Góry z węglu…

Wrzesień, 2011  |  , , ,    
Wrzesień, 2011

czyli skrawki z wakacji w Polsce

 

Kiedy miałam cztery lata, pojechałam z bratem i rodzicami do Krynicy Górskiej na wczasy.

Dojechaliśmy późno w nocy. Rano prosto z łóżek rzuciliśmy się do okna, brat zawołał z zachwytem: „Patrz, Ewka, jakie góry!”. Spojrzałam w dół, na wybetonowane podwórko przed kotłownią, i odrzekłam z powątpiewaniem: „Eee, Daruś, to są góry z węglu!

Nigdy nie potrafiłam dostrzec rzeczy oczywistych, za to natura obdarzyła mnie przedziwną umiejętnością dopatrywania się dziur w całym i odprysków w farbie. Oburzały mnie pokreślone na czerwono wypracowania polonistki: „Nie na temat!” Ależ ja pisałam na temat. Tylko na trochę inny.

Kwestionowanie rzeczywistości miałam wżarte w moje społeczne dojrzewanie jak olejna farba w zardzewiałe, okute drzwi przeróżnych zapleczy kolejnych zakładów na wschodzie, zachodzie, północy i południu Polski, które ratowały gospodarkę materiałową huty szkła okiennego w mieście S.

Załatwiamy dolomit…

…bo mój ojciec był szefem gospodarki materiałowej w tejże hucie. Zapewnienie materiałów do produkcji w dużym zakładzie w późnych latach siedemdziesiątych graniczyło z cudem, więc ojciec dokonywał cudów, żeby przez przeróżnych prezesów z całego kraju, często pokrętnymi drogami, te materiały hucianej gospodarce dostarczać. Nie chciało mu się jechać bez towarzystwa, więc zabierał ze sobą tę część rodziny, która jeszcze dawała się skusić perspektywą niepójścia do szkoły i naciągnąć na mętną obietnicę zakupów. Tak więc już w piątej klasie dobrze wiedziałam, co bierze prezes w Jaworznie, a co prezes w Kunowie, a że prezes w Szczakowej to taki k…, co nic nie bierze, za to ten w Piotrkowie załatwi wszystko za flaszkę. Poczuwałam się do współudziału w sprawnym funkcjonowaniu huty szkła w mieście S.

Jechaliśmy na drugi koniec Polski po, na przykład, dolomit. Na miejscu nie parkowaliśmy na głównym parkingu, gdzie były jakieś formy życia, tylko od strony zaopatrzenia, pod okutymi metalowymi drzwiami, z których obłaziła już dziewiąta warstwa farby, przeżarta rdzą. Miałam nakazane: “Tylko się nigdzie nie ruszaj, bo ja tu za 15 minut będę i pojedziemy sobie na zakupy. W międzyczasie porozmawiaj sobie z panem Marianem.” Znudzony pan Marian przykrywał twarz kaszkietówką i zasypiał. W rezultacie siedziałam godzinami na tylnej kanapie służbowej Łady z drzemiącym na przednim siedzeniu kierowcą. Po siódmym kwadransie z zaciśniętymi zębami planowałam ucieczkę od drzemiącego kierowcy. Po siedemnastym ucieczkę od wrednego ojca. Na zawsze. Po czym powracałam do wynajdowania tajemnych wzorów na zardzewiałych drzwiach, doszukiwania się kolejnego dna pod kolejną warstwą farby, wierząc, że jeśli ułożę trzysetne słowo z liter napisu „..LENIE WZBRONIONE!”, albo doliczę się dwunastu przeżartych rdzą warstw farby na drzwiach donikąd, to mój ojciec w końcu się z nich wyłoni.

A ojciec robił finałowe a-kuku, bo wcale nie wychodził z okutych pancerną blachą drzwi, tylko nadchodził z zupełnie innej strony, radosny jak szczygieł na wiosnę: „To fajniejście sobie tu z panem Marianem rozmawiali? O, sklepy już zamknięte? To nic, pojedziemy za to na wspaniałą kolację!”. Okazywało się, że nie załatwiliśmy dolomitu, ale załatwiliśmy tonę śrub. Wprawdzie śruby nie są potrzebne do produkcji szkła, ale w Szczakowej zorganizujemy za nie czterdzieści wagonów sody.

Nauczyłam się, że rzeczywistość bywa zaskakująca, że często wcale nie w Moskwie, tylko w Leningradzie, nie samochody, tylko rowery i nie rozdają, tylko kradną.

Załatwiamy wolność wyznania…

Rzeczywistość nie przestaje mnie zaskakiwać trzydzieści kilka lat później na wakacjach w kraju matek (złośliwie nie napiszę ”ojców”).

Jadę sobie do Radomia w śliczną czerwcową niedzielę rannym autobusem dalekobieżnym firmy Polonus. O ósmej, za Ostrowcem Świętokrzyskim, z autobusowych głośników rozlega się kazanie. Przez chwilę myślę, że to siedząca przede mną zakonnica słucha głośnego ajfona, ale nie. Słowo Boże idzie z radia. Rozglądam się dookoła, przekonana, że ktoś uniesie brew, zawrze nieme porozumienie przez wymianę spojrzeń – najpierw ku sobie, potem ku kierowcy, potem ku głośnikom, i znów ku sobie. E tam, współpasażerowie drzemią jak pan Marian w Ładzie.

Staczam ze sobą wewnętrzną walkę (zaprawiona podczas delegacji z ojcem): czy mi to przeszkadza, czy nie przeszkadza. Czy jakby kierowca puścił disco polo, to bym pysk rozdarła, czy nie. Poza tym trochę się tego kierowcy boję. No, ale jeśli nic nie powiem, to jestem cienias. Nie przeszkadza mi sama msza, co fakt, że kierowca uważa, że powinnam jej wysłuchać. Czuję się jak utknięta przed okutymi drzwiami, ale tym razem nie zamierzam siedzieć przed nimi bezczynnie. Ruszam przez autobus i grzecznie proszę kierowcę o zmianę stacji radiowej. Kierowca bez słowa spełnia moją prośbę.

Toczę triumfalnym wzrokiem po współpasażerach, którzy pogrążeni w drzemce pewnie nawet nie dostrzegli mojego bohaterskiego dokonania. Autobus jedzie dalej, zapełniając się pasażerami nieświadomymi wywalczonej im przeze mnie wolności wyznania w przestrzeni publicznej. Niedaleko Radomia, gdy jest nas już komplet wolnych ludzi, kierowca odwraca się, patrzy na mnie (przysięgam, że to zrobił)… po czym z głośników rozlega się potężne: Alleluja!

Załatwiamy kąpiel…

Zanim się zorientujesz, to tu cię pomasuje, a tam poparzy. Bo z bateriami łazienkowymi przeżyłam podczas tych wakacji przygodę samą w sobie. Stwierdzam, że przez ostatnie dwadzieścia lat największy postęp w Polsce dokonał się właśnie w dziedzinie baternictwa łazienkowego.

Przez trzy tygodnie przemieściłam się z prędkością światła przez dwanaście łazienek domowych i hotelowych. Nie licząc nawet restauracyjnych czy przystankowych ubikacji. Z tych dwunastu łazienek ani jedna bateria w umywalce, ani jeden natrysk, ani jedna wanna nie działały tak samo. O, przepraszam – taka sama wanna była w Pszczynie i w Sopocie, za to już w Radomiu woda wyciekała spod pleców, ale nie tak jak w Sandomierzu, gdzie waliła kilkoma otworami. O nie, ta w Radomiu spływała kaskadą spod jakiegoś podplecnika.

Krany to całkiem osobny rozdział, a pokrętła jeszcze osobniejszy, bo z niektórych kranów woda wytryskuje w górę, z innych jak Bóg przykazał, w dół, a z niektórych spływa jak z górskiego źródełka, przez dziwaczne korytka. W niektórych pokrętło jest jedno, w niektórych wajcha, a w niektórych nie ma nic, tylko fotokomórka. Prysznice – tu się dopiero zaczyna jazda z pokrętłami! Osobne do ciśnienia, osobne do temperatury i jeszcze osobne do sterowania strumieniem ziemia-powietrze. Wszystko oszklone, cholera, i wychromowane – jak w centrum sterowania lotów na Marsa. Kurki wypasione, niklowane, kuliste, stożkowate, w kształcie kostki Rubika – i tak samo proste w obsłudze. Po jakimś czasie stwierdziłam, że nie należy dokonywać manewrów sterowniczych, kiedy nie ma drogi ucieczki (oczywiście każdy natrysk otwiera się inaczej – a to w bok, a to do środka, a to na zewnątrz – to nie na mój prosty, kanadyjski łeb), najzdrowiej nie przestawiać ciśnienia, nie włączać hydromasażu, bo niechybnie na najbardziej wrażliwe części ciała pójdzie lodowata woda z mocą myjki ciśnieniowej, podczas gdy na głowę poleje się wrzątek. A jak się przyjechało z Kanady, to obciach pytać, jak się obsługuje prysznic. I tu przyznaję się do całkowitej kapitulacji. Uznaję baterie łazienkowe za sztukę samą w sobie – forma nie ma nic wspólnego z treścią – i znów nie wiem, co poeta miał na myśli.

Z ulgą więc wracam do Kanady, bo…

…w Kanadzie wszystko jest do bólu funkcjonalne – i, żeby nie powodować dylematów, jednako estetycznie paskudne. Pamiętam moją pierwszą podróż transkanadyjskim pociągiem, w środku zimy. Kiedy w Montrealu przesiedliśmy się na dalekobieżny do Nowego Brunszwiku, miałam wrażenie, że wsiadłam do ruskiego pancernego składu. Obsługa w futrzanych papachach i ofutrowanych walonkach. Wewnątrz wszystko beżowe i nudne jak skład buraków cukrowych.

Maleńki prywatny przedział, jeden z szeregu usytuowanych po obu stronach korytarza. W każdym z nich jest rozkładane łóżko, które na dzień składa się w fotel. Nawet kibel jest, przykryty tapicerką. To nic, że w nocy trzeba było złożyć łóżko, żeby skorzystać z kibla, a żeby złożyć łóżko, trzeba było wyjść z przedziału na korytarz. To wszystko działało!

Trwałość materiałów jest wręcz zatrważająca. Misiowate paskudztwo z lat 70. na moich schodach przechodzi z poprzedniego właściciela domu na następnego i wcale nie chce się zedrzeć. Potężny wiatrak z brunatnej sklejki w sypialni u sufitu wisi nad moim łóżkiem jak gigantyczna tarantula gotowa do ataku, gdy tylko zasnę, ale działa jak marzenie – kręci się szybko, szybciej, najszybciej, tu ma pstryczek, tu łańcuszek. Wisi wedle zasady: If it ain’t broke, don’t fix it.

Wszystko funkcjonuje jak ma funkcjonować, zakręca się w odpowiednią stronę, odkręca w dokładnie przeciwną. Woda leci z góry na dół, nie odwrotnie. Żadnych niespodzianek, żadnego drugiego dna. Wajcha, pokrętło, pstryczek. Każdy obywatel tego kraju od urodzenia wie: jeśli to-to może zrobić pstryk, to pstryk zrobić należy. Dlatego porządny Kanadyjczyk usmaży się w zimie, bo ma pokrętło do termostatu, a w lecie umarznie na kość, bo ma pokrętło do termostatu. Istota pokrętła w życiu Kanadyjczyka jest tak ważka, że w wielu biurowcach termostaty to atrapy nie połączone z niczym za gipsową ścianką. Samo pokrętło ma w sobie wystarczający autorytet, żeby dorosły człowiek mógł poczuć się jak dorosły, podejmując decyzję przekręcenia pokrętłem w lewo lub w prawo. Tu wszystko jest jasne – jak ci mówią w banku, że byliby very happy to help you i czy jest jeszcze coś, co mogą dla ciebie zrobić, to znaczy, że mają cię w dupie i wpiszą cię na listę klientów dla których już nic, nigdy więcej nie zrobią. I to jest jasny, prosty przekaz. Żadnych gór z węglu i drugiego dna.

Ewa Henry

Ilustracja autorki

 

 






Zobacz także