Bez głupich pytań. Wywiad z Rafałem Zbieciem

Listopad, 2010 | Tagi:  , , ,    




Kabaret Moralnego Niepokoju od prawie 15 lat skutecznie rozśmiesza publiczność, stanowi rozpoznawalną markę na polskiej scenie, a niektóre, kultowe już skecze, mają na You Tube liczbę odsłon przekraczającą milion. Poprosiliśmy Rafała Zbiecia, jednego z członków Kabaretu, o tekst do pierwszego numeru naszego czasopisma – otrzymaliśmy wywiad bez głupich pytań, za to z ciekawymi odpowiedziami.

Business&Beauty: Macie jakieś związki z biznesem, pięknem?

Rafał Zbieć: Na jednym z naszych występów, w siedzibie Giełdy Papierów Wartościowych, był Leszek Balcerowicz, jeszcze jako prezes NBP.

I co, podobało mu się?

Po naszym występie nie ogłosił kryzysu polskiej gospodarki ani kultury, więc chyba tak. Zresztą raczej wszyscy wtedy byli uśmiechnięci – z tym, że nie wiem, czy nie miało to związku z faktem, że występowaliśmy na tle tabeli akcji, gdzie wszystkie spółki akurat zwyżkowały. Umówmy się, że nie z tym. A piękno – no cóż, w naszym Kabarecie monopol na piękno ma Kasia, czyli Katarzyna Pakosińska, i ten związek nam wystarczy.

Co się aktualnie dzieje z Kabaretem Moralnego Niepokoju? Spoczęliście na laurach?

Chcielibyśmy, ale niestety, laury wciąż się nie pojawiają (śmiech). Aktualnie pracujemy nad naszym najnowszym programem „Galaktikos”, z którym naprawdę chcemy wystrzelić w kosmos! Jego premiera już w grudniu. Nowy program i związana z nim trasa to masa świeżych, nigdzie niewidzianych skeczy, scenki filmowe i sporo innych, nowych, zaskakujących sposobów na rozśmieszenie publiczności. Przyznam, że widzów czeka parę niespodzianek. Jednym słowem – zapraszam na występy w całej Polsce (terminy na stronie www.biletynakabarety.pl). Będzie się działo, oj będzie się działo – sam się nie mogę doczekać.

Skąd wy bierzecie te wszystkie pomysły?

Pierwsze ostrzeżenie! To jedno z bardziej znienawidzonych pytań, którym uwielbiają zaczynać każdy wywiad niezbyt rozgarnięci dziennikarze.

Ale co jest w nim złego?

Równie dobrze można by zapytać Pendereckiego, dlaczego w swoich utworach ustawił nuty w tej kolejności, a nie innej. Ale odpowiem na to pytanie i mam nadzieję, że odpowiedź ta raz na zawsze zostanie wyryta wielkimi literami w skalnej ścianie Giewontu, żeby już nikt nie zadawał go ponownie. A skąd się bierze pomysły? No z głowy, bo z czego, jakkolwiek by to banalnie nie zabrzmiało. Z głowy i z obserwacji rzeczywistości. Z tego, co widzimy, i z tego, co nas śmieszy. I z naszych prywatnych przeżyć, bo akurat niektóre nasze skecze to niemal co do słowa sytuacje, które naprawdę nam się wydarzyły w życiu, jak na przykład skecze „Drzwi”, czy „Kasztelan”.

A „Impreza u Bogdana”?

No, jest tam sporo osobistych doświadczeń…

Są jeszcze inne głupie pytania, z którymi moglibyśmy się od razu rozprawić?

Jest parę: „skąd się wzięła nazwa”, „co was prywatnie śmieszy” i czy „prywatnie też jesteście tacy zabawni jak na scenie”, ale na te już nie odpowiem, bo podciąłbym skrzydła wielu dziennikarzom i pozbawił ich możliwości przeprowadzenia z nami błyskotliwego wywiadu.

Czujesz, że jako kabaret osiągnęliście sukces?

Z pewnością sukces osiągnęli wszyscy ci, którzy nie muszą być naszymi uczniami w podstawówkach, gimnazjach i liceach, bo pewnie tam byśmy pracowali po polonistyce, gdyby nie kabaret. Kabaret przesunął nas na pozycje, gdzie możemy wyrządzić najmniej szkód społeczeństwu, i niech tak już zostanie. A czy my osiągnęliśmy sukces – no cóż, parę osób pewnie by nam pozazdrościło: robimy to, co lubimy i na czym się znamy, możemy się z tego utrzymać, ludzie nas lubią, a co najważniejsze – po ilości widzów, którzy przychodzą na nasze występy wiemy, że to, co robimy, jest im jakoś potrzebne. Czy można sobie wymarzyć coś lepszego? Ale z drugiej strony wciąż nie przyznano nam Oscara za całokształt, naszym imieniem nie nazwano żadnego ronda, więc jakiś tam niedosyt cały czas jest.

To ciężka praca?

Coś pomiędzy pracą w kopalni uranu a byciem rentierem na Karaibach. Ale jakby jednak ktoś uważał, że „co to tam za praca”, że to takie „robienie sobie jaj”, to zapraszam na scenę – dwa występy dziennie, po około dwie godziny każdy, cały czas na pełnej koncentracji, potrafią porządnie dać w kość. Naszym rekordem było zagranie dawno temu jednego dnia czterech występów (wiesz, byliśmy młodzi, o coś nam chodziło), ale potem to nawet nie mieliśmy siły się do siebie odzywać.

Często gracie na imprezach biznesowych, ciężko się tam gra?

Nie, ludzie bawią się świetnie i nie raz zdarzało się, że na takich imprezach atmosfera była lepsza niż na normalnych, biletowanych. Staramy się każdy występ dostosowywać do firmy, dla której gramy. Mamy programy dla wszystkich sektorów biznesu – od bankowości i farmacji, przez zbrojeniówkę, po energetykę atomową i branżę budowlaną (śmiech). Czasami piszemy też scenki pod konkretną imprezę. Ostatnio jedna z firm zażyczyła sobie, by ich pracownicy zagrali z nami wspólnie w skeczach. Wyszło na tyle dobrze, że zaczęliśmy się obawiać konkurencji… Generalnie wiele firm decyduje się na dobry kabaret na swoich imprezach firmowych, bo po pierwsze – podnosi to prestiż imprezy, a po drugie – firmy zdają sobie sprawę, że ich pracownicy dużo lepiej bawią się przy kabarecie niż przy polskich gwiazdach rocka, które za każdym razem grają taki sam repertuar.

Komu postawilibyście pomnik?

Jak rozumiem, to bardzo inteligentne i zawoalowane pytanie o nasze wzorce i naszych idoli?

Brawo, równie inteligentnie się zorientowałeś.

Wojciech Młynarski, Woody Allen, Grupa Monty Pythona, Stanisław Tym, Zenon Laskowik, Jerzy Dobrowolski, Kabaret Dudek i jeszcze sporo, sporo innych, których tu z braku miejsca nie da sięwymienić. Za teksty, za osobowość, za inspirację, za to, że mogliśmy dorastać i wychowywać się w atmosferze ich twórczości, która nas niewątpliwie ukształtowała i zainspirowała. Aha, a ja muszę dodać od siebie, że dla mnie idolem jest nasz kabaretowy twórca, Robert Górski, który według mnie jest aktualnie jednym z najlepszych satyryków i powinien znaleźć się na takim pomniku. No, albo przynajmniej wziąć udział w kopaniu dołów pod sam postument. (Robert, czytasz to prawda? Pamiętaj o nowych rolach dla mnie!).

Macie już spore doświadczenie w rozśmieszaniu ludzi. Nie myśleliście o tym, żeby podzielić się jakoś tą wiedzą, wydać książkę, instruktaż dla młodszych kabaretów?

Nic z tego! Naszej wiedzy i doświadczenia będziemy zazdrośnie strzec do końca naszych dni! A jak na razie, sami znaleźliśmy się na kartach książki. W powieści naszego przyjaciela Andrzeja Horubały Przesilenie, notabene świetnej, zostało opisane jedno ze spotkań głównego bohatera na piwie z „kabareciarzami”, czyli nami.

Jesteście wiec sławni!

Nie, chyba po prostu Andrzejowi brakowało wzorców pozytywnych bohaterów wśród jego bliższych znajomych, więc posiłkował się nami. No, ale liczy się fakt, i spokojnie możemy powiedzieć, że książki o nas piszą (uśmiech).

Są jakieś inne przejawy popularności, zaczepiają was ludzie na ulicy?

Jasne, dają nam gęsi, kury, kosze jajek, dzieci do potrzymania, a młode pary klękają przed nami z prośbą o błogosławieństwo… Odmawiamy, i na szczęście wszystko kończy się na paru zdjęciach i autografach. Ja kiedyś wsiadam do tramwaju, a tam jeden facet, nie do końca trzeźwy, przez cały wagon woła do mnie: „Ja pana znam, znam pana, ja pana poznaję!”. Myślę sobie, OK, fajnie, nie do końca trzeźwy, ale jednak fan, więc się do faceta uśmiecham. A on: „Pan to jest ten lekarz z Ciechanowa, co żeśmy z żoną u pana byli”. Aha, myślę sobie, czyli facet nic nie kojarzy, ale dobrze, widzę że chociaż pomogłem jakimś ludziom jako lekarz. „Złe leki pan jej zapisał!” – słyszę. Wysiadłem.

Plany na emeryturę?

Wszyscy zamierzamy objąć intratne posady w spółkach Skarbu Państwa, zainwestować w sektor paliwowy i być potentatami przemysłu nanotechnologii. Ja chcę być właścicielem Pałacu Kultury, co od dziecka było moim marzeniem, Przemek zamierza się koronować na króla Polski i prowadzić mocarstwową politykę zagraniczną, Mikołaj dąży do zmonopolizowania rynku hot-dogów w Polsce, co jako klientowi już mu się prawie udało, Robert, z tego co wiem, ma zamiar medytować w skalnych grotach Mongolii w poszukiwaniu ukochanego przez niego Świętego Spokoju, a Kasia… no cóż, Kasia akurat już ma wszystko – urodę, czar i inteligencję, więc pewnie już tak zostanie.

I po co ja się w ogóle pytałem…

Właśnie. Ale prawdopodobnie na emeryturę nigdy nie przejdziemy, mamy jeszcze sporo rzeczy do zrobienia w dziedzinie kabaretu, a praca nad ciągle nowymi programami daje nam takiego kopa, że ani myślimy o emeryckim odpoczynku.