Kunstkamera czy nowa jakość?

Lipiec, 2011  |  , , , ,    
Lipiec, 2011

„Making money is art, working is art and good business is the best art” – powiedział Andy Warhol („Zarabianie jest sztuką, praca jest sztuką, a dobry biznes jest najlepszą sztuką”). Chyba jednym z najbardziej spektakularnych przykładów zarabiania na sztuce są obecnie muzea (oczywiście te, które potrafią zarabiać). Do XIX wieku muzea miały jasno sformułowany cel – zachowanie kolekcji dla następnych pokoleń – i były miejscami elitarnymi. Po rewolucjach francuskiej i przemysłowej muzeum przestało być domeną elity, a stało się instytucją narodową. Żeby otworzyć się na klasy niższe, musiało porzucić wymóg „przyzwoitego” ubioru, obniżyć ceny biletów, otworzyć się w niedzielę.

Jednak dopiero od niedawna zaczęto na nowo odkrywać prace socjologów – na przykład Maxa Webera, który twierdził, że polem działania relacji ekonomicznych są relacje zakorzenione w kulturze. Równocześnie ekonomia skupia się i zdecydowanie woli zajmować rzeczami, które można konkretnie wycenić. Tymczasem kultura w tym zakresie jest kłopotliwa: cena jest jednym z wielu parametrów jej wartości. Są rzeczy, których po prostu nie da się sprzedać ani kupić za żadne pieniądze. Nikomu by chyba nie przyszło do głowy sprzedać „Straż nocną”, „Damę z łasiczką” albo „Bitwę pod Grunwaldem”.

Popularność „Nocy Muzeów”, czy chociażby szum, jaki wytworzył się wokół – nie szukając daleko – wystawy „Impresjoniści”, świadczy o tym, że popyt na obcowanie ze sztuką i ofertą muzeów jest duży. Można tego rodzaju wydarzenia, mające charakter eventu, przeliczać na pieniądze. Jest to jednak uproszczone spojrzenie na ekonomikę muzeów: zakłada się w nim, że wystarczy zrobić efektowną, wielką wystawę, zbudować miejscowe Bilbao (na przykład w postaci Muzeum Sztuki Nowoczesnej), a w zamian otrzymać coś podobnego – dużo nowych miejsc pracy, tysiące turystów i wszystko, co się z tym wiąże.

W takim myśleniu muzeum jest znakiem firmowym miasta i atrakcją turystyczną. W istocie tym właśnie miało być muzeum Guggenheima w Bilbao. Jego stworzenie miało być sposobem na wyciągnięcie Bilbao z kryzysu, w jaki zapadało to miasto po śmierci generała Franco. Sposób okazał się skuteczny. Tylko w ciągu pierwszych dwóch lat muzeum odwiedziło 250 mln ludzi, z czego 80 proc. przyjechało specjalnie po to, żeby to muzeum zwiedzić. W związku z jego powstaniem utworzono 9 tys. nowych miejsc pracy i bardzo znacząco spadła przestępczość w mieście i jego regionie

W gruncie rzeczy rewitalizacja zaniedbanego regionu odbyła się poprzez budowę efektownego budynku muzealnego. Samo muzeum − z relatywnie przeciętnymi zbiorami i nieciekawymi wystawami czasowymi − stało się miejscem pielgrzymek w sumie nie fanów sztuki, a zwykłych turystów. W ten sposób budynek wzniesiony na potrzeby kultury stał się ikoną miasta.

Podobny charakter mają inne wielkie projekty muzealne – ekspansja Luwru, Wyspa Muzeów w Berlinie, park rozrywki Abu Dhabi. Wszystkie one w pewien sposób zacierają granicę między kulturą a rozrywką i czasem robią to w sposób ryzykowny (oczywiście z ortodoksyjnego punktu widzenia), zmierzając ku efekciarstwu i igrzyskom, oddalając się tym samym od tradycyjnego obcowania ze sztuką. W wymiarze lokalnym to archeologiczne parki rozrywki, parki z plastikowymi dinozaurami itp. Ale nie tylko, bo na świecie widać wyraźny wzrost liczby muzeów prywatnych, a także tych poświęconych historii kraju. To sprowadzenie sztuki wysokiej do rangi prostej rozrywki widać również w 2−3-krotnym spadku frekwencji w muzeach o ciekawych kolekcjach, ale bez wystaw czasowych. Dzisiaj nie wystarczy zatem mieć fascynujące, unikatowe eksponaty, ale trzeba też spełnić mnóstwo innych warunków. Na przykład sama nazwa muzeum musi być intrygująca, ważny jest też rodzaj wystawionych przedmiotów, infrastruktura i udogodnienia dla niepełnosprawnych, i sama architektoniczna bryła muzeum.

Muzeum Guggenheima; fot. wikipedia.org

Czy to jest cofnięcie się w rozwoju, do czasów Kunstkamery, gabinetu osobliwości? Na to pytanie tak naprawdę nikt w tej chwili nie jest w stanie odpowiedzieć. Bruno Frey, szwajcarski ekonomista (ten sam, który twierdzi, że to dobre maniery doprowadziły do tragicznego końca podróżujących Titanikiem Brytyjczyków), zwraca uwagę na to, że muzeum Guggenheima nie wywarło stałego efektu Bilbao. Owszem, stworzyło gospodarkę wokół siebie. Ale nie stało się źródłem nowej gospodarki. Czy to jednak przekreśla rolę muzeum w rozwoju Bilbao i postawieniu go na nogi? Frey jest ekonomistą liberalnym i jego zdaniem zadanie muzeum sztuki polega na dostarczaniu unikatowych usług, a nie na stymulowaniu gospodarki w bezpośredni sposób.

Co z tego wynika dla nas? Dla nas wynika zapewne to, że ekonomia jest między innymi nauką o zarządzaniu ograniczonymi zasobami i lokowaniu tych ograniczonych zasobów w potrzeby, które często są nieograniczone. O podejmowaniu wyborów, co jest pilniejsze i bardziej potrzebne – jeszcze jeden stadion, czy muzeum.

Laura Bakalarska

 







Zobacz także