Jak nie zostałam kierowniczką zmywaka w Brampton

Lipiec, 2011  |  , , ,    
Lipiec, 2011

Są lata 60. Do Nowej Huty przychodzi chłopina starający się o posadę palacza. Pracę dostaje. Zostaje oprowadzony po zakładzie, wprowadzony w zakres obowiązków, na koniec poproszony jest do biura, by dopełnić formalności. „O, tu się pan, panie Stanisławie, podpisze”. Chłopina rozkłada bezradnie ręce i wyznaje: „Ale ja, panie kierowniku, nie potrafię się podpisać”. Przepisy są bezwzględne, pan Stanisław pracy palacza nie dostaje.

Rozpaczy pana Stanisława zapobiega ziomek z Chicago. Wysyła zaproszenie, pan Staszek zapożycza się u połowy wsi i wyjeżdża. Dwadzieścia parę lat pracuje w siapie u ziomka, a co zarobi, odkłada do walizki pod łóżkiem w pokoju, bo przecież nie potrafi założyć sobie konta w banku. Po latach wraca do Polski z pełną walizką i postanawia sobie kupić pierwszy w życiu samochód. Idzie do dilera, wybiera BMW (a co?), diler podaje cenę, pan Stanisław stawia na biurku walizkę i zaczyna z niej wyciągać wiązkę po wiązce. „Ależ, szanowny panie, nie możemy przyjąć takiej ilości gotówki” – krzyczy diler – “nie może pan po prostu podpisać czeku?”. “Proszę pana” –odpowiada na to pan Stanisław – “gdybym ja się umiał podpisać, to byłbym dziś palaczem w Nowej Hucie”.

Na początku lat 90. (czyli tak strasznie dawno, że równie dobrze mogłyby być to lata 60.) desperacko szukam w Kanadzie pracy. Byle jaki angielski, niemanie samochodu, brak tzw. Canadian experience w jakiekolwiek dziedzinie – kanał na całej linii. Któregoś dnia znajduję w lokalnej gazecie ogłoszenie: “Part-time dishwasher at the Peel Memorial Hospital” – płatne – słodki Jezu! – 14 dolarów za godzinę. W tamtych czasach, gdy zarabiałam piątkę na czarno w donutshopie, 14 na godzinę na zmywaku to był Mont Everest, Kilimandżaro i CN Tower ustawione na sobie. Wystosowałam CV godne dyrektora zespołu opieki zdrowotnej, wypisałam szkoły, medyczny background, a jakże (w końcu cóż lepszego w szpitalnej kuchni, niż profesjonalne doświadczenie ze szkłem laboratoryjnym?), szkoły artystyczne, bo przecież „umiejętność wypalania ceramiki w piecu”, to już w ogóle wszyscy popłaczą się ze szczęścia, załączyłam ile mogłam listów referencyjnych, wpisałam zainteresowania, odznaki, przynależność. I zaniosłam do zasobów ludzkich przekonana, że następnego dnia dyrekcja szpitala osobiście podziękuje mi za ten zaszczyt. Zmywak w szpitalu to jest praca-marzenie, tzw. rządowa robota z benefitami i junia, a kto w Kanadzie ma junie, temu wszyscy mogą naskoczyć.

I faktycznie – niedługo zajrzałam do skrzynki pocztowej i wyjęłam z niej wypasioną kopertę z eleganckim znakiem wodnym zespołu opieki zdrowotnej w Brampton. Przede wszystkim zrobiłam sobie kawę, zapaliłam papierosa, usiadłam w fotelu (kłamię, nie miałam wtedy fotela), otworzyłam kopertę, wyjęłam z niej list na czerpanym papierze z przepiękną złotą pieczęcią na dole. Na czerpanym papierze jak byk stało:

Dear Candidate,

we regret to inform you that after a careful consideration we have selected another candidate for the position of part-time dishwasher.
We wish you success in the future.

Tu zawijaste podpisy i ta przepiękna pieczęć, która jednakże była jak odcisk żołdackiego buta na moich marzeniach o 14 dolarach na godzinę.

Nie chciałam sukcesu w przyszłości. Chciałam sukcesu natychmiast – moje 14 dolców na godzinę!

By jednak dać moim marzeniom godną o(d)prawę, wstawiłam ten czerpany list w elegancką ramkę i powiesiłam przy drzwiach wejściowych. Wzrok każdego gościa wchodzącego do mojego mieszkania przyciągała złota pieczęć szpitala. Spodziewając się co najmniej podziękowania za ufundowanie czterech inkubatorów, czytali ze zdziwieniem eleganckie życzenia sukcesu w przyszłości przysłane mi przez dyrekcję bramptońskiego ZOZ–u.

Co zrobić z trupem nadziei? Zrobiłam więc pierwszą głupią rzecz w serii głupich rzeczy – poszłam na studia. Samo pójście na studia nie było takie głupie. Głupi był kierunek. Nic na to nie poradzę, że robienie rzeczy głupich sprawia mi niekłamaną radość (w momencie ich robienia – konsekwencje ciężko odchorowuję).

Visual Arts? Na miłość boską, głupia jesteś? No jestem, nie powiem, że mi strach nie ścisnął tego i tamtego wiele razy po drodze, bo aż tak głupia nie byłam, żeby nie wiedzieć, że praca po tym będzie żadna. Uciecha uciechą, a pożyczka studencka rosła jak Kilimandżaro, Mount Everest i CN Tower ustawione na jedno na drugim. Głupotę skorygowałam odrobinę podyplomowymi w multimediach. Przypominam, to były lata 90. i wtedy jeszcze nie każdy dziewięciolatek potrafił zrobić pełnometrażowy film animowany z voiceoverem na swoim Nintendo DS.

“Super!” – mówili wszyscy. Computer Graphics miało jeszcze wtedy swój wydźwięk. Boże, jaka byłam mądra. Przez rok! Gdy zaczęłam szukać pracy, okazało się, że stawki oferowane grafikom multimediowym nie są takie bardzo cool. „Nie bierz nic poniżej 60 tys. rocznie!”. „45 na start minimum!” „Głupia, nawet tam nie idź na rozmowę!”.

Kiedy jednak cień Mount Everestu, Kilimandżaro i CN Tower ustawionych na sobie padł na mą duszę, wzięłam to, co dawali, i było to niewiele więcej niż oferta ze zmywaka w szpitalu rejonowym w Brampton 10 lat wcześniej.

Przez długie trzynaście lat obsługiwałam bardzo multimedialnie Bardzo Mądrych Ludzi, którzy potrafili ludziom sprzedać to, czego sami nie mieli. Nawet mnicha, co sprzedał Ferrari – bo mnich, który wcale nie był mnichem, ani nawet nie miał Ferrari, wiedział, że gdyby w tytule było, że sprzedał Fiata Punto, to nikt by tej książki nie kupił. I w ogóle by się nie opłacało tej książki pisać [mowa o Robinie S. Sharma, autorze bestsellera „Mnich, który sprzedał swoje Ferrari” – dop. red.] .

Aż przyszła recesja i zostałam sam na sam ze swoją głupotą, naiwnie przekonana, że taka głupia nie jestem i jakoś potrafię we własnym zakresie spieniężyć to, co nagromadziłam przez 13 lat. Bo jak się klepie website’y przy biurku „państwowym”, to można i przy swoim, jak się jako tako opanowało skrzynkę z narzędziami w Photoshopie, to taka sama jest na komputerze w domu.

Tylko teraz jeszcze muszę to wszystko sprzedać. A żeby sprzedać, to trzeba opakować. Problem w tym, że dla mnie Fiat Punto to Fiat Punto, i za cholerę nie potrafię z niego zrobić Ferarri.

Kilka lat temu musiałam w Polsce sprzedać samochód na giełdzie. Zaprowadziłam go do mechanika na przegląd. Spytał:
–          To co, kierowniczko, przekręcamy silnik?
–          Jak to „przekręcamy silnik?”
–          No, wszyscy przekręcają.
–          No to i tak będzie wiadomo, że przekręcony.
–          Ale jak kierowniczka ma trzysta tysięcy i kierowniczka nie przekręci, to oni pomyślą, że tak naprawdę jest czterysta.

No więc błądzę po omacku, jak dziecko we mgle, wśród doradców od podkręcania silnika.
Matka mówi mi:

– Przestań robić te uebsajty, lepiej pisz.

No to piszę. Iza mówi mi:
– Czy ty musisz tracić czas na felietony, rób uebsajty, o, tu jest jeden do zrobienia, pisz ofertę.
– Ale to trzeba w ASP.
– Nie znasz ASP?! To rób iPhone apps.

Kuzyn mówi:
– Za mało wołasz!
– Zawołam więcej, to nie wezmą.
– Wezmą, wezmą, nie bądź głupia, czemu ty tej babie tyle z ceny spuściłaś?
– Bo nie ma pieniędzy i też właśnie zaczyna na swoim.
– Głupia jesteś, jak ona będzie miała, to ci da?
– Ja wiem? Może da?

Pamiętam jak wujek Wiesiek, wspaniały mistrz krawiecki, przez lata w Kanadzie podklejał w fabryce listwy przy damskich spódnicach. Od czasu do czasu robił fuchę, szył płaszcz zimowy, wszyscy klaskali i mówili: „Głupi, czemu ty swojego biznesu nie otworzysz? Fortunę byś zbił!”

A wujek Wiesiek podklejał te listwy za 9 dolarów na godzinę i mówił: „Bo do biznesu trzeba myśleć, a ja się nie nadaję do myślenia, tylko do zapierdalania” i podklejał dalej. Kupił za te listwy dom. Spłacił go. Sprzedał. I wyjechał jak kawał gościa do Polski na emeryturę. Bo wujek Wiesiek był mądry.

Z tej opowieści nie ma morału, nie jestem jak głupi Jasio, który tak naprawdę jest mądry i na końcu bajki zdobywa księżniczkę i pół królestwa, bo ja jak wujek Wiesiek, za bardzo się do myślenia nie nadaję. Z tym, że zamiast podklejać listwy, to się wzięłam za płaszcze. No bo głupia jestem.

Bo jakbym nie była głupia, to bym dziś w szpitalu w Brampton była kierowniczką zmywaka.

 

Ewa Henry
Ilustracja autorki

 







Zobacz także