28 języków, 300 książek, 20 kobiet i jeden twórca

Luty, 2012 | Tagi:  , , ,    




Robert Reuven Stiller. Rocznik 1928. Pisarz, tłumacz, językoznawca. Poeta, krytyk, eseista, filolog i literaturoznawca, orientalista. Znający blisko 30 języków, tłumaczący z kilkunastu, autor ponad 300 książek. Znany z nieustępliwości i krytycyzmu. Zdeklarowany feminista.

 

Laura Bakalarska: Jak to jest znać 28, czy więcej, języków? Czy wynika z tego coś w rodzaju posiadania 28 mózgów?

Robert R. Stiller: Już pierwsze z nieporozumień: co znaczy ta liczba? Znam dobrze język niemiecki. Ale czy to jeden, czy wiele języków? Zwykle ma się na myśli neuhochdeutsch: nowogórnoniemiecki. W tej formie narodził się on w XVI wieku z dokonanym przez Marcina Lutra przekładem Biblii. Ale nawet nie chodzi o tę różnicę kilkuset lat. W Monachium nawet niektóre komputery porozumiewają się z użytkownikiem po bawarsku. A kiedy zamieszkałem w Darmstadcie i Frankfurcie, słuch mój dość długo nie chwytał połowy tego, co tamtejsi do mnie mówili, gdyż wielu z nich mówi w dialekcie heskim.

Więc mówimy na razie o jednym niemieckim? Czy już o różnych pięćdziesięciu niemieckich?

Na to proste pytanie właściwie już nie ma prostej odpowiedzi. Ale problem się na tym nie kończy, tylko zaczyna. Bo natychmiast pojawia się drugie z nieporozumień: znać język. Co to znaczy?
Otóż trzeba wciąż przypominać, że istnieje PIĘĆ różnych funkcji języka, tak odrębnych, że prawie nie mają na siebie wpływu: (1) Mówienie, (2) Rozumienie mówionego, (3) Czytanie, (4) Pisanie, (5) Tłumaczenie. I znowu naiwny stereotyp: „A płynnie mówi pan w ilu językach?”. Zdarzało mi się odpowiadać: „Ja nie mówię płynnie nawet po polsku, bo często jąkam się albo namyślam! I pan również”. Bo umiejętność „płynnego” mówienia nie jest w ogóle ŻADNYM wskaźnikiem dobrej znajomości języka. Jest po prostu umiejętnością NAJŁATWIEJSZĄ. Bo w każdym języku mówi dość „płynnie” każdy jego rodowity użytkownik. W tym również każdy idiota. Ale jeżeli ktoś (tak czy inaczej) mówi w danym języku, czy to znaczy, że go automatycznie rozumie? Wystarczy niewielka różnica wykształcenia, środowiska, a nawet charakteru, żeby rozmówcy faktycznie przestali się rozumieć. Łatwo zaobserwować, że „rozmawiają jak gęś z prosięciem.” Cóż to znaczy? Że ludzie niby znają te same słowa i gramatykę, a mimo to ich treść w większej części nie jest odbierana. Poznałem np. w Londynie wielu tzw. Anglo-Polaków, którzy mają dzięki rodzicom umiejętność płynnego mówienia po polsku, ale nie potrafią zrozumieć ani jednego zdania w polskiej gazecie, ani sformułować go na piśmie.

Wreszcie piąta umiejętność i funkcja: tłumaczenie.
Mnóstwo niedołężnych „przekładów” (czy to dzieł specjalistycznych, czy literatury pięknej) wynikło z naiwnego przekonania, że skoro ktoś rozumie po angielsku i gada po polsku, to automatycznie posiada kwalifikacje do tłumaczenia z jednego języka na drugi. Nic bardziej mylącego! Chodzi tu o sprawy zbliżone do informatycznego pojęcia interface – komputer zaopatrzony w dwa funkcjonujące programy jest martwy, gdy spróbujemy cokolwiek (choćby najprostszy drobiazg) przenieść z jednego programu na drugi, nie mając specjalnego programu do ich kontaktowania ze sobą. Ten szczególny komputer, jakim jest ludzki mózg, może zawierać w sobie (wrodzony i później rozbudowany) program w rodzaju interface i to jest mózg tłumacza. Posiada on szczególne predyspozycje. Albo nie posiada ich i wtedy mu nie pomoże nawet dobre opanowanie czterech pozostałych umiejętności.

W takim razie wrócę do pytania: ile masz mózgów? Czyżby nawet nie 28, ale 28 × 5 = 140?

Nie jest aż tak źle… ani tak dobrze. Mózg mam jeden, ale jego kawałki są bardzo nierówno rozwinięte! I pod wieloma względami nawet słabo się kontaktują. Więc ja ciebie też mógłbym zapytać: ile ty masz właściwie mózgów? Bo w sensie anatomicznym każde z nas ma tylko jeden mózg. Ale pod względem funkcjonalnym… ho! ho!

Wydałeś ponad 300 książek, prawda? A ile w tym przekładów?

Co najmniej 200. Może więcej.

A który najtrudniejszy?

Co najmniej połowa z nich. Bertolt Brecht, klasyka malajska, Pomarańcze [chodzi o A Clockwork Orange, którą R. Stiller przetłumaczył w dwóch wersjach, wydanych jako Mechaniczna pomarańcza i Nakręcana pomarańcza – red.] Anthony’ego Burgessa, Alicje Lewisa Carrolla, mnóstwo pieśni Edith Piaf i żydowskich, eposy średniowieczne o Beowulfie i Nibelungach, Lolita Nabokova (potem już tylko niszczona przez półanalfabetów), dzieła zebrane Heinego… Pamiętajmy też o kilkunastu tomach Jamesa Bonda i innych kryminałach, które tak naprawdę bywają lepszą literaturą niż mizdrząca się „literatura poważna”. Podobnie jak ta dla dzieci, kobieca, science fiction, itd. Przecież ja właśnie w kryminałach, jako pierwszy w prozie polskiej, wprowadziłem język potoczny, o czym później lingwiści pisali entuzjastyczne prace naukowe… Wszystkich swoich dzieł nie dam rady wyliczyć.

 A co jest najnowsze?

Teraz kończę chyba najtrudniejszy i najbardziej wojowniczy przekład w mym życiu: Diabelski słownik Ambrose’a Bierce’a. Ukaże się w początkach tego roku i myślę, że będzie bestsellerem.

Ciągle walczysz. Jak zawsze. A jak wygląda twoja walka przeciw niszczeniu języka polskiego? Z tą niepoczytalnością różnych „słowników ortograficznych”, itd. Zakładasz w tym celu stowarzyszenie „Polszczyzna”. Czy spodziewasz się, że będzie ono skuteczne?

Musi być. Naszego języka nie wolno zniszczyć. Nawet jeśli robią to tzw. specjaliści z niektórych instytucji. Wkrótce ukaże się w tej sprawie moja książka pt. Jak profesorstwo morduje polszczyznę.

Życzę powodzenia. I nie tylko w tej sprawie. Sensację wywołała ostatnio twoja przełomowa książka Żydowskie abecadło na temat polskich autorów pochodzenia żydowskiego. Przy tej okazji spytam o nasze wzajemne porozumiewanie się z Żydami w kwestiach nie tylko religii, historii, ale i kultury w najszerszym tego słowa znaczeniu. W tych sprawach zachodzą chyba ogromne i poważne zmiany – na lepsze?

Oczywiście. Należy do nich zwłaszcza intensywna działalność judaizmu reformowanego w stowarzyszeniu „Beit Polska”, który jeszcze parę lat temu był w Polsce nielegalnie paraliżowany i tępiony przez tzw. ZGWŻ, czyli przez żydowskich antysemitów. Pisze się o tym m.in. we wspaniałej książce Diabeł i Żydzi amerykańskiego rabina Trachtenberga, którą świeżo wznowiono w moim przekładzie.

To również istotna część twojej działalności?

A jakże! Nie przypadkiem do moich ostatnich książek należy też ogromny zbiór dowcipów Wielki śmiech po żydowsku, już w czwartej wersji będący bestsellerem; a także mój przekład i opracowanie fundamentalnej Biblii ustnej Bin Goriona pt. Żydowskie legendy biblijne.

Czyli związki polsko-żydowskie kwitną?

Jak zawsze. Jeżeli z jednej albo z drugiej strony nie zwalcza ich jakieś łajdactwo, to można śmiało powiedzieć, że niewiele jest na świecie i w kulturze światowej tak bliskich, wspaniałych i produktywnych związków, bezcennych dla obu stron, jak polsko-żydowskie.

Czyli znów międzynarodowe i wielojęzyczne?

W naszej epoce to nieuniknione. Bez kilku języków i powiązań międzynarodowych człowiek w ogóle nie może poprawnie myśleć. Co do mnie, poznałem dziesiątki krajów i kilka z nich stało się moimi ojczyznami, przede wszystkim Anglia, Niemcy, Ameryka oraz Malaje, Izrael i w ogóle Azja. Więc jestem po części Azjatą… Nie tylko dlatego, że mam w sobie z rodu ćwierć krwi tatarskiej. W rezultacie mogę i muszę się zdecydowanie uznać za kosmopolitę z wielu języków, krajów i kultur.

Ale do najgorszych wrogów zaliczam niszczycieli języka polskiego. A w Polsce można ich zaliczyć do największych klęsk narodowych. Chociaż to nie jedyna klęska. Zwłaszcza instytucje publiczne są tak niepoczytalnie destrukcyjne i samobójcze, że dawno bym się stąd wyniósł, gdyby nie dwa potężne i konieczne związki: język i mnóstwo przyjaciół.

Skoro już mówimy o serdecznych związkach, to co należałoby powiedzieć o związkach damsko-męskich? Wiadomo, że jesteś upartym i czynnym feministą. Również i w erotyce. Twoje książki, zarówno tłumaczone, jak i oryginalne, roją się od tematyki miłosnej, w dodatku zawsze opowiadasz się po stronie kobiet. Chociaż nie brakuje ci też męskiej twardości ani szacunku dla prawdziwych mężczyzn. Przełomowe i popularne były w tym zakresie Myśli kobiece z podtytułem Myśli wymyślone przez kobiety, dla kobiet i o kobietach. I co jeszcze w tym temacie?

Dopiero co ukazały się moje Wiersze o miłości z podtytułem Antologia kontrowersyjna. Także i do śpiewu. Jest to największy na świecie, najśmielszy i najbardziej urozmaicony zbiór poezji miłosnej różnych narodów. Zresztą sławny bestseller, teraz jeszcze sporo uzupełniony i śmielszy niż kiedykolwiek. Tym razem dedykuję go dwudziestu kobietom z mego życia. Wyróżniała je zwykle duża inteligencja, uroda i osobowość, a jedna czwarta z nich to nie Polki. Były też wśród nich aktorki. Dwa związki najdłuższe i ostatnie: z malarką i wreszcie aktualny ze wspaniałą piosenkarką. Osobowości twórcze ich obu, w sposób charakterystyczny i typowy dla Polski, ciągle grzęznące w jej łajdackich patologiach, mogły w pełni zabłysnąć dopiero poza Polską.

Czemu tak niewiele artystek? Gdyż byłby to przypadek, zbyt pochopnie wiodący do spraw intymnych. A ja od bardzo dawna już zrozumiałem, jak niebezpieczne dla uczuć i wartości ludzkich bywa zbyt szybkie, zbyt łatwe wiązanie ich z prędką erotyką, bardziej odruchową niż pogłębioną. Co nic nie pomaga, tylko przeszkadza w związku.

Może jeszcze coś z erotyki?

Tu spotkał mnie jeden poważny zawód: to Pieśni Bilitis Pierre Louÿsa. Jedno z najsłynniejszych na świecie (od przeszło stu lat i wciąż równie popularne) arcydzieł literatury erotycznej. Przełożyłem to, skomentowałem i wydałem ponad rok temu w dwujęzycznej wersji polsko-francuskiej… I słabo się sprzedaje. Mogę to przypisać wyłącznie jakiejś wyjątkowej nieudolności wydawnictwa Oficyna Naukowa, chociaż samo wydanie jest piękne i znakomite. Nie przyszłoby ci do głowy, jak temu pomóc? To powinien być absolutny bestseller.

Czyżby nowej klasy średniej nie interesowała erotyka? Trudno mi w to uwierzyć. Chyba jakiś głupi przypadek.

Też tak sądzę. Przecież, na przykład wśród ludzi biznesu, kobiet chyba nie brakuje? A w takim razie cóż dla nich może być lepszego? Dla nich samych oraz dla ich partnerów?

Wspomniałeś, że właśnie kończysz Diabelski słownik Bierce’a. Wiem, że on też robi od stu lat niebywałą karierę. I to głównie w Ameryce, bo podobno strasznie trudno go przełożyć z angielskiego na jakikolwiek inny język. W internecie, mimo legendarnej sławy i popularności tego zbioru zuchwałych, przewrotnych myśli, znaleźć można tylko jakieś jego żałosne szczątki; chociaż po angielsku to dzieło słynie także wśród polityków i finansistów, niemalże jako podręcznik śmiałego myślenia również w interesach… i nie tylko.

Bo to jest i podręcznik, i zabawa… i po prostu szkoła zwięzłego, bezlitośnie ostrego myślenia. Przeważnie zresztą w sposób tak zwięzły, że każdą z tych paru tysięcy odkrywczych myśli najpierw czyta się w dziesięć sekund, a potem wraca i wraca, przenosząc się na uświadomienie wszystkiego i w każdej dziedzinie.

Także i finansów? A przekleństw?

Jak najbardziej. Ale nie chamskich i prostackich. Tylko raczej perfidnych i uświadamiających to, co niewielu by umiało pomyśleć. Taki rodzaj matematyki myślowej. Bo jeśli chodzi o prostacką brutalność, to ja byłbym tego przeciwnikiem. Bierce natomiast nie patyczkuje się z niczym, ani w treści ani w słowach, ale trafia prawie zawsze w drugą, trzecią i siódmą warstwę tego, co mógłby pomyśleć i powiedzieć ktoś zarazem bardzo praktyczny i bezlitośnie trafiający w sedno sprawy, które jeszcze rozmówcy na myśl nie przyszło. Nie kij, ale brzytwa. Nie wyzwisko, lecz trafienie w miejsce, z którego już nie można się cofnąć.

Kiedy skończysz? Kiedy to się ukaże?

Skończę chyba za miesiąc, a ukaże się w lutym? W marcu? Na pewno nie później. Na razie wstrzymaj oddech.

 

Rozmawiała Laura Bakalarska