MultiKulti: opowieść z Jedwabnego Szlaku

Kwiecień, 2012 | Tagi:  , ,    




MultiKulti to niewielkie, rodzinne przedsięwzięcie, które powstało po to, żebyśmy mogli robić to, co kochamy. Podróżować. I przywozić unikatową, etniczną biżuterię”. O swoim pomyśle na życie opowiada Anna Kaszkin, która wraz z Maciejem Twarogowskim prowadzi sklep internetowy z egzotyczną biżuterią i tkaninami.

 

Wszystko zaczęło się w Indiach. Początki MultiKulti nie były jednak tak spektakularne, jak niemal wszystko w tym kraju. Inspiracją stała się bowiem nie oszałamiająca kolekcja złota i klejnotów maharadży z Dżajpuru, ale jedna bransoletka z korala, kupiona w jakimś małym miasteczku…

Podczas kilkutygodniowej podróży po Indiach naprawdę trudno nie zarazić się kolorami, zapachami, całym tym codziennym blichtrem, który otacza, wręcz wchłania podróżnika. Kobiety ubrane w kolorowe sari wykończone złotymi nićmi, tanie, plastikowe bransoletki we wszystkich odcieniach tęczy, kolczyki ze złota w nosach i uszach… Choćby nie miały nic poza tym, co noszą na sobie, Hinduski wyglądają jak królowe ubrane w kolory. Doprawdy, trudno się im oprzeć – zapadają w pamięć i mieszkają gdzieś w podświadomości jeszcze przez długi czas po powrocie.

A powrót do szarej rzeczywistości postanowiłam sobie umilić… zakupami. Buszowałam po internecie w poszukiwaniu kamieni i srebra. Zaraziłam się! Do domu zaczęły przychodzić paczki z zamówionymi skarbami. Turkusy, korale, agaty, jaspisy, ametysty. Robiłam bransoletki – takie, które pasowały do tej kupionej w Indiach. Potem naszyjnik dla siebie, naszyjnik męski, męską bransoletkę. Obdarowywałam rodzinę. Koleżanki zaczęły pytać, ile kosztuje to czy tamto. Wymyśliłam nazwę MultiKulti, założyłam blog, publikowałam na nim zdjęcia z podróży i biżuterię. Zaczęły przychodzić maile z pytaniami: „gdzie to można kupić?”.

Już wtedy myślałam o kursach jubilerskich, w głowie miałam kolczyki, wisiory, pierścionki – wzory inspirowane Orientem. Jest to marzenie wciąż niezrealizowane, bo zawsze brakowało czasu. Technika, którą stosuję, jest bardzo popularna; można nawet powiedzieć, że dziś „wszyscy robią biżuterię”. Fakt, żeby zrobić bransoletkę, nie potrzeba wielkiej filozofii. Ale żeby ta bransoletka się wyróżniała – to co innego.

Z kolejnych podróży (w które wyruszamy razem, ja i mój życiowy towarzysz) przywoziliśmy nowe kamienie, wisiory, drobne srebrne elementy, stare ozdoby z ubrań, z których później mogłam robić niepowtarzalną biżuterię. Jednak kupowanie srebra i kamieni to drogie hobby. W końcu powstał pomysł – zakładamy sklep internetowy. Chcieliśmy podróżować, przywozić biżuterię i ozdoby do wnętrz, z czasem być może otworzyć mały butik.

Wybór asortymentu sklepu nie jest przypadkowy. Jest bardzo osobisty, nie ma tu nic, co by nam się naprawdę nie podobało. Sama jestem uzależniona od biżuterii, zwłaszcza od kolczyków – muszą być duże, srebrne, najczęściej w stylu etno.

Druga moja słabość, to tkaniny. Z Indii przywiozłam oryginalne, niezwykle strojne, kobiece ubrania z Gudźaratu i kilka sztuk sari; z Maroka dywanik berberyjski wyszywany cekinami, kupiony u rodziny, w której trzy pokolenia zajmują się tkaniem dywanów; ścianę w pokoju zdobi ogromne, stare, ręcznie haftowane uzbeckie suzani, a na sofie leżą poduszki z jedwabnego ikatu. I takie rzeczy można kupić w MultiKulti. Suzani cieszy się coraz większą popularnością. Na początku przywieźliśmy kilka sztuk, które dość długo czekały na nabywców; kolejna dostawa rozeszła się znacznie szybciej i czas jechać po następne. Mamy też ozdobne poduszki i beduińskie kilimy.

Zastanawiamy się, co jeszcze możemy przywozić.

Poduszki ręcznie haftowane – suzani i jedwabny ikat (fot. www.multi-kulti.pl)

Dość istotnym szczegółem, który ma wpływ na to, co znajdzie się w MultiKulti, jest nasz sposób podróżowania. Nie zamawiamy towaru w hurtowniach i nie ładujemy go na statek. Wyruszamy w podróż na własną rękę, często mając jedynie bilet na samolot i adres jakiegoś (niedrogiego) hotelu na miejscu. Potem sporo się przemieszczamy, najczęściej lokalnymi środkami transportu, i po drodze wyszukujemy rzeczy do sklepu. Tylko tak możemy naprawdę realizować nasze założenie – przede wszystkim podróż! Jesienią po raz pierwszy w swoją wyprawę z MultiKulti wyruszyła też nasza – wówczas 8-miesięczna – córeczka Nina.

Zwykle dobrze wiemy, co konkretnie chcemy kupić. Szukając w Maroku berberyjskiej biżuterii, pojechaliśmy w góry Atlasu, do maleńkiej mieściny Imilchil, w której raz do roku odbywa się wielkie święto – Mussem. Jest to jednocześnie dzień zakochanych, w czasie którego urządzane są berberyjskie śluby, i wielki targ, na którym można się zaopatrzyć we wszystko – od wielbłądów i owiec, przez namioty, sznury i koce, po śrubki, biżuterię i ubrania. Targu dobijaliśmy pod małym, potarganym namiotem, pijąc słodką miętową herbatę.

 

Zdarzają się też drobne rozczarowania. W Syrii i Jordanii długo szukaliśmy specyficznego, beduińskiego amuletu zwanego hirz. To charakterystyczna ozdoba w kształcie walca, pusta w środku, ozdobiona często chwostami czy frędzelkami, do której można coś włożyć. Najczęściej nosiły ją kobiety w Omanie i Jemenie, ale także w Syrii i Egipcie. Różne źródła podają różne wersje, co takiego kryły wisiory. Według jednych – wersety z Koranu lub Tory, w zależności od wyznania właścicielki. Według innych do środka nalewano rtęć, która miała mieć również ochronne właściwości. Po długim czasie, gdzieś w bocznej uliczce małego suku w Aleppo, znaleźliśmy dosłownie kilka sztuk – niewielkich, nadgryzionych zębem czasu amuletów. W Damaszku za to oglądaliśmy sporo ładnych wisiorów wysadzanych kamieniami, ale, co nas zaskoczyło, wszyscy mieli prawie to samo! W końcu od jednego ze sprzedawców dowiedzieliśmy się, że niemal wszystkich handlarzy zaopatruje tu jeden czy dwóch dostawców, którzy biorą swój towar z fabryki w… Tajlandii, ewentualnie z Indii. Globalizacja! Nic więc dziwnego, że sprzedawca, u którego znaleźliśmy tych kilka starych, sponiewieranych hirzów, wycenił je drożej od srebrnych ozdób prosto z taśmy gdzieś w Tajlandii. Także dla nas te zdobycze mają większą wartość – nikt ich już dziś nie robi, mało kto je nosi, w pewnym sensie ratujemy je od zapomnienia i zakurzenia.

Hirz, fot. www.multi-kulti.pl

Niełatwo było także zdobyć biżuterię z Turkmenistanu. O tym, co robią rzemieślnicy-artyści z Azji Środkowej naczytałam się i naoglądałam wcześniej sporo. Wiedziałam, czym charakteryzuje się biżuteria plemienia Tekke, a czym ta z plemienia Ersari. Podobały mi się zwłaszcza wisiory – amulety zwane asyk, w kształcie grotu strzały, czasem złocone, ozdabiane kamieniami. Był tylko jeden problem: do Turkmenistanu właściwie nie sposób się dostać. Udało się inaczej. W czasie podróży po Bliskim Wschodzie, poznaliśmy rodzinę Turkmenów. Zupełnym przypadkiem okazało się, że handlują oni… biżuterią. I tak w MultiKulti znalazły się przepiękne wisiory i kolczyki z Turkmenistanu i Kazachstanu.

MultiKulti to jednak nie tylko podróże. Po powrocie do domu zaczyna się druga część pracy, ta bardziej żmudna od poszukiwania wymarzonych skarbów. Wszystkie przywiezione rzeczy trzeba sfotografować, opisać, zdjęcia obrobić i „wrzucić” do sklepu. Nie dzieje się to od razu. Biżuterię, poduszki i tkaniny dodajemy do sklepu stopniowo, urządzając im co kilka dni sesje zdjęciowe. To cały rytuał: biżuteria zawsze fotografowana jest na pięknym tle – tu przydają się przywożone z podróży tkaniny. Cały czas powstaje także nowa biżuteria – bransoletki i naszyjniki z kamieni, wisiorów i etnicznych ozdób.

Amulety: z Kazachstanu, Turkmenistanu, Maroka oraz beduińskie (fot. www.multi-kulti.pl)

Sklep MultiKulti istnieje ponad rok. Nie mówimy o nim „biznes”– to raczej sposób na życie. Rzeczy, które sprzedajemy, to pojedyncze egzemplarze, przedmioty z duszą, unikaty; podobają się osobom, które lubią się wyróżniać oryginalnym stylem. Dlatego nie planujemy wielkiej ekspansji i podboju rynku – bo wtedy nie byłoby to już MultiKulti…

 

Anna Kaszkin
fot. www.multi-kulti.pl