Jazda po indyjskich drogach

Kwiecień, 2012 | Tagi:  , , ,    




Zwykle mało wiemy o tym, jak się podróżuje samochodem w odległych krajach. Lecimy tam samolotem, a na miejscu przemieszczamy się klimatyzowanym i wygodnym autokarem. Podczas mojej podróży po północnych Indiach dane mi było doświadczyć motoryzacyjnych przygód, zarówno jako kierowca, jak i pasażer.

Do okręgu Ladakh, położonym na wysokości 3500 m n.p.m. w Kaszmirze, na północy Indii, można dojechać samochodem zaledwie przez kilka miesięcy w roku. Między czerwcem a wrześniem dotarcie do stolicy obwodu, Leh, drogą lądową możliwe jest na dwojaki sposób: 434-kilometrową trasą ze Srinagar w Kaszmirze lub 473-kilometrową z Manali w Himachal Pradesh. Obie trasy są absolutnie fantastyczne pod względem widokowym, lecz jednocześnie bardzo niebezpieczne, z uwagi na kiepską jakość dróg i skomplikowany teren. Trzeba m.in. pokonać przełęcz Taglang La, leżącą na wysokości 5359 m n.p.m. – jedną z najwyższych i najpiękniejszych na świecie.

Dość dobrej jakości asfaltowe drogi istnieją jednak tylko na obszarze kilkudziesięciu kilometrów wokół Leh, później zaczyna się klepisko. Te asfaltowe odcinki można chyba porównać do tzw. przejezdności, jaką ponoć osiągnie wiele budowanych u nas szlaków drogowych na czas rozgrywania piłkarskich mistrzostw Europy. Nie ma mowy o oznaczeniach poziomych czy barierkach ochronnych. Te drugie w wielu miejscach by się przydały, bo choć widoki piękne, to wystarczy chwila nieuwagi i można spaść z wysokiej skały. Jednak, paradoksalnie, właśnie dlatego dochodzi tam do niewielu tragicznych wypadków. Wszyscy kierowcy wiedzą, że nieostrożna jazda może się zakończyć nie stłuczką, ale śmiertelnym upadkiem w przepaść.

Drugi element, który wpływa na ilość niebezpiecznych zdarzeń, również przeczy logice. Jest nim mianowicie nienajlepszy stan techniczny jeżdżących tam pojazdów. Tu nie ma mowy o ruszaniu z piskiem opon, albo sprawdzaniu, jak samochód pokonuje ciasne zakręty przy większej prędkości. Manewr wyprzedzania bywa często małym horrorem, ponieważ zabiera sporo czasu, a dłuższe odcinki prostej są rzadkością na wijących się pośród pięknych szczytów, krętych drogach. Brak przyspieszenia i elastyczności na wyższych biegach daje się we znaki. Ponadto, dla dwóch wyładowanych po brzegi ciężarówek, szerokość drogi wydaje się „na styk”. Między wystającymi poza ich obrys ładunkami z trudem mieści się powiew opływającego pojazdy wiatru.

fot. Klaudiusz Madeja

Poza miastem Leh samochody osobowe praktycznie nie jeżdżą, widać tylko ciężarówki i autobusy. Choć w przypadku tych drugich jest to określenie ściśle teoretyczne – to minibusy zabierające nie więcej niż dziewięciu pasażerów z kierowcą. Wygląd zewnętrzny (a szczególnie wewnętrzny) w niczym nie przypomina nowoczesnych autokarów turystycznych, zaś klimatyzację zastępują zwykłe, małe wiatraki umieszczone nad siedzeniami.

Samochody ciężarowe są prawdziwym skarbem dla właścicieli, którzy dzięki swoim pojazdom zarabiają na życie. Auta często wymagają napraw, lecz przewoźnicy pomagają sobie nawzajem, a zdobywanie części zamiennych przypomina PRL-owski spektakl – z załatwianiem ich w specjalistycznych sklepach lub na giełdach samochodowych. To jedyne miejsca, gdzie coś można dostać.

W niewielkim Leh jest mnóstwo takich sklepów i warsztatów. Zajmują główną drogę dojazdową do miasta i przypominają do złudzenia nasze z minionej epoki. Odniosłem wrażenie, że żadna, dosłownie żadna część samochodu bądź skutera się nie marnuje. Wszystko zostaje gdzieś zużyte. To swego rodzaju fenomen w tym biednym i pozbawionym energii elektrycznej regionie. Pośród mnóstwa samochodów widziałem zaledwie jeden nowy, reszta to mocno już sfatygowane auta, które jednak są dla mieszkańców dobrym środkiem transportu, ponieważ nie ma tam regularnej komunikacji.

Jeszcze większe zdziwienie wywołał u mnie punkt wykonywania tablic rejestracyjnych, czynny zresztą tylko od wiosny do jesieni. Była to drewniana budka, gdzie na dykcie ze zwykłej taśmy do oklejania kilku ludzi robi tablice, na podstawie zaświadczenia z urzędu. „Ale przecież można samemu sobie taką tablicę wykonać, bo nie ma żadnego hologramu, pieczątki, czegokolwiek?” – pytałem. Pracownicy wzruszali ramionami. Widać nikt nie potrzebuje tu w ten sposób oszukiwać.

W Indiach nie ma też przepisów o czasie pracy kierowców, nikt w praktyce nie kontroluje stanu technicznego pojazdów. „Policja wie, że musimy przewozić towary i ludzi, a nie mamy pieniędzy na nowy tabor” – przyznaje jeden z kierowców, który woził nas po okolicy.

Noce w Himalajach są bardzo mroźne, i to już jesienią, dlatego miejscowi mają rankiem kłopoty z uruchomieniem swoich pojazdów. Akumulatory są raczej regenerowane i ładowane, choć niewielu stać na agregat prądotwórczy. Dlatego często widać obrazki, które pamiętają starsi kierowcy w Polsce, czyli np. przystawianie zapalonych gazet do chłodnicy, aby zassała ciepłe powietrze. Zapalanie „na popych” lub ciągnięcie przy pomocy linki holowniczej jest na porządku dziennym. O dziwo, rzadziej widziałem „pożyczanie” prądu przy pomocy kabli, wciąż tak popularne u nas.

Jeśli takie problemy są już na początku listopada, łatwo sobie wyobrazić, co bywa zimą… Ale gdy spadnie dużo śniegu, większość pojazdów zostanie odstawiona, aż do wczesnej wiosny.

O technice jazdy poza miastem już wspominałem. W samym mieście jest jeszcze bardziej „rozrywkowo”. Od razu można zauważyć skłonność do częstego trąbienia, bardzo karkołomnych manewrów, delikatnie mówiąc – niezbyt bezpiecznych sytuacji na drodze. Ulice nie są oświetlone, bo brakuje sieci energetycznej. Mimo to, po zmroku wielu kierowców nie włącza świateł, lub włącza tylko światła pozycyjne. Budzi to tym większe zdziwienie, że po drogach i poboczach bezkarnie włóczą się psy, osły i z rzadka krowy. Ludzie mają świadomość zagrożenia, dlatego grzecznie maszerują poboczem.

Trudno mówić też o kursach nauki jazdy z prawdziwego zdarzenia, nie wspominając o jakichś zajęciach doszkalających (chociaż zauważyłem dumny szyld „Drive Academy”, oznaczający po prostu naukę jazdy). O tym, jak wygląda tam egzamin końcowy, nikt nie chciał rozmawiać…

fot. Klaudiusz Madeja

Opisany powyżej stan powoduje, że kierowcy mają szacunek dla swoich pojazdów. Dotyczy to także motocykli i skuterów, które na pierwszy rzut oka nadają się tylko na złom. Tamtejsi mechanicy to prawdziwe „złote rączki”, zdolni do naprawy niemal wszystkiego. O dziwo, to samo zauważyłem w starej, biednej części Delhi. Tam, oprócz tuk-tuków, dominują leciwe samochody, stragany z używanymi częściami i akcesoriami oraz warsztaty urządzone np. w starym garażu. Jest też oczywiście ekskluzywna dzielnica, gdzie widać drogie limuzyny. Ale to „garażowa” motoryzacja w biednych Indiach pokazuje, jak bardzo ludzie kochają samochody i jak niezbędnym są one środkiem transportu w wielu częściach naszego globu.

 

Klaudiusz Madeja

Fot. autora