Ewolucja czasu wolnego

Czerwiec, 2012  |  , , ,    
Czerwiec, 2012

Przemysły czasu wolnego to jeden ze stosunkowo nowych terminów branżowych, który w tzw. „pierwszym czytaniu” może budzić zdziwienie, ale i zaciekawienie. Kiedy jednak oswoimy się z jego brzmieniem, jak i zawartością treściową, zdziwienie znika, a zaciekawienie zamienia się w pewność, że – przecież! – przemysły czasu wolnego i nas osobiście dotyczą, i do nas są skierowane. Niezależnie od wieku, zainteresowań, kondycji. Nie zastanawiamy się na co dzień, że należymy do tzw. leisure class, czyli generacji czasu wolnego, jednak korzystamy z dobrodziejstw gałęzi gospodarki związanej z odpoczynkiem i wykonywaniem pracy poza obowiązkami służbowymi (hobby).

Mówi się czasem, że przemysł czasu wolnego to szczytowe osiągnięcie cywilizacji konsumpcyjnej i że stara się on wszystkich nas zagonić do wypoczynkowego kieratu. Nawet jeśli tak na sprawę spojrzeć, jest się z czego cieszyć. Sam fakt, że czasu wolnego mamy tyle, że aż „opłaca się” go zagospodarować, jest nader pozytywny. Nie jesteśmy niewolnikami w starożytnym Rzymie, ani chłopami pańszczyźnianymi – jedni i drudzy w czasie wolnym mogli zaledwie pot z czoła obetrzeć. Z drugiej strony – w zdecydowanej większości nie należymy do 5% najbogatszych Polaków, więc elitarne rozrywki z górnej półki nie są dla nas dostępne cenowo. A jednak mamy powody do zadowolenia, bo coraz częściej sięgamy po ofertę przemysłu czasu wolnego. Widać kondycja finansowa i społeczna jest na tyle dobra, że egalitaryzacja form wypoczynku uchodzących kiedyś za elitarne stała się faktem.

W końcówce ubiegłego stulecia (lata 90.) Polacy zaczęli na masową skalę jeździć po świecie. Dziś są Europejczykami, którzy po zwiedzeniu dziesiątek pałaców, kąpielach w cieplejszych od Bałtyku morzach, po zaliczeniu wybranych sportów ekstremalnych i weekendów w ekskluzywnych miejscach, szukają coraz to nowych wrażeń. Przenośnie mówiąc – przechodzą ewolucję od pływania na klasycznej żaglówce, przez windsurfing, po kitesurfing. Stałe poszerzanie oferty, wymyślanie nowych podniet dla znudzonych klientów, to problem nie tylko naszego, ale i światowego przemysłu czasu wolnego. Jeśli turystyka, to turystyka kulturalna, jak book tourism czy film tourism. Jeśli hotel, to w nim obowiązkowo SPA z grotą solną lub nawet ze zjazdami do podziemnych korytarzy z naturalnymi pokładami soli (np. w pięknie zagospodarowanym na potrzeby wypoczynku terenie po nieczynnej kopalni soli w Bochni). Jeśli spacer, to nordic walking.

Elity, dbając o stronę wizerunkową, uciekają do gry w golfa lub w polo, ale „zwyczajna” jazda konna i mniej zasobnemu miłośnikowi tych pięknych sworzeń pozwala poczuć się „panem ze dworu” przemieszczającym się stępem lub kłusem po leśnych włościach. Wierzchowiec własny być nie musi, za to stosowny strój do jazdy konnej – wskazany. Pani Bovary z powieści Flauberta martwiła się niewąsko nad zdobyciem amazonki. W tej kwestii nic się nie zmieniło, każdy sport, każde zajęcie wymaga oprawy. Projektanci mody mają co kreować, nakręca się też popyt na wyposażenie i usługi, w tym pomoc trenerów.

Czas wolny jest towarem, a związany z nim przemysł staje się coraz ważniejszą gałęzią światowej gospodarki. To chyba kolejny optymistyczny akcent – wkraczamy w epokę zaspokajania potrzeb wyższego rzędu. Najwyraźniej mamy już do czynienia z gospodarką, dzięki której w obiegu są wartości niematerialne, kapitały: społeczny i kulturowy, innowacje i idee. Coraz więcej osób potrafi się w tej sytuacji odnaleźć i sumować zyski: gwiazdy telewizyjne, podróżnicy, pisarze (moda na podróże tematyczne, podróże z celebrytą). Rozwija się rynek usług kreatywnych: reklama, design, architektura, rynek sztuki, gry komputerowe. Kultura rozumiana jest jako przedsiębiorczość, a zazębianie się kultury i biznesu owocuje m.in. partnerstwem kreatywnym.

Oczywiście, ktoś ucieka w kokoning, inny poddaje się ruchowi Slow, ale generalnie kierunek jest chyba właściwy.

 

Inka Walkowiak






Zobacz także