Kluczem jest czekolada i jej smak

Kwiecień, 2011  |  , , , , ,    
Kwiecień, 2011

Rozmowa z Tomaszem Dembińskim, o tym jak to się stało, że pół roku temu przesiadł się z kierowniczego fotela partnera w dużej agencji reklamowej na krzesło współwłaściciela i Prezesa Zarządu Chocolate Company Polska. O tym jak to się stało, że jego spółka jest wyłącznym przedstawicielem marki w tej części Europy i tworzy sieć sklepów z ręcznie wyrabianą w Holandii czekoladą; o tym jak wygląda rozwijanie własnej marki i o przyjemności świadomego jedzenia.

 

Aleksandra Bartelska: Skąd wziął się pomysł na czekoladę?

 Tomasz Dembiński: Zaczęło się od wyjazdu z przyjaciółką na weekend do Maastricht. To bardzo ładne, ciche miasteczko, idealne do leniwych spacerów. Szliśmy sobie rynkiem i zobaczyliśmy sklep i pijalnię czekolady. Wstąpiliśmy. Zamówiliśmy Hotchocspoon [drewniana łyżeczka wbita w czekoladową kostkę, którą rozpuszcza się w gorącym mleku, charakterystyczny produkt Chocolate Company – dop. red.], potem jeszcze jedną… Po powrocie wspominaliśmy wielokrotnie to miejsce i w pewnym momencie zdecydowaliśmy, że polecimy tam jeszcze raz. Już wtedy zaczęliśmy marzyć o tym, by otworzyć podobne, magiczne miejsce w Polsce. Mieliśmy szczęście, bo w czasie tej drugiej wizyty, w sklepie była jego właścicielka, Miriam Schroeder. Poznaliśmy ją i jej męża – Toussainta Claessensa. Razem prowadzą sklep i manufakturę.

Od kiedy?

Pierwszy sklep Chocolate Company powstał w 2004 roku. Toussaint z zawodu jest kucharzem. Razem z Miriam pracują w biurze, które znajduje się w wytwórni czekolady, ale Toussaint długo nie umie wysiedzieć przy biurku. Często sam zakłada fartuch i ręcznie robi pralinki.

Czy to wtedy wpadł pan na pomysł, by sprzedawać tę czekoladę w Polsce?

Nie, wtedy jeszcze ciężko pracowałem w agencji reklamowej. Miałem zwariowaną, ale stabilną, dobrze płatną pracę, współzarządzałem firmą, wspaniały zespół ludzi… I żadnego powodu, by to zmieniać. Nigdy nie miałem do czynienia ze sprzedażą, kawiarniami, czekoladą ani z branżą spożywczą.

Jednak podczas spotkania z właścicielami Chocolate Company, tak na wszelki wypadek porozmawialiśmy o licencji, możliwości sprzedaży ich czekolady w Polsce. Wróciliśmy do domu z fajnym pomysłem i błyskiem w oku. Minął rok, podczas którego ja cały czas pracowałem w agencji reklamowej, zajęliśmy się swoim życiem. Jednak pomysł na sklep z czekoladą nas męczył i dalej intrygował. Zdecydowaliśmy się kolejny raz odwiedzić Holendrów. W czasie kolejnej wizyty w Kerkrade, rozmowy przybrały już bardziej konkretny obrót. To był pierwszy moment, kiedy zaczęliśmy myśleć o tym jako o biznesie. Zadaliśmy sobie pytanie: co by było, gdybyśmy zaczęli myśleć o tym na poważnie, jako o pomyśle na życie. Z drugiej strony nie chcieliśmy zmieniać naszego życia, wywracać wszystkiego do góry nogami. Z trzeciej strony był strach przed utratą stabilizacji zawodowej i finansowej i przed rzuceniem się na głęboką wodę w biznes, na którym się nie znaliśmy.

Po co to zmieniać.

Ja w każdym razie, wtedy jeszcze, nie chciałem tego zmieniać. Myśleliśmy raczej tak: może potraktować to jako inwestycję, może poszukać lokalizacji, tak na wszelki wypadek, może znajdziemy kogoś, kto się w to bardziej niż my zaangażuje…

I nigdy pan nie miał do czynienia z czekoladą, nie interesował się pan nią nigdy wcześniej?

Nie, poza tym jestem osobą, która bardzo uważa na to, co je. W swoim czasie zrzuciłem 40 kilogramów i od tamtej pory mam nawyk uważnego dobierania produktów, zwracam uwagę na wartości odżywcze, ilość kalorii, no i jakość tego, co jem. Czekoladę lubię i zawsze lubiłem, ale ze względów dietetycznych jadałem wyłącznie ciemną, z dużą zawartością kakao; wybór na naszym rynku takich czekolad wysokiej jakości naprawdę jest niewielki.

A więc istotny okazał się wybór lokalizacji.

Tak, pomyśleliśmy, że ze względu na zwiększenie szans powodzenia biznesu, należy wybrać lokalizację, która sama z siebie zapewni duży ruch ludzi. A więc centrum handlowe. Na pierwszą prezentację poszedłem z termosem z gorącym mlekiem, poprosiłem o kubek i wetknąłem w gorące mleko Hotchocspoon, o tak [Tomasz Dembiński pokazuje]. Wiedziałem, że produkt sam się obroni, ale miałem też dobrze przygotowaną prezentację całego kontekstu. Bardzo przydało się moje doświadczenie wyniesione z agencji reklamowej. Takich prezentacji przygotowałem i poprowadziłem w swoim życiu tysiące. Tylko do tej pory chyba nigdy aż tak się w nią nie zaangażowałem (mam nadzieję, że moi klienci mi wybaczą ten żart). Pomysł tak się spodobał, że od razu zaproponowano nam lokalizację. To był taki przełomowy moment, bo wtedy po raz pierwszy naprawdę pomyślałem: „To się może udać!’”. I nie ukrywam, byłem przerażony. Ponieważ nie miałem w tej branży żadnego doświadczenia, musiałem się do tego poważnie przygotować. Zleciłem więc badania rynku, badania przepływu ludzi – ile ludzi wchodzi do poszczególnych kawiarni, jakie te kawiarnie mają obroty. Bardzo starałem się mądrze przygotować do podjęcia ważnej decyzji biznesowej. Po kilku tygodniach badań doszliśmy do wniosku, że zaproponowana nam lokalizacja nie jest idealna na pierwszy taki punkt w Polsce.

Wtedy odezwałem się do kolejnego centrum, które wypadło nieco lepiej w badaniach – i tu znów otrzymaliśmy natychmiast propozycje lokalu. Wtedy już mieliśmy zaprzyjaźnionych doradców, więcej wiedzieliśmy o rynku i… odrzuciliśmy także tę propozycję. Nie wynikało to z naszej arogancji, a raczej z asekuranctwa, chcieliśmy maksymalnie zminimalizować ryzyko.

Postanowiliśmy uderzyć do galerii handlowej, która ma największy potencjał – do Galerii Mokotów. Jednak wydawało nam się to poza zasięgiem naszych możliwości. Moja przyjaciółka jednak nalegała, pytając mnie co dwa dni przez trzy miesiące, czy skontaktowałem się z Galerią. Znów pojechałem na spotkanie, znowu: termos, czekolada, próbki itd. Pamiętam ten dzień, gdy wyszedłem z Galerii Mokotów, po tym, jak pokazano mi wolny dwupiętrowy lokal [w którym obecnie siedzimy] i pomyślałem, że teraz przede mną kluczowa życiowa decyzja: czy zostawić tę stabilizację, którą zdołałem osiągnąć, czy wybrać coś, co mnie zafascynowało, produkt w którym się zakochałem, otworzyć się na nowe możliwości i rzucić na głęboką wodę.

Bo to był zupełnie szalony pomysł, szczególnie, że zaryzykowałem wszystko, co tylko udało mi się w życiu zgromadzić… Wiele osób patrzyło na mnie z zaciekawieniem, ale i z pewnym politowaniem, mówiąc: „Trzymam za ciebie kciuki, ale ja pieniędzy bym ci nie pożyczył”.

Pojechaliśmy wtedy na wakacje. Odciąłem się od wszystkiego na bardzo ważne dwa tygodnie w moim życiu. To była połowa zeszłego roku, czerwiec, a ja chciałem otworzyć lokal w grudniu, więc czasu było strasznie mało.

I wtedy podjął pan tę decyzję?

Następnego dnia po powrocie z wakacji poszedłem do moich wspólników i powiedziałem im, że zaczynam nowe życie… Wraz z dwójką przyjaciół powołaliśmy spółkę i zająłem się nią na poważnie. Jeszcze przez kilka miesięcy pomagałem w agencji. Przekazywałem powoli swoje obowiązki. I tak naprawdę od września, października dużą część czasu poświęcałem rozwojowi nowej spółki w Polsce. Od września wystartowaliśmy z firmą, zaczęliśmy dystrybuować produkty do różnych, wybranych kawiarni w Warszawie. Nasza marka jest marką premium, dlatego też na początku wybór odpowiednich lokalizacji, w których dostępne są nasze produkty, był bardzo istotny. W Warszawie są to takie miejsca, jak: Między Nami, Przegryź, Jazz Bistro, Figa z Makiem na Saskiej Kępie.

No i zaczęliśmy bardzo intensywne prace nad własnym sklepem. To też nie było takie proste, bo bardzo zależało nam na tym, by to było mocne wejście. Ogłosiliśmy konkurs architektoniczny na wystrój wnętrza (wygrała go architekt Monika Klimek), a później krok po kroku, ciężko pracując, udało nam się stworzyć ten sklep i otworzyliśmy go 22 stycznia. To też jest taki duży ważny punkt w naszym rozwoju, bo zobaczyliśmy, jak to nasze marzenie nabiera realnych kształtów.

A co się dzieje teraz?

 Dla mnie niezwykle ważne jest to, że nasz produkt wywołuje uśmiech i radość. 95 procent osób wychodzących z naszego sklepu jest uśmiechniętych, a to przemiłe i motywuje do pracy. Zwłaszcza po tylu latach pracy w agencji i zmaganiu się z trudem wielkich koncepcji, wielkich kampanii itd. Uwielbiam siedzieć w naszej kawiarni, przy stoliku, gdzie zrobiłem sobie minibiuro, i patrzeć na ludzi, którzy wychodzą zadowoleni – jest to dla mnie bardzo ważne. Teraz zajmujemy się dalszym rozwijaniem biznesu, zarówno tego skierowanego do klientów instytucjonalnych, jak i dalszym rozwijaniem sieci. Od otwarcia pojawiło się też dużo propozycji rozwoju spółki i na pewno będziemy brali je pod uwagę.

Jak konkretnie wyglądają dalsze plany?

 Myślimy o kolejnym otwieraniu własnych punktów i ekspansji do innych miast. Nasz plan jest dość ambitny, chcemy w ciągu 5 lat uruchomić sieć 15 lokali własnych oraz sieć franczyzową. To też będzie ważnym elementem rozwoju firmy.

A co na to Holendrzy, właściciele: Miriam i Toussaint?

Holendrzy są bardzo zadowoleni. Zresztą, okazało się, że nadajemy na tych samych falach i bardzo się z nimi zaprzyjaźniliśmy. Tak jak my, patrzą na swoją firmę nie tylko od strony zadań i celów biznesowych, ale także przez pryzmat dobrej atmosfery i czerpania przyjemności z życia i pracy. Chocolate Company to nadal firma rodzinna, pracuje w niej około 20 osób, a są obecni w trzydziestu kilku krajach na świecie. Nasz sklep w Galerii Mokotów to ósmy sklep na świecie, pierwszy w tej części Europy. Podpisaliśmy z nimi umowę na wyłączność reprezentowania marki w tej części Europy. Holendrzy widzą, że podchodzimy do rozwoju bardzo ambitnie, i to ich cieszy. Raz w miesiącu spotykamy się na spotkaniach biznesowych, omawiamy plany, rozwój, ale i spędzamy czas na wzajemnym poznawaniu się przy dobrym winie. Cieszą się również z naszego doświadczenia komunikacyjnego, to bardzo pomaga w budowaniu marki. A najbardziej pomagają nam ludzie, których spotykamy na swojej drodze i ludzie zatrudnieni w naszej firmie, udało nam się stworzyć bardzo fajny zespół.

Idąc tu do pana zastanawiałam się, czy jest tu taka wielka fontanna z czekoladą…

 Nie ma… i nigdy nie będzie u nas czekoladowej fontanny, bo taka fontanna to jest śmierć dla czekolady – jej jakość staje się dramatyczna. Niech pani sobie wyobrazi smak herbaty, która się cały dzień gotuje, to samo się dzieje z długo podgrzewaną czekoladą. Często przychodzą do nas klienci i pytają, czy jest u nas czekolada w proszku, po rozpuszczeniu gęsta. A my nie stosujemy zagęszczaczy, nie mamy czekolady „ulepszanej” za pomocą budyniu, mąki itp.

Toussaint nie jest cukiernikiem, jest kucharzem. I dlatego też zupełnie inaczej myśli o produktach, o nowych smakach. Do tej pory wymyślił 75 smaków czekolady, i w zasadzie każdy znajdzie coś dla siebie, zarówno konserwatyści, jak i odważni, których nie rażą smaki „pomidory z bazylią”, „wasabi z imbirem” czy „tymianek prażony w miodzie”. Smaki są cały czas rozwijane, a w planach jest pierwszy polski smak, pewnie na jesieni odbędzie się jego inauguracja w Polsce.

Jaki to będzie smak?

 Myślę, że będzie dość charakterystyczny dla Polski. Chcemy włączyć polskich wielbicieli Chocolate Company w jego stworzenie. Szczegóły zdradzimy wkrótce.

Polska jest krajem, który dopiero się uczy, co to jest czekolada, jaka powinna być, co to znaczy czekolada dobrej jakości. Na naszym rynku czekolady zachodnie, popularne często uznawane są za czekoladę premium, podczas gdy wszędzie w Europie są one czekoladami ekonomicznymi. W Warszawie, ponad dwumilionowym mieście, do tej pory był jeden sklep z dobrą, markową czekoladą z całego świata. To jest trochę tak, jak kiedyś było z kawą – wiedzieliśmy, że jest kawa i już. Teraz jest kilkadziesiąt rodzajów kawy na naszym rynku, Polacy wiedzą, jak ją przechowywać, zaparzać, jaki smak i stopień wypalenia lubią, jaki gatunek jest premium.

Czy Polacy mają jakąś kulturę picia czekolady? Czy jest na czym się oprzeć według pana?

 Średnio Polacy spożywają 3,5 kg czekolady rocznie, w Unii Europejskiej to spożycie wynosi 12 kg rocznie. To daje ogromny potencjał do rozwoju, a w dziedzinie edukacji też jest wiele do zrobienia. Mam nadzieję, że już niedługo będziemy prosić w sklepie np. o czekoladę wytworzoną z kakaowca z Ameryki Południowej, bo będziemy lubić właśnie ten, a nie inny charakterystyczny posmak. I nie goryczkę, a posmak, dobra czekolada nie jest gorzka.

Powinna być więc inna nazwa na gorzką czekoladę.

My często nazywamy ciemną czekoladę – pure, ale generalnie posługujemy się rozróżnieniem na czekoladę białą o zawartości ok. 26% kakao, czekoladę mleczną zawierającą 35-50% kakao i czekoladę ciemną – 60-99% zawartości kakao.

Mamy ambitny plan, aby edukować naszych konsumentów i uczyć świadomego jedzenia czekolady. W sklepie Chocolate Company sprzedawca wie, ile kakao jest w każdym produkcie, a jeśli nie wie, może szybko to sprawdzić, bo produkty są dobrze opisane.

Sama forma jedzenia czekolady też powinna być fajna. Dorośli uczyli nas w dzieciństwie, by nie bawić się jedzeniem, a ja zawsze lubiłem bawić się jedzeniem (śmiech). Mamy tak mało przyjemności w życiu!

Chciałam zapytać na koniec o współpracę z Holendrami.

Moim zdaniem Holendrzy mają bardzo zdrowe podejście do wszystkiego, chociaż są tam rzeczy, które zaskakują. Np. na stacji benzynowej nie można kupić alkoholu (śmiech). Holendrzy żyją „na ulicy”, wychodzą często z domu, chodzą do restauracji, a na ulicach jest cała masa uśmiechniętych, zadbanych starszych osób. Holendrzy są śmieszni, dowcipni, fajnie podchodzą do tego, co robią. Nasi partnerzy cały czas rozwiewali nasze wątpliwości i mówili nam: „spróbujcie, naprawdę, spróbujcie” – ten ich spokój, wiara w nas i optymizm bardzo nam pomógł.

 







Zobacz także