ARCHIWUM Magazynu B&B - zakończył działalność w 2018

Hulaj nogą, piekła nie ma

Podobno w niedalekiej przyszłości większość mieszkańców kuli ziemskiej będzie żyła w miastach. Współczesny mieszkaniec miasta i tak ma wrażenie, że wszyscy mieszkają w mieście, w dodatku w tym akurat, w którym on się znajduje. Miasto ma liczne zalety, ale ma też i wady, a jedną z podstawowych jest konieczność przemieszczania się na dłuższych dystansach. Tymczasem każdy rodzaj komunikacji w pewien sposób ogranicza wolność – niezależnie od tego, czy jest to własny samochód, tramwaj, czy kolejka miejska.

„Uprość sobie miasto” – radzi jeden z producentów hulajnóg i trafia w sedno. W dużym mieście osiedla bywają od siebie znacząco oddalone. Czasami idealny dojazd do pracy może zapewnić własny samochód – niestety, od firmowego parkingu do biurowca jest dwa przystanki w linii prostej. Jeżeli zdecydujemy się na rower, to na ogół decydujemy się na pokonanie całej trasy na rowerze, bo przewożenie go komunikacją miejską bywa trudne. Najlepszy więc byłby składak. A jeżeli składak – to Strida. Praktycznie bezobsługowa oraz jedyna, na której jeździ się w pozycji idealnie wyprostowanej, co w jeździe miejskiej ma duże znaczenie (a i kręgosłup się za to nie pogniewa). Składa się w siedem sekund, waży tylko 10 kilogramów, a złożoną można toczyć przed sobą jak wózek-parasolkę. Pewną jej wadą jest to, że bardzo zwraca na siebie uwagę i właściciel bywa co i raz zaczepiany.

Stridę, w tej chwili chyba najbardziej dizajnerski i nowatorski rower, obsypany nagrodami, wymyślił Mark Sanders jako pracę dyplomową w Royal College of Art. Sanders borykał się z dojazdami na uczelnię i sam potrzebował czegoś, czym sprawnie się przemieści od metra do celu.

Strida ma nieco inną geometrię niż tradycyjne rowery – ma trójkątną ramę, małe koła (16 lub 18-calowe) i na początku wydaje się trochę bardziej chybotliwa w prowadzeniu. Zamiast łańcucha została wyposażona pasek z kevlaru, który nie wymaga smarowania i nie można się nim ubrudzić (powinien wytrzymać 60 tysięcy kilometrów), ma także pedały motylkowe – można je złożyć jednym słabym paluszkiem.

Jak to powiedziała jedna moja koleżanka: „Jaki śmieszny rower! – mówią ludzie. Ale nikt się nie śmieje”. Może czują, ile on kosztuje?

nr10_hulajnoga4
fot. strida.pl

 

Znacząco tańszym od Stridy rozwiązaniem może być hulajnoga.

Pierwszymi autorami hulajnogopodobnych pojazdów były dzieci, które pod koniec XIX i w pierwszych latach XX wieku w ubogich, robotniczych dzielnicach wielkich przemysłowych miast konstruowały je z niepotrzebnych desek, stalowych łożysk i kółek. Jednym słowem – z tego, co było pod ręką. Pierwsze hulajnogi miały na ogół cztery, czasem sześć albo osiem kółek (zależnie od tego, jakie elementy wykorzystano do budowy podwozia) i pionowy uchwyt, będący raczej podpórką, a nie kierownicą. Taki pojazd miał więc sterowność deskorolki, ale i tak dawał wiele radości, chociażby przez sam fakt samodzielnego zbudowania czegoś, na czym można się poruszać. Najsłabszym punktem pierwszych hulajnóg był odpadowy materiał, z jakiego powstawały – na przykład drewno butwiało, a pojazd się uszkadzał.

Pomysł kreatywnych dzieci wykorzystali profesjonaliści. Zmienili tworzywo, dołożyli sterowną kierownicę i zdecydowali się na dwa kółka. Przez pewien czas hulajnogi były chętnie kupowane przez mieszkańców miast. Później jednak społeczeństwo przerzuciło się na rowery, które zaczęto produkować na skalę masową. Rower wydawał się bardziej użyteczny ze względu na prędkości osiągane na dłuższych dystansach i możliwość transportowania towarów. No i zrobił się modny, a hulajnoga na długo stała się gadżetem dla ekscentryków.

nr10_hulajnoga5
hulajnoga Micro

 

Renesans hulajnogi nastąpił w latach 90. XX wieku. Za jego inicjatora uważany jest Wim Ouboter, szwajcarski wynalazca i dawny bankowiec. Ouboter, którego śmiertelnie nudziła bankowość, miał zbyt daleko do ulubionego baru z kiełbaskami, żeby do niego iść z buta i za blisko, żeby wyprowadzać rower z garażu, o samochodzie nie wspominając. Na takie mikroodległości hulajnoga okazała się rozwiązaniem idealnym.

– Zrobiłem prymitywną hulajnogę z użyciem kółek od rolek i to działało. Jedynym problemem było to, że kiedy pojawiłem się na niej w mieście, ludzie śmiali się ze mnie – powiedział dla „Guardiana”.

Inna kwestia, że hulajnoga Wima jest przesiąknięta rodzinną historią. Jego siostra miała jako dziecko problemy z jazdą na rowerze i nartach z powodu krótszej jednej nogi. Na hulajnodze natomiast radziła sobie znakomicie.

Dopracowanego przez Oubotera wynalazku, poręcznego i składanego, zaczęli masowo używać mieszkańcy Tokio i innych japońskich miast jako osobistego środka transportu. Bo rower ma przewagę przy dłuższych podróżach, otwartych przestrzeniach, infrastrukturze ścieżek rowerowych. To w Warszawie na ogół nie zachodzi. Hulajnoga sprawdza się na krótszych dystansach, zatłoczonych chodnikach, w podróżach intermodalnych – między przystankami komunikacji miejskiej. W takiej Warszawie jednak moda, niestety, koliduje z praktycznością i człowiek na hulajnodze budzi zdziwienie.

Wzmocnionej, profesjonalnej hulajnogi można używać wszędzie. I chociaż wydaje się zabawką dla dzieci, ma walory, które docenili profesjonaliści. Na przykład narciarze biegowi uważają, że najlepszą formą treningu letniego (suchej zaprawy) – znacznie lepszą niż na przykład rower – jest właśnie hulanie na hulajnodze, dzięki któremu można znakomicie poprawić siłę nóg, jakość odbicia i ogólną wytrzymałość organizmu.

hulajnogi Hoolay
hulajnogi Hoolay

Okazuje się, że jazda na hulajnodze angażuje znacznie więcej mięśni niż jazda na rowerze. Po pierwsze – sposób odbicia się jest bardzo podobny do odbicia na biegówkach w technice klasycznej. Po drugie – hulajnoga wymaga użycia mięśni nie tylko nogi odpychającej, ale również tej, na której stoimy. Jest to w ogóle jeden z najefektywniejszych i w sumie najprzyjemniejszych treningów aerobowych (godzinna jazda w średnim tempie to utrata 400 kilokalorii, jeśli to miałoby mieć dla kogoś istotne znaczenie). Jazda na hulajnodze polecana jest małym dzieciom – wyostrza zmysł równowagi. Naukowcy odkryli zależność między jazdą na hulajnodze a nauką języków: ośrodki równowagi i mowy znajdują się w tej samej części mózgu, a jazda na hulajnodze przyczynia się do aktywacji połączeń między nimi. Dla imprezowiczów istotna może być informacja, że człowiek na hulajnodze w świetle Prawa o ruchu drogowym ciągle jest pieszym, zatem może na niej jechać napruty jak bąk (do czego nie namawiamy, to tylko taka luźna uwaga) jak mu wygodnie – chodnikiem, ścieżką rowerową, byle do przodu.

Zarówno Strida, jak i składana hulajnoga nie wymagają miejsca parkingowego ani nawet stojaka do przypięcia – mieszczą się pod biurkiem w pracy, skąd zdecydowanie trudniej jest je ukraść złodziejowi.

Bądź hipsterem, hulaj, jak się da.

I cóż powiecie na to,
Że już się zbliża lato?
Kret skrzywił się ponuro:
„Przyjedzie pewnie furą”.
Jeż się najeżył srodze:
„Raczej na hulajnodze”.

Jan Brzechwa, Przyjście lata

 

Laura Bakalarska

Fot. Stanisław Malinowski (zdjęcie u góry)

 

Business&Beauty Magazyn