Jestem optymistką

Luty, 2011 | Tagi:  , , ,    




wywiad z Zofią Żuk, prezesem „Łuksji” sp. z o.o. w Łukowie (w woj. lubelskim), kanclerzem Loży Siedleckiej Bussines Centre Club, odznaczoną w styczniu 2010 r. Medalem Solidarności Społecznej.

Maria Betleja: Spółdzielnia „Łuksja”, w której jest pani prezesem zarządu, działa nieprzerwanie od 1950 r., a powstała jako Spółdzielnia Inwalidów. Czym zajmowała się w swych początkach, a czym zajmuje się obecnie?

Zofia Żuk: Spółdzielnię założyli 60 lat temu inwalidzi wojenni. Zawsze główną branżą wiodąca była branża odzieżowa. Na początku nie było tak wykwalifikowanych szwaczek i tak dobrych maszyn jakie są teraz, więc produkcja była bardzo prosta – szyto pościel, prześcieradła, bieliznę pościelową, proste fasony bielizny nocnej. Potem, jak już zostałam prezesem, powiększyliśmy asortyment o inne wzory, jak dresy, odzież robocza. Jeszcze później zaczęliśmy szyć spodnie damskie na eksport i realizować coraz trudniejsze zamówienia.
Po ostatnich przekształceniach „Łuksja” jest spółką z o.o. Obecnie mamy najlepsze maszyny odzieżowe, najlepsze szwaczki i szyjemy – głównie na eksport – dla najlepszych firm, takich jak Burberry, MaxMara, czy dla różnych klientów we Francji sprzedających luksusową, butikową odzież. Tak więc są to lata doświadczenia, które owocują.

Ile osób zatrudnia teraz „Łuksja”?

Łuksja zatrudnia obecnie około 240 osób. Jeszcze niedawno pracowników było ponad trzystu, ale kilkanaście miesięcy temu zakład został podzielony, aby sprostać warunkom „średniej firmy” i korzystać z unijnych środków na rozwój. Część pracowników zatrudnia spółdzielnia socjalna „Błysk”, zajmująca się sprzątaniem, oddzielną spółką jest też przychodnia, która dawniej należała do zakładu.

„Łuksja” jest zakładem pracy chronionej, zatrudnia więc sporo osób niepełnosprawnych…

 

70 procent załogi stanowią osoby niepełnosprawne; 20 procent to osoby ze znacznym i umiarkowanym stopniem niepełnosprawności, w tym też i ze schorzeniami psychicznymi. Są pracownicy ze schorzeniami ruchowymi, osoby niedowidzące, niedosłyszące, głuchonieme. Dużo osób ma schorzenia lekkie, co nie znaczy, że są one takie rzeczywiście. Np. padaczka jest kwalifikowana jako lekki stopień niepełnosprawności, a pracownicy nią dotknięci wymagają stałej opieki. Bywa tak, że w czasie pracy taka osoba czuje, że zbliża się atak padaczkowy – trzeba ją wtedy szybko zaprowadzić do przychodni. Jeżeli szybko udzieli się jej pomocy, to albo atak nie nastąpi, albo jest znacznie łagodniejszy niż w przypadku, gdy nie ma żadnej pomocy medycznej.

Zakładała pani Warsztaty Terapii Zajęciowej w Łukowie…

… a teraz bardzo szczycę się tym, że doprowadziłam do założenia Zakładu Aktywności Zawodowej (śmiech).

Odpowiadając na pytanie – tak, Warsztaty Terapii Zajęciowej funkcjonują już prawie 10 lat, mają 40 uczestników. Chętnych jest znacznie więcej, ale brakuje już pomieszczeń i możliwości dofinansowania z PFRON. Warsztaty są podziwiane przez wszystkich gości z zewnątrz (zawsze pokazujemy je naszym kontrahentom, z kraju i z zagranicy), bo wychowankowie tworzą piękne prace, a na zajęciach panuje wspaniały klimat. Nasze dzieci czują się tam cudownie – mówimy „nasze dzieci”, bo choć uczestnicy warsztatów muszą mieć ukończone 18 lat, są to osoby które wymagają dużego wsparcia, z dużym stopniem niepełnosprawności, niektóre z autyzmem. Uczestnictwo w warsztatach rozwija je – jeżdżą na różnego rodzaju wycieczki, również za granicę – teraz byli w Wiedniu, poprzednio w Rzymie; chodzą do sklepu, żeby uczyć się robić zakupy, jeżdżą na lotnisko, żeby zobaczyć jak wyglądają starty samolotów. Uczą się podstawowych spraw, czynności życiowych – jak się ubrać, jak zrobić zakupy, dostają niewielkie kieszonkowe, żeby nauczyć się gospodarowania pieniędzmi. Jest pracownia odzieżowa, stolarska, plastyczna, informatyczna, gdzie każdy ma konkretne zajęcia. Uczą się gospodarstwa domowego, gotowania, a przy okazji mają i trochę zabawy. Warsztaty to taka nasza perełka.

Czy uczestnicy warsztatów to pracownicy zakładu?

Nie, warsztaty nie są dodatkową formą rehabilitacji dla pracowników, działają dla osób potrzebujących spoza zakładu. Generalnie warsztaty są utrzymywane przez PFRON, a prowadzi je Stowarzyszenie „Centrum Przedsiębiorczości, Integracji i Edukacji”. Oczywiście „Łuksja” jako zakład też pomaga – księgowa pomaga w rozliczeniach, ja nadzoruję społecznie jako prezes wspomnianego stowarzyszenia.

A na jakiej zasadzie działa Zakład Aktywności Zawodowej?

Zakład Aktywności Zawodowej (ZAZ) jest to naturalny ciąg dalszy warsztatów – osoby, które tam nauczą się wykonywania pewnych prostych zawodów, nie maja normalnie szans na rynku pracy, szansą jest dla nich jest ZAZ. Jest to jakby wyższy stopień edukacji – jego członkowie nie pracują na cały etat, ale mogą zarabiać bazując na już posiadanych umiejętnościach, mają też na miejscu rehabilitację. PFRON dofinansowuje tę działalność, ale część muszą wypracować sami pracownicy.
Zakład Aktywności Zawodowej może utworzyć tylko samorząd. Zależało mi bardzo na jego powstaniu, więc musiałam poszukać kogoś, kto chciałby go zorganizować. Nie było to proste, rozliczenia z PFRON-em są dość skomplikowane, nie każdy chciał się tego podjąć. Ale znalazłam odważnego – pana Marka Czuba, wójta Stoczka Łukowskiego, który zorganizował Zakład. Był to dopiero trzeci czy czwarty ZAZ w Polsce, więc dopracowanie formalne wymagało wiele pracy. Ale wspólnie razem z wójtem przygotowywaliśmy program tak, żeby był najlepszy. Udało się i ZAZ pracuje już czwarty rok. Działa w branży gastronomicznej, pracownicy przygotowują posiłki pod okiem instruktorów. Gotują wspaniale, z obiadów korzystają wszystkie szkoły w gminie, każdy chętny też może kupić posiłek za kilka zł. Dzięki dofinansowaniu z PFRON te obiady mogą być tańsze, łatwiej je sprzedać. Korzystają z tego np. nasi emeryci.
W Zakładzie Aktywności Zawodowej pracuje około 30 osób, również osoby ze znacznym stopniem niepełnosprawności. Ci, którzy przeszli tam z Warsztatów Terapii Zajęciowej, rozwijają się dalej, zarabiają. Oczywiście, nie wszystkie osoby z warsztatów są w stanie przejść do ZAZ–u, ale ci, którzy mogą pracować, łatwiej odnajdą się w takim zakładzie, niż znajdą zatrudnienie na otwartym rynku pracy.

„Łuksja” otrzymała wiele nagród i wyróżnień – to m.in. Statuetka PFRON, tytuł „Solidny Pracodawca”, certyfikat „Firma z sercem”, nagroda w konkursie „Otwarte bramy dla niepełnosprawnych”. Jakie działania sprawiają, że firma jest tak doceniana? I czy doceniana jest również przez pracowników?

Myślę, że załoga na pewno docenia starania zarządu. W naszej firmie jest bardzo dobry klimat. Nasi pracownicy mają bardzo dobre warunki pracy, nowoczesne maszyny, które zwiększają wydajność i jakość, hale są w całości klimatyzowane. Teraz ze środków unijnych chcemy zbudować nowy zakład, parterowy (obecny budynek jest piętrowy), zapewnić tam automatyczny transport, kupić nową, sterowaną komputerowo maszynę do wykrawania elementów odzieży, żeby pracowników odciążyć od dźwigania ciężkich bel materiału. W obecnym budynku nie pozwalana na to wytrzymałość stropów.
Wszyscy wiedzą, że trudno utrzymać się w branży odzieżowej, w której pracujemy. Nie stać nas na wysokie płace, ale staramy się premiować osoby bardziej wydajne. Innym, zwłaszcza osobom ciężej poszkodowanym, staramy się wynagradzać trud w inny sposób – refundujemy turnusy rehabilitacyjne, zawozimy i przywozimy na nie pracowników. Pracownicy dostają zwrot kosztów za leki czy dodatkowe badania lekarskie. Innym refundujemy np. protezy, specjalne fotele, okulary, aparaty słuchowe. Pomoc jest różnorodna. Myślę, że dzięki temu, nawet przy niewysokich zarobkach, osoby poszkodowane mogą normalnie funkcjonować.
Pracownicy na miejscu korzystają z przychodni, gdzie mamy rehabilitację na wysokim poziomie (kupiliśmy ostatnio komorę do krioterapii). Nasi pracownicy maja pełne zaplecze rehabilitacyjne, z którego korzystają też mieszkańcy Łukowa, gdyż przychodnia ma umowę z NFOZ. Przy przychodni działa fundacja, która też pomaga osobom ciężko poszkodowanym.

Współpracujemy ze Związkiem Głuchych, Związkiem Niewidomych, wspomagamy szkołę specjalną działającą na naszym terenie – te instytucje, które działają na rzecz niepełnosprawnych. Nie mamy na to wiele środków, ale czasem jest to np. wypożyczenie samochodu, czy jakieś niewielkie finanse. Wspieramy cały czas Fundację Dzieciom „Zdążyć z pomocą” – jako zakład, i ja prywatnie. Piszą do nas dzieci z prośbą o pomoc i wysyłają potem wspaniałe podziękowania – kartki, ręcznie robione drobiazgi. To duża satysfakcja dowiedzieć się, że komuś dzięki naszej pomocy udała się rehabilitacja czy zabiegi przyniosły poprawę zdrowia.
Niepełnosprawnym pomaga też stowarzyszenie, które założyliśmy. Stara się ono wspomagać wszystkich zgłaszających się, czy to osoby bezrobotne, czy na emeryturze.

W pracę na rzecz potrzebujących angażuje się pani nie tylko jako prezes spółdzielni, ale i prywatnie. W 2010 roku została pani uhonorowana Medalem Solidarności Społecznej. Czy potrzeba działań na rzecz niepełnosprawnych towarzyszy pani od zawsze, czy zrodziła się na skutek obcowania z takimi osobami w miejscu pracy?

Ja od zawsze lubiłam pracować społecznie. Do „Łuksji” trafiłam przypadkowo, najpierw na stanowisko kierownika, potem zostałam zastępcą prezesa i prezesem. Cały czas miałam takie poczucie, że skoro los rzucił mnie do pracy z niepełnosprawnymi, to widocznie takie moje przeznaczenie i znak, że coś dla tych osób powinnam zrobić więcej. Już jako młoda osoba, 20–letnia (bo na studia poszłam już pracując) działałam na różnych polach, ale im dłużej pracowałam z niepełnosprawnymi, tym bardziej się z nimi zżywałam. Chciałam, żeby w Łukowie i okolicach powstał cały kompleks działań na rzecz niepełnosprawnych, no i powoli to się udaje. Oczywiście to nie tylko moja zasługa, ale staram się uczestniczyć jak mogę. To kompleksowe działanie polega na otaczaniu opieką niepełnosprawnych od przedszkola po start w samodzielne życie. I powolutku udało się to na naszym terenie stworzyć – w powiecie łukowskim jest przedszkole integracyjne, jest szkoła z klasami integracyjnymi, są dwa warsztaty terapii (pierwsze założone były w Stoczku Łukowskim), no i jest Zakład Aktywności Zawodowej.
Czułam, że tak los zrządził – skoro pracuję wśród osób niepełnosprawnych, to powinnam im pomagać. I staram się to robić całe życie. A robię to z wielką przyjemnością! Oczywiście, jak w życiu, bywają ludzie zadowoleni i niezadowoleni, ale jak pójdę do warsztatu i „dzieci” cieszą się na mój widok, podbiegają, przytulają się – to ta radość wystarczy za wszystkie trudy.

Z prywatnych środków finansuje pani koszty kształcenia oraz pobyt w internacie dwojga boliwijskich dzieci. Co spowodowało, że zajęła się pani ich opieką, dlaczego akurat tego rejonu świata i akurat tych dzieci?

Te dzieci mieszkają i kształcą się w Boliwii, w internacie wybudowanym i prowadzonym przez polskiego księdza pochodzącego z Łukowa, Tomasza Dudę. Ksiądz Tomasz będąc w Polsce na wakacjach opowiadał dużo o losie boliwijskich dzieci, wśród których wiele jest samotnych, opuszczonych przez rodziców. Za 50 dolarów takie dziecko ma utrzymanie w internacie i naukę przez cały miesiąc. Ksiądz Tomasz czuwa nad wykorzystywaniem tych środków, przysyła na bieżąco informację o dziecku. Wzięłam pod opiekę dwoje dzieci; gdy jedno kończy szkołę, płacę na następne.

Należy pani do pokolenia, którego spora część życia przypadała na czasy PRL, i które nagle musiało przestawić się na pracę w zupełnie innych warunkach gospodarczych. Nie każdy potrafił sobie z tym poradzić; pani świetnie odnalazła się w tym nowym systemie. Jakie cechy pozwoliły pani odnieść sukces?

Bo ja jestem taką osobą, która lubi nowości. Bardzo! Jak tylko się dowiedziałam, ze ktoś tworzy warsztaty – to dlaczego nie my? ZAZ–y – tak samo.

Ale znalazła też pani dobrych klientów, zagranicznych.

Dla mnie nigdy nie było rzeczy niemożliwych. Niedawno przekształcaliśmy się w spółkę z o.o. – udziałowcy w spółdzielni zostali udziałowcami spółki. Ta zmiana była konieczna, żeby lepiej wykorzystać fundusze unijne; jako nowy podmiot na rynku mogliśmy składać wniosek od razu, inaczej musielibyśmy czekać dwa lata jako średnia firma. Spieszyliśmy się, bo wnioski miały być przyjmowane do grudnia ub. roku. Gdy rozmawiałam z pracownikami – mieli teraz być udziałowcami spółki zamiast spółdzielni – pytali, czy ja będę prezesem. Gdy usłyszeli, że tak, mówili: „no to się o nic nie martwimy, skoro pani uważa, że tak będzie dobrze”. Okazało się, że przez te lata zdobyłam duże zaufanie.

Zawsze staram się trzymać rękę na pulsie, czytać co się zmienia, lubię nowości. Jak ukazała się nowa maszyna do przyszywania guzików, to ją kupiliśmy. Teraz buduję zakład, żeby kupić nową maszynę (śmiech). Nigdy nie byłam pesymistką. Kiedyś, w tym okresie przemian, przyjechała do nas pewna pani z potencjalnym klientem, Duńczykiem (zabiegałam wtedy o kontakty, bo szyliśmy dresy na eksport), i mówi: „Wszędzie taki marazm, ludzie przygnębieni, zakłady upadają – przyjeżdżamy do pani, a u pani ludzie uśmiechnięci, szwaczki ubrane w piękne białe bluzeczki, pani tryska energią…wszędzie pesymizm, a u pani pięknie, elegancko”. I ten klient u nas został, kilka lat szyliśmy dla niego.
A skąd bluzeczki – była taka sytuacja, że zostało nam 200 białych bluzek, których klient nie odebrał. Gdy przyjeżdżali kontrahenci, panie z załogi zakładały te bluzki zamiast fartuszków.

Życie mnie nauczyło, żeby nie liczyć na nikogo, tylko na siebie, nie martwić się, działać, a trudności są po to, żeby je pokonywać. W latach 90, żeby rozkręcić produkcję eksportową i lepsze asortymenty, okazała się niezbędna rozbudowa zakładu – bo konieczne było zapewnienie transportu dla żakietów, nowe maszyny do szycia i prasowania. Ludzie z zewnątrz utyskiwali: „wszyscy się zamykają, a pani się buduje? Pani też zbankrutuje!” Ale się pobudowałam i nie zbankrutowałam (śmiech). Zbudowaliśmy wtedy nowe skrzydło, w którym na parterze jest piękna przychodnia, a wykorzystaliśmy pieniądze z PFRON-u, bo były takie możliwości. Na piętro zaciągnęliśmy kredyt, który już kończymy spłacać, a pracownicy dzięki temu pracują w ładnej, klimatyzowanej hali. A że przychodnia teraz jest spółką na swoim rozrachunku, to płaci nam za wynajem i już jest parę groszy więcej. I tak trzeba szukać różnych możliwości zdobywania środków, żeby firma mogła prosperować.
Poza tym, mam takie wrażenie, jesteśmy bardzo życzliwie traktowani jako zakład – czy to przez klientów, czy urzędników.

Jest pani osobą bardzo aktywną: działa pani jako przedsiębiorca, angażuje się w życie lokalnej społeczności, w działalność charytatywną, polityczną (w ostatnich wyborach do Sejmu startowała pani jako kandydatka). Która z tych form aktywności przynosi pani największą satysfakcję?

Ja myślę, że na równi, nie dzieliłabym. Dużą satysfakcję, duże spełnienie daje działalność charytatywna. Natomiast kontakty w biznesie, działalność w Loży BCC, zapraszanie przedsiębiorców, najlepszych szefów firm czy ważnych osób w państwie, te spotkania, kontakty i pomoc z ich strony daje mi taką… pewność siebie. Spotkania to jednocześnie wymiana doświadczeń – kiedy widzę, że innym się coś udaje, widzę to wsparcie, zaraz myślę: dlaczego mnie się ma nie udać?
Jedna działalność drugiej pomaga – np. podczas spotkania Loży BCC zrobiłam aukcję obrazów uczestników warsztatów. Pieniądze ze sprzedaży przydały się dzieciom na jakiś wyjazd. Tak że, powiedziałabym, to połączenie jest nawet konieczne. To wtedy lepiej działa.

Na koniec nie sposób nie wspomnieć, że niedługo zmienią się na niekorzyść pracodawców przepisy dotyczące zakładów pracy chronionej, m.in. znacznie mają się zmniejszyć dotacje z PFRON. Jak wpłynie to na działalność „Łuksji”, czy firma przewiduje zwolnienia z powodu zwiększonych kosztów pracy?

Nie, zwalniać nie będziemy – ew. dotyczyć to będzie 3–4 osób, emerytów pracujących u nas na część etatu. Zmiany w sposobie dotacji na pewno w jakiś sposób dotkną zakład , ale – generalnie – nie jest to coś, co spędzałoby mi sen z powiek. Mamy trochę czasu, żeby się do nich przygotować. A poza tym „Łuksja” wychodziła obronną ręką z większych opresji, więc i te przeżyjemy. Jestem optymistką!