłem. To było to. Niestety, natknąłem się na kiepskich nauczycieli – coś, co nazywam Wysoką Kapitanozą – najłatwiej jest drzeć się na kogoś i w ten sposób przekazywać informację, że coś jest nie tak. Oczywiście, co jest nie tak, ani jak to poprawić, nigdy nie zostało przekazane – nikt nie miał więc szansy się nauczyć. To mnie odrzuciło od żeglarstwa, tym bardziej, że przestaliśmy spędzać wakacje na Mazurach. I być może łaziłbym na nartach, wspinał się, ale… wizyta na Darze Pomorza szesnaście lat później poruszyła jakąś zapomnianą strunę. Ech, gdyby nie ta Jaśnie Wysoka Kapitanoza…

Gdybym nie opowiedział o tym wszystkim mojemu przyjacielowi, to pewnie nic by z tych moich zapomnianych strun nie wynikło. Okazało się, że Tomek prowadzi szkołę żeglarską, inspirowaną systemem brytyjskim i korzystającą z najlepszych doświadczeń metody harcerskiej. Okazało się też, że: „to wstyd, chłopie, żeby w wieku 28 lat patentu nie mieć”.

Bardzo szybko nadrobiłem to niedopatrzenie. A dzięki Secundis Ventis (z łac.: pomyślne wiatry) – metaforycznie i w rzeczywistości, bo tak się nazywa szkoła żeglarska, która mnie wyszkoliła i z którą potem współpracowałem jako instruktor – szybko przeniosłem się na morze.

Pamiętam dobrze pierwszy morski rejs. Zawisza Czarny stał przycumowany w Gdyńskim Basenie Prezydenta. Jak zawsze wzbudzał zainteresowanie turystów.
– Przepraszam, ja służbowo na statek – zażartowałem, uginając się pod torbą z milionem ciuchów (nie wiedziałem jeszcze wtedy, co wystarczy zabrać).
– Dobry żart – odpowiedział Pewien Pan, nie przesuwając się ani o milimetr.
– Ale ja naprawdę służbowo… – nalegałem. A oprócz przejścia do bramki z napisem „Crew only” zobaczyłem jego zazdrość przez wielkie Z. Parę godzin później wiedziałem dlaczego.

s/y Kapitan Borchardt / fot. Michał Brennek, geographica.pl

Żaglowce i wycieczkowce

Pływanie na żaglowcu jest czymś absolutnie wyjątkowym. Sama skala statku, napędzanego przecież wiatrem, i to, jak wszystkie jego elementy współgrają ze sobą, jest arcyciekawa. Oprócz tego żeglowanie jest genialną i tanią metodą na turystykę. Najtańszy i najlepszy hotel jest na jachcie, a wiele europejskich stolic można zwiedzić w niespotykany sposób, jeżeli tylko odwiedzi się je od strony wody. Zawsze mnie to zastanawiało, dlaczego tak mało ludzi w Polsce uprawia żeglarstwo morskie? Może barierą jest strach przed chorobą morską? Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo sam nie choruję. Zwykle przy wietrze o sile ośmiu stopni Beauforta zabieram się do gotowania czegoś dobrego dla załogi, która, jeżeli choruje, to „musi jeść przez rozum” – nawet jeżeli miałoby dojść do trepanacji czaszki. Dobra wiadomość jest taka, że choroba morska mija po około dwóch dniach, jeżeli się nie poddajemy, staramy się jeść i pijemy dużo wody. W ostateczności są specjalne pastylki na tę przypadłość.

Rozmawiałem niedawno z osobą, która bardzo lubi pływać wielkimi statkami wycieczkowymi. Głównym powodem takiego wyboru jest po prostu wygoda. Taki hotel na wodzie nie wymaga od klienta żadnego wkładu pracy, poza odpowiednio zasobną kartą kredytową. Wielki statek jest wyposażony w specjalne stabilizatory, więc płynie „po równym morzu” – ryzyko choroby jest minimalne. Gdy płynie się jachtem, trzeba pomagać w jego prowadzeniu, sprzątać i gotować. Na żaglowcach trzeba czasem wejść wysoko na reje, co podczas złej pogody jest wyzwaniem (oczywiście nie wszyscy muszą, można z tego zrezygnować). W nagrodę otrzymujemy poczucie wspólnoty i satysfakcję z pokonania trudności (to właśnie dlatego wiele firm realizuje program budowania zespołów czy szkolenia liderów na żaglowcach). Mamy też co opowiadać!

Egzotyka? W głębi lądu

Uczestnicy rejsów wycieczkowcami płacą też słono za swoją wygodę. Każdy z nich może zjeść standardowe kontynentalne śniadanie w jednej z kilku (kilkunastu) standardowych restauracji. Kiedy przypłyną do portu, każdy z nich będzie mógł uczestniczyć w jednej z kilku standardowych wycieczek. Oczywiście, produkt jest powtarzalny i nie zawiera ryzyka. Przyjazd wielkiego wycieczkowca jest bardzo ożywczy dla ekonomii portowych miast… Tylko dla której ekonomii? Bo z pokładu jachtu wygląda to następująco: kiedy do cichego portowego miasta wpływa statek wycieczkowy, na ulicach roi się od sprzedawców turystycznej papki. Można kupić „standardową pamiątkę państwową numer 41 i 42”, ale już najlepszych melonów od pana Gonzalesa nie. Bo tak jak dawne majorkańskie miasta były budowane w głębi lądu dla ochrony przed napadami piratów, tak prawdziwe oblicze miejsca jest chowane w głębi lądu. Wraca na portowe nabrzeża, gdy wielkie statki odpłyną. Wtedy można się dowiedzieć, gdzie są najlepsze melony, gdzie kupić świeże krewetki na kolację, albo że tuż za rogiem sprzedaje się świeżo paloną, ekologiczną kawę z La Palmy. To rozmawiając z rybakami dowiesz się, gdzie są najlepsze rybne restauracje, którym Michelin mógłby sprzątać ze stołu swoimi gwiazdkami. Tego nie spróbują nigdy klienci wielkich wycieczkowców – to jest właśnie największa cena, jaką płacą ich pasażerowie.

Tobago Cays / fot. Michał Brennek, geographica.pl

Gwiazdy nad oceanem

Z przyjemnością obserwuję jednak, że coraz więcej osób przełamuje swoje obawy i dołącza do różnych załóg. To wolność, jaką daje jacht, możliwość nauczenia się czegoś dzięki samodzielnej żegludze i niespotykane miejsca, których można dosięgnąć tylko z pokładu jachtu ciągną coraz więcej osób na morze. A niewygody? Cóż, jeżeli przyjdzie płynąć nocą, wynagrodzą nam to gwiazdy. Takiego nieba, jak na morzu, nie ma nigdzie. Brak zanieczyszczenia światłem sprawia, że gwiazdy wydają się na wyciągnięcie ręki. A jeżeli płyniemy po ciepłych wodach, ślad, jaki zostawia za sobą jacht, także będzie świecił, za sprawą fosforyzującego planktonu. Jeżeli pogoda będzie zła, wynagrodzą nam to opowieści, które ze sobą przywieziemy. To jest inny rodzaj luksusu – taki który wymaga wysiłku, a wynagradza w przeżyciach.

W 2010 roku zachorowałem ciężko na Arktykę. Nic w tym dziwnego, skoro na półce w moim rodzinnym domu stały książki o Nansenie, czy o polskich jachtach, które jako pierwsze były tam daleko na północy. Zachorowałem ciężko także z tego powodu, że Arktyka bardzo szybko się zmienia z powodu globalnego ocieplenia. Jedynym lekarstwem był rejs.

Żeglarstwo ekspedycyjne jest trochę innym sportem. Każda wyprawa musi być mocno przemyślana. Każdy jacht i każdy człowiek na nim musi mieć dużą autonomię (czyli zdolność do radzenia sobie w każdej sytuacji bez pomocy z zewnątrz). W nagrodę odkrywa się w sobie niesamowite rzeczy. Na przykład ja dostaję gorączki polarnej. Kiedy jest dzień polarny, potrafię pracować jak nakręcony przez dwa dni i jedną noc, bez uczucia zmęczenia, a potem padam jak zabity.

W 2010 roku na Svalbardzie odkryłem Ciszę Absolutną. Kiedy odejdzie się parę kilometrów w głąb lądu, i nie słuchać ani szumu fal, ani ptaków morskich, w tym dzikim miejscu naprawdę nic nie zakłóca ciszy. No, może poza odgłosami własnego organizmu – do dziś się zastanawiam, czy szum, który słyszałem, to były odgłosy mojego układu krążenia? To na Svalbardzie spotkaliśmy wspaniałych, serdecznych ludzi, którzy od pierwszego uściśnięcia dłoni traktowali nas jak przyjaciół. To tam usłyszeliśmy magiczne historie o życiu w Arktyce.

Małym jachtem dotarliśmy w miejsca, do których nie można by dotrzeć żadnym innym środkiem transportu. A poznani ludzie przywrócili nam wiarę to, że uścisk dłoni jest czymś więcej, niż tylko gestem. Może dlatego w tym roku ruszam znów na Spitsbergen z wyprawą Marty Sziłajtis-Obiegło (najmłodsza Polka, która opłynęła kulę ziemską) – zwyczajnie naładować akumulatory i docenić, jak piękne są drzewa (w Arktyce nie występują, a jak się okazuje, bardzo szybko zaczyna się za nimi tęsknić).

Jeszcze innym skarbem północy jest niezakłócony kontakt z przyrodą. To zresztą jest udziałem wszystkich żeglarzy, poruszamy się w końcu dzięki temu, że wieje wiatr. Chodzi mi raczej o to, że kiedy nadchodzi sztorm, trzeba sobie poradzić, nie można schować się w domu i przeczekać. W zamian za to z urlopu wracamy uzbrojeni w przekonanie, że skoro daliśmy radę, to wszystko, czego się podejmiemy, uda się. Cytując Bronisława Miazgowskiego: „Pływałem pod prąd, żeglowałem pod wiatr, przeto wierzę w rzeczy niemożliwe”.

fot. Michał Brennek, geographica.pl

Mam jeszcze jeden osobisty powód do żeglowania. Otóż, na morzu się nie kurzy… Mam na myśli wszelkie pyłki. Wystarczy oddalić się kilkaset metrów od brzegu, a wszelakie objawy mojej alergii znikają. A może tylko tak mi się wydaje? Może po prostu zamiast krwi mam w żyłach słoną wodę i zwyczajnie mnie ciągnie na morze?

 

Kpt Michał Brennek

Fotografie autora