Marchewkowe pole

Grudzień, 2011  |  , , ,    
Grudzień, 2011

Mała szkółka plastyczna w Port Credit.

Spełnienie mojego odwiecznego marzenia, by uczyć cudze dzieci. Moja ulubiona grupa składa się prawie wyłącznie z dziewczynek w wieku od 5 do 9 lat. Dziewczynki naprostowują mi perspektywę, ich mamom zaś perspektywę często naprostowujemy my. Mamy dużo dzieci polskich, mamy więc także ich mamy. Mamy polskie mają tendencje do naprostowywania córek, żeby malowały ładnie, żeby nie wyjeżdżały poza kartkę, żeby słuchały pani. Czasem wypychamy delikatnie, lecz stanowczo taką mamę za drzwi z pouczeniem, że nie po to nam płaci straszne pieniądze, żeby jej dziecko wyszło z pracowni czyste i z ładnym obrazkiem.

Nasze dziewczynki malują autoportret, solidnie, przy lustrze. Każda umieszcza się w ulubionym krajobrazie.

Pięcioletnia Natasha wybiera… marchewkowe pole. W polu, niczym bajkowa wieża, wyrasta gigantyczna marchewka, która służy komuś za mieszkanie. Ten ktoś stoi w oknie u szczytu warzywa. “Czy to krasnoludek?”– pytam. “Nie, to księżniczka” – odpowiada Natasza, jakby to było oczywiste. Wtedy ja zadaję (idiotyczne, przyznaję) pytanie: “A kto ją uratuje?”. Natasha podnosi na mnie zdziwiony wzrok: “Nikt! Ona sobie tu mieszka i nikt jej nie musi ratować!”. Na potwierdzenie Natasha domalowuje przy oknie dymek z oświadczeniem, “IT’S MY CARROT – NATASHA!”. Co za tępak ze mnie.

Mnie, starej feministce, dopiero pięcioletnia Natasha musi uświadomić, że księżniczki tej generacji nie wymagają ratowania, bo same świetnie sobie poradzą na wyboistym, marchewkowym polu. Choć w Kanadzie XXI wieku wściekły róż wciąż jeszcze ma się świetnie w sklepach zabawkowych i z ubraniami dla dziewczynek, a disneyowskie wydepilowane princessy prężą się na półkach w wypożyczalniach filmów, to ich wielbicielki wiedzą, że mają prawo do własnego zagonu z marchewką.

 

Niedawno pod Zgierzem wydarzyła się tragedia. Młoda kobieta, prowadząca samochód, którym wiozła swoje trzyletnie dziecko, wjechała prosto pod nadjeżdżający pociąg. Zginęła na miejscu. Jeszcze się dobrze nie zaczęło śledztwo, jeszcze nie wypowiedzieli się eksperci, czy powodem wypadku była może awaria samochodu, czy też np. zasłabnięcie kierującej, a już prorocy na łączach ruszyli z opiniami pod adresem głupkowatej mamuśki, która beztrosko wjechała pod pociąg, nie zważywszy na bezpieczeństwo własnego dziecka. Oburzona facebookowiczka grzmi: “Już parę razy miałam niebezpieczne sytuacje na drodze przez mamuśki, które zamiast patrzeć przed siebie obracały się do siedzącego z tyłu dziecka, hamowały albo wjeżdżały na przeciwległy pas ruchu… Jakby nie można było znaleźć bezpiecznego miejsca przy drodze, tam się zatrzymać i dopiero tam zająć dzieckiem…” No, ba! Jakby nie można było!

W tej samej wypowiedzi ktoś z uroczą szczerością przyznaje: “Zdarzają się słabsze dni za kierownicą, nogę też mam ciężką, ale są miejsca, w których bezwzględnie uważam”. Ktoś inny wyznaje, że jeździ szybko i agresywnie, ale przez to właśnie bezpiecznie.

A przez Polskę jedzie się jak przez cmentarzysko sponsorowane przez tych z ciężką nogą, których ofiary nie zdążyły dojechać do miejsca, w którym oni zachowują bezwzględne bezpieczeństwo.

Po pierwsze, mamuśka już jest spóźniona do pracy, dziecko jest spóźnione do lekarza, lekarz na mamuśkę nawrzeszczy, i pielęgniarka nawrzeszczy, żeby uspokoiła wrzeszczące dziecko… Zakładając nawet, że znajdzie miejsce przy drodze, to prędzej czy później ktoś ją otrąbi, że blokuje pobocze i oczywiście naraża własne dziecko. Dziecko utraciło już nimb życia poczętego i jako takie przestało interesować krajowy zarząd. Teraz, jako życie narodzone, nad wyraz ruchliwe, ciągle czegoś chcące i wrzeszczące, stało się niepodzielną własnością mamuśki i jako takie najlepiej niech będzie trzymane na uboczu, dokarmiane na poboczu, nie przyprowadzane do lekarza, lokalu, nie wwożone wózkiem do sklepu.

Na tragiczną ironię – w Kanadzie wprowadzono zakaz używania telefonów komórkowych podczas jazdy samochodem po tym, jak rozgadany przez telefon komórkowy tata wjechał pod pociąg, wraz z kilkuletnim dzieckiem.

Polscy tatuśkowie zajmujący się w samochodzie dzieckiem, nadal nie mają okazji dostać w dziób ubłoconą marchewką za spowodowanie karambolu na drodze z tego prostego powodu, że rzadko mają okazję balansowania na granicy rozszczepienia jaźni, jako że to głównie matki są szoferami swoich nielatów. To ciągle one muszą godzić karierę z życiem rodzinnym. Być mistrzyniami prania, gotowania, kupek, zupek, studiów podyplomowych i błyszczących podłóg. To ciągle one, w obsmarkanej garsonce i w dwóch różnych butach, zbierają opierdol za niedyspozycyjność i kąśliwe uwagi za zjeżdżanie na niewłaściwy pas. Nie zapomnę wyznania koleżanki, która opowiadała, że jedyna myśl, jaka jej kołacze w głowie w drodze z pracy, to: „Co zrobić na ten j…y obiad? Niech już się zacznie rok szkolny, to przynajmniej będzie czynna stołówka w szkole”. Ciągle mam nadzieję, że w końcu, w jakimś wywiadzie z rektorem, aktorem, dyrektorem, redaktorem usłyszę pytania: jak godzi pan karierę z życiem rodzinnym, jak znajduje pan równowagę między pracą a praniem, gotowaniem, zajmowaniem się dzieckiem? Czy naprawdę nie żal panu, że nie zobaczy pan pierwszych kroków dzieciątka i nie usłyszy pierwszego gugugaga?

Tatuś z małym dzieckiem to nadal (na całym świecie) obrazek rozczulający i budzący w otoczeniu instynkt niesienia pomocy. Znam facetów załatwiających sprawy “na córeczkę” – spóźnieni z terminami, dedlajnami, zjawiają się po czasie z zakłopotanym uśmiechem na twarzy i słodką trzylatką na ręku. “Spóźnił się pan” – z matczynym napomnieniem zwraca się do niego pani okienkowa. “No, sama pani widzi” – odpiera zarumieniony tatuś, wzrokiem wskazując na upapraną buzię dziecka.

W chwili, gdy piszę ten felieton, w Polsce trwają spekulacje, kto obejmie stanowisko pełnomocnika ds. równego traktowania po Elżbiecie Radziszewskiej, która wyboiste pola marchewkowe zdawała się omijać z daleka.

W Kanadzie mój równy status załatwię sobie z Natashą i jej siedmioletnią siostrą Anastasią, która na swoim autoportrecie ma szerokie ramiona, wysoko uniesiony podbródek i lekko tylko niegramatyczny napis: “Girls Roks!”.

 

 

Ewa Henry

Autorkami autoportretów są Natasha Hryciuk (5) i Anastasia Hryciuk(7)

 







Zobacz także