Improwizacja na najwyższym poziomie

Kwiecień, 2011  |  , , ,    
Kwiecień, 2011

Rozmowa z Maciejem Fortuną, laureatem Jazz Top 2010 czasopisma Jazz Forum w kategorii Nowa Nadzieja, który ma w swoim dorobku dwie w pełni autorskie płyty, w tym Lost Keys – nominowaną do Fryderyka 2011.

 

Inka Walkowiak: Izaak Babel w jednym z opowiadań pisze: „Zagórski prowadził [w Odessie] fabrykę wunderkindów, fabrykę żydowskich liliputów w koronkowych kołnierzykach i lakierkach. W duszach tych zdechlaków o sinych, wzdętych główkach szumiała potęga harmonii. Wyrastali z nich słynni skrzypkowie”. Stereotyp cudownego dziecka godzinami ćwiczącego na instrumencie, któremu odebrano dzieciństwo, dotyczy i pana?

Maciej Fortuna: Nic podobnego. Dla mnie trąbka była zawsze czymś, co było przyjemnością, nie obowiązkiem. Może dlatego, że zdecydowałem się na nią świadomie. Będąc dzieckiem ćwiczyłem tyle, że zawsze miałem czas na zabawę. Z największą przyjemnością wracam pamięcią do tamtych czasów.

Prześledziłam pana osiągnięcia na polu muzyki. Rok 2008 był szczególnie hojny, przyniósł wiele wyróżnień i nagród (doliczyłam się ośmiu), w tym Grand Prix na Festiwalu Młodych Talentów Niemen Non Stop w Słupsku dla zespołu Beimcik/Fortuna Quintet. Jednocześnie zespół otrzymał specjalną nagrodę TVP Kultura. Muzyka Niemena była szczególnie ważna. Czy studenci kierunków muzycznych biorą udział w każdym dostępnym konkursie?

Muzyka Niemena była chwilową impresją, inspiracją. Wywarła jednak na mnie duży wpływ i zadecydowała o kolorze i brzmieniu kompozycji, które powstawały jesienią 2008 roku. Oczywiście, udział w każdym dostępnym konkursie bywa dla niektórych studentów „pomysłem na życie”, a nawet na „czasowe zapewnienie środków na życie”. Niestety, obserwuję tendencję do zaniku znaczenia konkursów w karierze młodych adeptów sztuki jazzowej. Zmieniający się rynek patrzy na młody i zdolny „narybek” jazzowy bardziej z zawiścią niż z entuzjazmem, obawiając się pogorszenia własnej sytuacji wobec pojawienia się młodych. A szkoda, bo to młodzi stanowili zawsze tę siłę, która zapewniała muzyce jazzowej progres.

W 2008 roku w trakcie spotkania z perkusistą Frankiem Parkerem zrodził się pomysł projektu z udziałem wokalistki. Chyba jednak częściej uczestniczy pan w koncertach „czysto instrumentalnych”?

Uważam głos ludzki za niezwykle cenny instrument. Początki współpracy z Frankiem był to spontaniczny czas burzliwych zmian składu zespołu, podyktowanych poszukiwaniem brzmienia, konwencji oraz stylistyki, które by nas najbardziej satysfakcjonowały. Dlatego druga trasa odbyła się pod szyldem Frank Parker&Maciej Fortuna Project, który był pośrednim „stadium ewolucji” pomiędzy projektem autorskim Franka Parkera, a obecnym Maciej Fortuna Quartet. Przemiana ta odbyła się płynnie, głównie za sprawą autorstwa wykonywanych przez zespół kompozycji, które w przeważającej ilości są moje. Maciej Fortuna Quartet jest spełnieniem moich muzycznych poszukiwań odnośnie składu zespołu oraz brzmienia.

Wiele międzynarodowych projektów muzycznych firmowanych jest pana nazwiskiem. Jak to się robi?

Trzeba po prostu naprawdę chcieć to zrobić, odważyć się. Oczywiście pomaga dyscyplina, zdolności organizacyjne, umiejętność współpracy z ludźmi. To chyba tyle.

 

„Lista muzyków jazzowych, z którymi współpracował, jest niezmiernie długa” – to zdanie ze strony internetowej odnosi się do Franka Parkera, ale wydaje się, że i pana można by tak opisać. Jeśli sięgnąć do historii – z muzykami jazzowymi było tak zawsze. Zaskakują mnie powroty, cykliczność. To nie jest tak, że spotyka pan jakiegoś muzyka na swej drodze, zagracie kilka koncertów i współpraca się kończy. Tak było z Mackiem Goldsburym, Stefanem Weeke. I Frank Parker znów panu towarzyszy w koncertach.

 

Miałem i mam przyjemność oraz zaszczyt współpracować ze wspaniałymi muzykami. Ale nie staram się nadmiernie budować swojego muzycznego poczucia wartości na liście nazwisk osób, z którymi grywam lub grywałem.

Dążę do tego, by te spotkania były wartościowe, a nie – by kolekcjonować nazwiska i dopisywać je do swojej biografii. W moim odczuciu jazz można charakteryzować m.in. jako muzykę, o której kształcie, brzmieniu oraz generowanej przez nią energii decyduje ten, kto w danym momencie ją wykonuje. Jazz – jako muzyka improwizowana, w której wszyscy wykonawcy są jednocześnie twórcami-kompozytorami, zależny jest od wzajemnej ich interakcji w trakcie procesu tworzenia. Trudno jest scharakteryzować elementy i cechy, które tak naprawdę jako jedyne wpływają na oryginalność jazzu, pomijając znaczenie tworzących go indywidualności. Każde spotkanie z muzykiem wielkiego formatu – jeśli zaistnieje płaszczyzna porozumienia i granie nie jest tylko „odbębnianiem” koncertu „ze znanym nazwiskiem”, prowadzi do odbierania od niego energii i wiedzy za pośrednictwem języka, jakim jest muzyka. Jeśli spotykam na swej drodze osoby, których energia w sposób szczególny wpływa na moją grę, w sposób naturalny chcę te muzyczne spotkania kontynuować, stąd „powroty i cykliczność”.

 

Mack Goldsbury na scenie z młodymi polskimi muzykami nie stara się dominować. Podczas koncertu w Gostyńskiej Bazylice czuło się atmosferę wzajemnego zrozumienia, cierpliwości, szacunku, dzięki czemu każdy z muzyków mógł zaprezentować swą osobowość. Wydaje się, że udało się wam osiągnąć to „coś”, tę atmosferę w sferze pozamuzycznej.

Skoro padło takie stwierdzenie, spróbuję wyjaśnić swoje priorytety oraz zasady, którymi się kieruję. Nie istnieje dla mnie sfera pozamuzyczna. Muzyka jest wszystkim. Absolutnie każde wydarzenie nazywane przez ogół „pozamuzycznym” ma bezpośredni wpływ na moją muzykę. Co zatem dzieje się, gdy muzycy podczas trasy świetnie się rozumieją? Oczywiście, przeważnie wpływa to fantastycznie na atmosferę pomiędzy nimi, a co za tym idzie – na muzykę, którą często cechuje wówczas wzajemne zrozumienie, cierpliwość, szacunek. Ta pozytywna energia wpływa na publiczność, a publiczność na nas, grających. Zwykle jest też tak, że ta dobra energia wpływa na nas wręcz terapeutycznie i utrzymuje się jeszcze przez długi czas po każdym koncercie. Patrząc jednak wstecz, najbardziej pamiętam te koncerty, które obarczone były złą energią. Myślę, że w życiu każdego artysty mają one dużo większe znaczenie. Dzięki nim dowiedziałem się wiele o tym, w jaki sposób wytwarzać pozytywną energię, a następnie jak dzielić się nią z odbiorcą.

Berlin – Badenscherhof Jazz Club, Wrocław – Teatr Capitol, Warszawa – Sala Kongresowa, Gostyń – Bazylika (Zaduszki Jazowe) itd., itd. Czy gdzieś się gra lepiej? Gdzieś gorzej?

 

Każde miejsce koncertu jest inne. Jednak koncert tworzą twórcy sztuki oraz jej odbiorcy. Jeśli już porównywać różne sale koncertowe, to najważniejsze znaczenie ma dla mnie ich publiczność. Zdarzyło mi się grać na tej samej scenie, która jednak za każdym razem wydawała się inna. Bywa też tak, że – jak we wspomnianej Bazylice – klimat skupienia i swoistej muzycznej medytacji udziela się na niemal każdym koncercie.

 

Były Niemcy, Ukraina, Islandia, Turcja, Holandia i zupełnie niedawno, w lutym, trasa norweska. W jakich krajach będzie wkrótce rozbrzmiewać pana trąbka?

 

W najbliższym czasie zdecydowanie skoncentruję się na promocji debiutanckiej płyty mojego kwartetu, Lost Keys. Na przełomie czerwca i lipca będę koncertował w Niemczech z zespołem Ernst Bier&Mack Goldsbury Group. Jesienią natomiast poprowadzę warsztaty jazzowe w El Paso w Teksasie, po których wspólnie z Mackiem Goldsbury zagramy trasę koncertową w USA. Niewykluczone są wspólne koncerty z zespołem Urban Tunells w Norwegii, po bardzo dobrze przyjętej trasie koncertowej, z której właśnie wróciłem.

Zeszłoroczny IV Festiwal Muzyki Filmowej Krzysztofa Komedy. Zaintrygował mnie pana udział w historycznym koncercie „Jazz i Poezja”, opartym na poezji Jerzego S. Sity, z muzyką Krzysztofa Komedy. Recytować miał profesor Wojciech Siemion, ale do tego nie doszło.

 

To było wielkie przeżycie. Już sam fakt wykonywania tak specyficznego i wyjątkowego dzieła w tym szczególnym dla Polski czasie [w cieniu katastrofy pod Smoleńskiem – dop. I.W.] sprawił, że koncert był dla mnie małym „świętem muzycznym”. Szokiem stała się informacja o wypadku profesora Siemiona, który w momencie wykonywania przez nas koncertu był jeszcze w śpiączce i walczył o życie. Nie można opisać słowami emocji panujących podczas koncertu, jedynym ich świadkiem była publiczność wypełniająca tamtego pamiętnego wieczoru salę po brzegi. Pamiętam także pierwszy koncert „Jazzu i Poezji” w grudniu 2008 w Poznaniu – wtedy był on równie uroczysty, choć w mniej dramatyczny sposób. Było to pierwsze po niemal 50. latach wykonanie tego dzieła. Partytura zaginęła w latach 60. XX wieku i wydawałoby się, że „Jazz i Poezja”, zagrany raz tylko na Jazz Jamboree, przepadł na zawsze. Ale dzięki staraniom Stowarzyszenia Astigmatic, fragmenty partytury i teksty odnaleziono, i Jerzy Milian podjął się rekonstrukcji całości. Grając ten koncert, miałem poczucie, że robię coś niesamowitego – gram utwór, który ocalał od zapomnienia, mogę dać mu nowe życie i zagrać go tak, by dobrze zabrzmiał i w naszych czasach.

Czy znajduje pan czas na cokolwiek poza muzyką?

Wszystko dla mnie jest muzyką.

Jest pan wykładowcą trąbki jazzowej na Akademii Muzycznej w Poznaniu. Lubi pan zajęcia ze studentami?

Zajęcia ze studentami są bardzo cennym doświadczeniem. Sprawiają mi ogromną przyjemność, radość i są wielką inspiracją do muzycznych poszukiwań.

Przy okazji pytanie do wykładowcy: proszę powiedzieć czy pana studenci (jak i ogólnie studenci uczelni muzycznych) mają obowiązek słuchać muzyki z płyt w celach poznawczych, np. w ramach zajęć: historia jazzu?

Tak, na akademiach muzycznych są nawet specjalne zajęcia, podczas których słucha się płyt jazzowych, a egzamin z tego przedmiotu polega na rozpoznawaniu zadanych nagrań. Uważam, że aby grać jazz, tak jak i każdą inną muzykę, trzeba poznać jej język, historię, tradycję. To wszystko znajduje się na płytach. Zatem ich słuchanie w wielkim stopniu przybliża adepta do tego, aby mógł uzyskać wolność w swej muzyce. Uważam też, że muzyka wielkich mistrzów zapisana przed laty jest ogromną inspiracją i wstępem do indywidualnych poszukiwań. Szkoda tylko czasem, że muzycy, zwłaszcza bardzo „osłuchani”, wykorzystują nabytą wiedzę do perfekcyjnego powielania usłyszanych schematów (jest to wielkie zagrożenie spowodowane bezkrytycznym słuchaniem tego co już było), zamiast wykorzystać nabytą wiedzę na zasadzie negacji lub kontrapunktu do dzieł przeszłych i stworzenia czegoś nowego, w efekcie przyczyniając się do rozwoju muzyki jako takiej.

„Wychowałem się w świecie bez autorytetów”– to pana słowa z wywiadu dla portalu Moje Miasto Poznań. Wobec tego, czym się pan w życiu kieruje? Co jest ważne?

Wychowałem się w świecie bez autorytetów. Miałem bowiem zbyt wiele osób, które mi imponowały, aby uznać którąkolwiek z nich za – jak sama nazwa wskazuje – ten jeden, główny autorytet, który będzie nim przez całe lata.

Ciekawie pan wybrnął. A duchowi przewodnicy muzyczni? Załóżmy, że gra pan jazz w latach 50., co byłoby panu bliższe: cool czy hard bop?

 

Słucham wielu muzyków… na równi z wielkimi trębaczami słucham saksofonistów, pianistów, perkusistów etc., bliska jest mi muzyka klasyczna, folkowa. Inspirowałem się muzyką etniczną z różnych krajów, muzyką elektroniczną oraz całą masą muzyki, którą – jak i poprzednie gatunki – charakteryzuję jako „dobrą muzykę”. To właśnie kryterium jest jedynym, jakim kieruję się przy wyborze muzycznych inspiracji.

 

Trochę pan „umknął” od mojego pytania, wobec tego porozmawiajmy o teorii. O co dziś chodzi w jazzie? Czy jest ciągle muzyką protestu?

Myślę, że jazz był, jest i będzie muzyką wolności. Jeśli scharakteryzować dwa antagonistyczne stany człowieka jako miłość (w szerszym wymiarze – jako miłość do świata) i strach (zło), jazz dla mnie zawsze będzie muzyką miłości.

„W jazzie najbardziej fascynuje żywotność. Jej zaprzeczeniem jest wszelka historyzacja. Historyzacja bowiem prowadzi do akademizmu, owego akademizmu, który wielką europejską symfonikę uczynił ekskluzywną sprawą dobrze wychowanych mieszczan.” To słowa Joachima Ernsta Berendta – może pan jakoś odnieść się do tego zdania? Proszę o spojrzenie wykładowcy trąbki jazzowej w – było nie było – Akademii Muzycznej. Więc jak to właściwie jest: są jakieś kryteria w jazzie czy ich nie ma?

Zanim odpowiem na to pytanie, nawiążę do Berendta, ponieważ uderzyło mnie, jaki paradoks jest zawarty w tym cytacie. Jeśli umieścimy te słowa w kontekście tego, co Berendt robił i jaki jazz promował – uderzy nas, jak ironiczne się stają. Berendt sam przyłożył się do tego, by jazz konceptualizować na siłę i ostatecznie (może i nawet wbrew swoim założeniom), robić z tego wszystko, tylko nie muzykę „żywotną”.

A co do kryteriów w jazzie, to w tej chwili właśnie toczy się o tym dyskusja. Właściwie nieustająco od lat toczy się ta dyskusja, i właśnie z tego braku odpowiedzi i nieustannych poszukiwań powstaje jazz. Spotykam czasem ludzi, którzy odrzucają wszelkie kryteria, robią tzw. free jazz, który z prawdziwym FREE JAZZEM nie ma nic wspólnego, ponieważ negacja melodii, standardu czy zasad grania ma sens jedynie wtedy, gdy wiadomo, co się neguje. Jeśli chcesz pisać wiersze – poznaj najpierw alfabet, a później zmieniaj nim świat. Nigdy na odwrót. Kryteria gatunkowe to chyba jednak działka teoretyków. W praktyce bowiem wszystko jest bardziej płynne. Niemniej dla mnie takim kryterium jest umiejętność improwizacji na zaawansowanym poziomie. I specyficzna energia, klimat, który nie pozostawia wątpliwości co do tego, czym jest jazz. Trudno to opisać, to się po prostu czuje. W końcu muzyka to materia, której nie sposób ubrać w jakieś sensowne zdania.

Artyści, przy okazji ważnych nagród, zazwyczaj wypowiadają kilka zdań podziękowań. Komu pan chciałby podziękować? Są osoby, które pana szczególnie wspierają?

Dziękując poszczególnym osobom, przy działalności na tak szeroką skalę, jaką zdarzyło mi się prowadzić, nieuchronnie pominąłbym kogoś. Zatem dziękuję absolutnie wszystkim, którzy wspierali mnie przez wszystkie te lata i którzy czynią to nadal. A także dziękuję tym, którzy wręcz przeciwnie, tego wsparcia odmawiali, dzięki czemu zmotywowali mnie do jeszcze większej pracy nad sobą i moją muzyką.

 

 

Rozmawiała Inka Walkowiak. Wywiad dla Business&Beauty i portalu Netkultura.pl

Rozmowa odbyła się 3 marca 2011r.